Z Innej Miski: Tomasz Mreńca Peak

Data: 8 marca 2018 Autor: Komentarzy:

Tomasz Mreńca

Peak (2018)

Nowe Nagrania

Pionierka muzyki elektronicznej i twórczyni konceptu percepcyjnego deep listening, Pauline Oliveros, namawiała do wsłuchiwania się w dźwięki przyrody, technologii i własnych myśli w celu lepszego zrozumienia świata i siebie samego. Ów koncept realizują z niemałym powodzeniem twórcy stawiający za punkt wyjściowy ambient, eksperymentalizm i muzykę konkretną; również w Polsce. Możemy śmiało zaliczyć w ich poczet multiinstrumentalistę Tomasza Mreńcę.

Mreńca zadebiutował w 2016 roku albumem Land ogniskującym wokół elektronicznego minimalizmu, gdzie rzadkie skrzypcowe motywy towarzyszyły syntezatorowym dronom i ambientalnym strukturom. Nie bez przyczyny w kontekście Land wspominano muzykę ilustracyjną; kompozycje Mreńcy przejawiały mocny potencjał do pobudzania wyobraźni. Mimo wszechobecnej melancholii, debiutancką płytę artysty cechowała pewna łagodność i pobrzmiewające tu i ówdzie poczucie nadziei. Koncepty nakreślone na Land Mreńca rozwijał w późniejszych projektach, między innymi z Bartoszem Dziadoszem, kierując je w stronę o wiele gęstszej atmosfery.

Druga płyta Mreńcy, Peak, to album nagrywany w izolacji i skupieniu nad Bałtykiem, co prawdopodobnie silnie wpłynęło na jego strukturę. Tym razem skrzypce, pierwszy instrument Mreńcy, pełnią o wiele większą rolę niż na debiucie. Ich dźwięk jest obecny już od pierwszych sekund albumu: „Man in the Fog” rozpoczynają ambientowe smyki korespondujące z mrowiącymi trzaskami i odgłosami wiatru. W niektórych utworach skrzypce transformują od łagodnych form do bardziej natarczywych, kulminacyjnych, żeby powrócić w stonowanym finiszu. Często podkreślają nastrój danej kompozycji. W lynchowskim „White Garden” potęgują uczucie niepokoju — rozpoczynają rozedrgane, następnie przechodzą z pulsacji w jednostajność, a zaraz później w dysharmonię.

Jeszcze innym (obok skrzypiec, trzasków i dźwięków danych z natury) motywem przewodnim albumu jest ten futurystyczno-technologiczny. W złożonym utworze „Canada” atakują nas dynamiczne, kosmiczne arpeggia, które napotykają między innymi dźwięki wydobywane z pomocą analogicznych pokręteł radia czy trzaski przypominające ognisko; tworzą tym samym nową przestrzeń, zapewne gdzieś w kosmosie („Bye Bye Butterfly” wspomnianej we wstępie Oliveros mimowolnie nasuwa się na myśl). W otoczeniu bogatej palety dźwięków Peak tworzy wielowątkowy dialog; czasem mocno wzburzony, innym razem spokojny i opanowany. Drugi solowy album Tomasza Mreńcy cechuje znacznie dojrzalsze i chyba też pokorniejsze podejście do brzmienia.

Peak może być fascynującą i pełną niespodzianek podróżą w głąb wszechświata – szerokiej kategorii pojęciowej, która kryje zjawiska ewoluujące w mgnieniu oka, z zapierających dech w niebezpieczne i wrogie. I choć natura nie jest bezpośrednią inspiracją Mreńcy (jak sam twierdzi), to Peak ładnie ilustruje spektrum jej możliwości. Przypomina, że stanowimy jedynie drobną część nieodgadnionej i potężnej całości. To jest ta muszla — pamiątka znad morza, którą jako małe dzieci z zainteresowaniem przykładaliśmy do ucha. Tu jednak w zupełnie innej, o wiele bardziej złożonej roli.

Komentarze

komentarzy