Recenzja: Sam Smith The Thrill of It All

Data: 26 listopada 2017 Autor: Komentarzy:

Sam Smith

The Thrill of It All (2017)

Capitol

Sam Smith powraca po długim okresie milczenia, przerwanym jedynie zawirowaniami w związku z przemówieniem na gali Oscarów w 2016 roku. Niezbyt udany to powrót — drugi w karierze album Brytyjczyka The Thrill of It All, mdły i niejednoznaczny, zostawia słuchacza z pytaniem, czego boi się Sam Smith.

Jak się okazuje, pytaniem niezupełnie bezzasadnym. Wystarczy lektura wywiadów czy komentarzy pod najnowszymi występami Smitha live, gdzie trwa wyścig na hipotezy o przyczynach zwiększonej pewności siebie wokalisty na scenie. To właśnie ostrożność (a nie wątki quasi-osobiste i uczuciowe, jak chce artysta) wydaje się być motywem przewodnim najnowszego krążka Smitha. Ostrożność ma swoje odzwierciedlenie zarówno w muzyce, jak i w tekstach, które są chyba jedynym takim przykładem liryki unisex w muzyce pop — płeć adresata została określona wyłącznie w jednym utworze („HIM”). Tu ciekawostka: docelowa grupa odbiorców muzyki Sama Smitha w Polsce — słuchacze radiowi — nie orientuje się za bardzo w osobistych inspiracjach wokalisty (potwierdzone info), co może przywodzić na myśl pseudofeminizm Beyoncé i tłumaczyć ostentacyjne wręcz utożsamianie się Smitha ze środowiskiem LGBT.

Struktura muzyczna Thrill of It All nie ma nic wspólnego ze słowem thrill i ciągnie się niczym tasiemcowa opera mydlana. Wystarczy posłuchać dwóch, może trzech piosenek, żeby mieć całościowe wyobrażenie o płycie. Można wybrać minimalistyczne, bawiące się reverbami i delayami, niewątpliwie posiadające potencjał walentynkowy (to będzie noworoczny singiel, zobaczycie) „Say It First” i żywsze, doo-woopowe „One Last Song”. Smithowi nie pomagają jednak ani chór gospel, ani dramatyczne smyki, ani nawet udział Timbalanda (tylko w zamykającym część oficjalną albumu „Pray”). Im dalej brniemy w płytę, tym trudniej znieść nudę i powtarzalność. W natłoku efektów pogubiły się gdzieś melodie i tytułowy dreszcz. A można było choćby pójść śladami kolegi po fachu Jamesa Arthura, który — może i bardziej pompatyczny, z gorszymi warunkami wokalnymi — produkcyjnie wypada o wiele odważniej i zręczniej.

Na Thrill of It All Sam Smith mota się gdzieś pomiędzy ckliwością Adele a bigbandowym sznytem i pazurem Amy Winehouse. Można by żartobliwie stwierdzić, że w swojej kategorii zajął miejsce muzyki środka. Być może jako singlowy, rotacyjny artysta radiowy się sprawdzi, trafiając do tych, do których trafić powinien. Kilka ogranych do znudzenia patentów z pewnością sprawi, że wielbiciele muzyki tła po raz kolejny obdarzą go milionami zakupionych egzemplarzy albumu. Szkoda tylko, że takie warunki głosowe i niewątpliwa wrażliwość marnują się w tak okrutny sposób.

Komentarze

komentarzy