Recenzja: The James Hunter Six Whatever It Takes

Data: 22 marca 2018 Autor: Komentarzy:

The James Hunter Six

Whatever It Takes (2017)

Daptone

James Hunter ma poważny problem — jego dyskografia utknęła w katalogu z przecenionymi czasoumilaczami i nie potrafi się z niego wygrzebać. Przyznaję bez bicia, że grupy Huntera słucham poniekąd z dziennikarskiego obowiązku. I choć muzyka Brytyjczyka towarzyszy nam od lat (bo jego pierwsze solowe płyty to połowa lat 90., ale za przełom artystyczny trzeba uznać krążek People Gonna Talk wydany przez Roundera 12 lat temu) i systematycznie ewoluuje od rock-n-rollowego postrzegania blue eyed soulu w stronę rasowego rhythm & bluesa, to jednak to wciąż muzyka tła, która pięknie wypełnia przestrzeń, ale ostatecznie niewiele wnosi od siebie. I nie chodzi absolutnie o to, że temu, co Hunter robi songwritersko, wokalnie i instrumentalnie, a w czym wspiera go jego przyboczny kwintet, brakuje kunsztu czy warsztatu — te są bezsprzeczne! Niestety jednocześnie to co Hunter robi tak znakomicie, jest bardzo odtwórcze. Jego wizja blue-eyed soulu nie jest w żaden sposób oryginalna — w czasach (marginalnego, bo marginalnego, ale jednak) renesansu organicznego rhythm & bluesa wśród osobowości pokroju Sharon Jones, Raphaela Saadiqa, Mayera Hawthorne’a czy nawet Leona Bridgesa, muzyka Huntera wypada dość oble. Dzięki temu doskonale jest w stanie dopełnić retroplejlistę, której tamci hedlajnują, ale sama nie sprawi, że nagle Hunter stanie się tuzem rewiwalu niebieskookiego rhythm & bluesa.

Ma to swoje dobre strony — lata mijają, a kolejne płyty Huntera to, jedna po drugiej, doskonałe czasoumilacze. Pobrzmiewają oczywiście w jego piosenkach prawdziwe emocje — z definicji podszyte są pewnym rozdarciem powodowanym zazdrością czy tęsknotą albo przybierają formę mniej lub bardziej oczywistego wyznania miłości. Jest w tym sporo romantyzmu i nostalgii, nawet jeśli kolejna piosenka akurat jest upbeatowa, dzięki czemu można takie Whatever It Takes potraktować jako ścieżkę dźwiękową do kolacji przy świecach na zmianę z klasycznym Nat King Cole’m, którego ducha zresztą na nowej płycie Huntera i spółki czuć między wierszami bardziej aniżeli kiedykolwiek dotąd z inspirowaną latynoskim jazzem smoothsoulową kulminacją w postaci kończącego krążek „It Was Gonna Be You”.

Hunter jest bez dwóch zdań znakomitym wokalistą i przez niemal półgodzinne Whatever It Takes prowadzi swój band bardzo zręcznie. To bardzo schludne i starannie poukładane granie, gdzie, jeśli nawet na krótką chwilę wkradnie się odrobina (niestety jedynie) rock-n-rollowego szaleństwa, jak w pędzącym przy akompaniamencie organów Hammonda „I Got Eyes”, to ma się wrażenie, że zostało ono z dużym wyprzedzeniem zaplanowane, skutkiem czego Hunter w szybszych numerach wypada mało wiarygodnie. Kartonowe są też też krótkie instrumentalne solówki — w tym aspekcie grupa kopiuje epokę ciasno zawiązanych krawatów przełomu lat 50. i 60. w skali 1:1. To ciekawe o tyle, że Hunter na barwnej okładce pozuje w wytartej dżinsowej kurtce z papierosem w dłoni. W ten klimat celuje być może bluesrockowe „Blisters” — niezbyt kreatywna kopia „Green Onions” Booker T. & The M.G.’s sprzed ponad 55 lat.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy to brak dostatecznej charyzmy lidera, songwriterska przeciętność czy nadmierne odtwarzanie schematów minionej już epoki kosztem czegoś bardziej autorskiego — pewnie wszystko po trochu. Mimo to nie jest to z pewnością muzyka do windy — Hunter potrafi błyszczeć — jak w otwierającym płytę subtelnym „I Don’t Wanna Be Without You”, gdzie wszystko jest na swoim miejscu — jazzujący, dancingowy aranż, przebojowy refren, emocjonalna równowaga między rozedrganą barwą wokalu a wcale nie nadto ekspresyjnym wykonaniem. Trudno jednak znaleźć na płycie drugi równie udany moment — najbliżej jest kolejne na trackliście „Whatever It Takes” kontynuowane w podobnej tradycji i wspomniane już „It Was Gonna Be You”. Hunter nie zostaje jednak na dłużej ani w głowie, ani w głośnikach — Whatever It Takes to album, który można przesłuchać dziesiątki razy, znać na pamięć każdy jego moment, a wciąż nie potrafić zanucić refrenu któregokolwiek z utworów (z wyjątkiem może otwieracza). To przyjemna muzyka, z której niewiele wynika i jest to raczej stwierdzenie faktu niż zarzut.

Komentarze

komentarzy