Recenzja: Amp Fiddler Amp Dog Knights

Data: 24 listopada 2017 Autor: Komentarzy:

Amp Fiddler

Amp Dog Knights (2017)

Mahogani Music

W dzisiejszych czasach wykonawcy gatunku soul i R&B próbują w swojej twórczości nawiązywać do stylistyki lat 90. Wystarczy tylko wspomnieć pierwszy solowy album Syd, czy krążki Nao i Gallanta. Czasem wychodzi im to lepiej, czasem gorzej, ale nikomu nie udało się jeszcze tak naprawdę zrobić płyty, która idealnie uchwyciłaby esencję czarnego brzmienia tamtego okresu. Amp Fiddler zdołał tego dokonać na nowej solówce.

Nie powinno to w sumie dziwić, bo Fiddler jest prawdziwą legendą, która swoją karierę muzyczną zaczęła jeszcze w latach 80., kiedy występował w legendarnym Parliament/Funkadelic. Później współpracował z takimi tuzami jak Seal, The Brand New Heavies (grał na klawiszach w „Dream On Dreamer”) czy Maxwell. Pełnił też instrumentalną rolę w karierze J Dilli, ponieważ to właśnie on nauczył legendarnego producenta obsługi MPC i dostarczył Q-Tipowi jego bity do odsłuchu. To wszystko historia, ale przytaczam ją nie bez przyczyny. Amp Fiddler tworzył już w tamtych latach, udzielał się jako muzyk sesyjny i dlatego wydaje się, że stworzenie takiego właśnie albumu było dla niego w stu procentach naturalne. Zresztą jego poprzednie krążki też w dużym stopniu nawiązują do tamtego brzmienia.

Słuchając Amp Dog Knights miałem wrażenie, jakbym wracał do tego, co w latach 90. najlepsze, od neo soulu w „Through Your Soul” czy „No Politics”, przez funky w „I’m Feeling You”, aż po czysty deep house w rewelacyjnym remiksie „So Sweet” autorstwa legendarnego Louiego Vegi z Masters at Work. Ten kawałek przypomniał mi jak soulowi wokaliści lubili w tamtym czasie flirtować z muzyką elektroniczną. Na wydawnictwie odnajduję też wyraźne echa wspomnianych The Brand New Heavies, solowej płyty N’Dei Davenport, a po jednym z kolejnych odsłuchów miałem ogromną chęć powrotu do trochę już zapomnianego rewelacyjnego projektu Sylk 130 Kinga Britta.

Przez cały czas nad płytą unosi się duch Detroit, z którego pochodzi także Amp Fiddler. Słychać to w obecnych tu produkcjach J Dilli, remiksach Waajeeda czy gościnnych udziałach Will Sessions i samego Moodymana. Nie ma tu żadnego przekombinowania czy taniego efekciarstwa. Nieraz Amp stawia na proste rozwiązania i przynosi to piękne rezultaty w postaci takich perełek jak na przykład „Keep Coming” czy „It’s Alright”, w którym do szczęścia potrzeba było tylko bębnów, basu i wybijającego się na pierwszy plan funkującego gitarowego motywu aby sprawić, że ciężko się oderwać od głośnika. Innym razem wystarczy bujający bas i klawisze z motywami mooga w refrenie i po prostu można odpłynąć. To pokazuje, że nie potrzeba robić niczego na siłę żeby stworzyć świetną, naprawdę porywającą muzykę.

Amp Dog Knights jest też dalekie od jakichkolwiek politycznych manifestów, które są dzisiaj tak popularne wśród afroamerykańskich artystów. Na płycie Fiddlera nie czas na rebelię. Dla niego liczy się uśmiech na twarzy słuchacza. Słychać na tym krążku niczym nieskrępowaną radość z tworzenia muzyki. Każdy kawałek jest na swój sposób wyjątkowy, do wszystkich wracam, ale moim cichym faworytem jest „Say So”. Ten numer jest idealnym odzwierciedleniem pozytywnej energii wydawnictwa.

Wielu próbowało wrócić brzmieniem czy klimatem do lat 90. Fiddlerowi udało się tego dokonać na nowym albumie. Zrobił to w wielkim stylu i można spokojnie napisać, że jest to jego najlepszy krążek w karierze, a trzeba też przyznać, że wszystkie, które do tej pory wydał były również na bardzo wysokim poziomie. Konkurencja będzie silna, ale spokojnie zaliczyłbym Amp Dog Knights do czołówki tego roku.

Komentarze

komentarzy