Recenzja: Janelle Monáe Dirty Computer

Data: 7 maja 2018 Autor: Komentarzy:

Janelle Monáe

Dirty Computer (2018)

Bad Boy

Po latach spędzonych w masce humanoidalnego androida Cindi Mayweather, Janelle Monáe na najnowszej, trzeciej długogrającej płycie, zatytułowanej niemniej futurystycznie niż jej wcześniejsze krążki — Dirty Computer, odkrywa wreszcie własną twarz.

Pierwsze rysy na ukutym przed kilkunastoma laty koncepcie Metropolis (opartej na kanwie klasycznego filmu science fiction Fritza Langa historii wspomnianej już Cindi Mayweather, alter ego Monáe, która popada w konflikt z międzygalaktycznym prawem, zakochując się w człowieku) pojawiły się jeszcze w 2015 roku, gdy na showcasie własnej wytwórni Wondaland Records bezkompromisowa jak dotąd piosenkarka w sygnowanym własnym nazwiskiem singlu „Yoga” zwróciła się w stronę bezrefleksyjnie trappopowego radiowego R&B. Wystarczyła jedna fałszywa nuta, by w jednej chwili runęły mury skrzętnie budowanego przez lata koncepcyjnego miasta. Od tej chwili nie było już powrotu do przeszłości — oto Janelle Monáe zdjęła maskę Cindi Mayweather.

Tym samym Dirty Computer to dla Monáe wyzwanie na wielu poziomach. Monáe nie jest już bowiem niepokalaną bohaterką swoich wcześniejszych nagrań, mesjanistycznym cyborgiem z misją ocalenia kosmicznej utopiii spętanej jarzmem policyjnej dyktatury. Jest człowiekiem z krwi i kości, który czasem upada, bywa, że płacze, ale podnosi się i idzie dalej. I to właśnie robi Monáe na nowym krążku — nie chowa się za figurami retorycznymi, na własnych zasadach przyznaje że bała się, że nie będzie w stanie wpisać się w niebotycznie wysokie standardy popkulturowe. Bała się, że ludzie będą ją oceniać, że pozostanie niezrozumiana i wystawi się na pośmiewisko przed oczyma całego świata. Na nowej płycie rozlicza się z latami obsesyjnego perfekcjonizmu, który wciąż jest zarówno motorem dla jej twórczości, jak i demonem, z którym się zmaga. Zmaga się także z własnymi korzeniami — bardziej niż czegokolwiek obawia się pytań swoich krewnych o tę płytę, która, jak sama określiła w rozmowie z magazynem Rolling Stone — w dużej mierze jest reakcją na pogląd niektórych członków jej rodziny, że wszyscy homoseksualiści idą do piekła. „Może popełniam błędy, może wyciągam wnioski post factum, ale jestem gotowa, by ruszyć w tę podróż” — dodaje.

Na Dirty Computer Monáe stawia czoła nie tylko swoim lękom, ale i kreacjom skupionym w postaci charyzmatycznej Cindi Mayweather, ikony futurystycznego rock & rolla, sygnaturowego brzmienia Monáe zrealizowanego na kanwie współczesnego R&B z progresywną domieszką funku, klasycznego soulu, rocka i swingu, które dało podwaliny rozwojowi nowej fali artystycznego R&B, w 2007 roku dopiero nieśmiało raczkującego. Dirty Computer nie jest więc w żadnym razie kontynuacją brzmienia (niedokończonej) serii Metropolis, a nową drogą dla Monáe — bliższą radiowym standardom, owszem, ale niezdradzającą Prince’owskiego kanonu. Jest to z pewnością najbardziej prostolinijna i popowa rzecz w dotychczasowej dyskografii artystki, ale nie jest to bynajmniej zarzut. Tam gdzie Mayweather była przerysowana, Monáe cechuje szlachetna prostota, tam gdzie Cindi uciekała, Janelle staje obnażona (ale nie bezbronna), o tym, co w Metropolis było tabu, na Dirty Computer mówi się otwarcie.

Monáe nie ma może za sobą tak barwnej historii jak Mayweather, ale wreszcie jest w swojej muzyce naprawdę obecna. Ze zmianą stylistyczną Monáe, jak i z pewnymi potknięciami (ujawniającymi się zwłaszcza gdy piosenkarka zbyt długo rapuje) i niezręcznościami (zwłaszcza w postaci niespodziewanych tekstowych catch phrase’ów), trzeba się tu zwyczajnie oswoić. Na Dirty Computer Monáe ma być może ucieka się zbyt często do prostych, radiowych refrenów, ale domyka je zawsze przemyślaną, wysmakowaną produkcją na najwyższym poziomie — począwszy od synthtrapowego midtempo z ewidentną słabością do 80sowego Prince’a we w przeciwnym razie momentami dość niezbornym „Crazy, Classic, Life”, przez bezceremonialnie bawiące się perwersyjną dwuznacznością „Screwed” z harmonijnym featuringiem córki Lenny’ego Kravitza, Zoë (być może najbardziej ewidentnie przebojowy fragment dyskografii Monáe, który zupełnie niespodziewanie mógłby znaleźć się na tej samej wakacyjnej plejliście co wypuszczony 12 lat wcześniej numer Paris Hilton o tym samym tytule), po w całości rymowanego afropopowego dancefloor killera „I Got the Juice” zmalowanego przez Janelle wspólnie z Pharellem Williamsem. Jane tym razem nie przebiera w słowach i czynach — nie boi się trapu, przekleństw i swojej nienormatywnej seksualności. „I like that and I don’t really give a fuck if I was just the only one who likes that — I never like to follow” — śpiewa w refrenie singlowego „I Like That”. To prawdziwa emancypacja byłej androidki.

Jednym z powodów, dlaczego na Dirty Computer trzeba było czekać aż pięć długich lat, był Prince. Prince, który od dawna był mentorem piosenkarki i wywarł znaczący wpływ na brzmienie jej muzyki. Prince, który pojawił się gościnnie w jednym z utworów The Electic Lady i z którym piosenkarka od tego czasu miała swoiste kreatywne przymierze. Prince był ponoć zaangażowany w powstawanie wstępnych szkiców Dirty Computer. I rzeczywiście nie sposób nie odnieść wrażenia, że krążek jest swoistym hołdem oddanym Purpurowemu Księciu. Gdy Monáe jako pierwszy singiel wydała funkujące „Make Me Feel”, internet obiegły pogłoski (nieprawdziwe), że to numer oparty na niewykorzystanym riffie, który Książę napisał przed laty i zaoferował go Janelle z myślą o tej płycie. Przez zamykające krążek „Americans” bez wątpienia od pierwszej do ostatniej nuty przemawia spuścizna klasycznego „Let’s Go Crazy” — nieżyczliwi doszukają się tu plagiatu, ale Monáe robi to z pełną świadomością, a zważywszy na okoliczności, tak obszerny cytat nie jest tu jakkolwiek niestosowny. „Pynk” z kolei, jak deklaruje sama Monáe, jest w części inspirowane psotnym uśmieszkiem Prince’a dostrzeżonym przez nią w którymś z jego koncertowych nagrań. I takim właśnie psotnym uśmieszkiem zdaje się uśmiechać do swoich słuchaczy w każdym zakątku i aspekcie Dirty Computer także Monáe.

I choć piosenkarka chętnie bawi się na krążku nowo nabytą wolnością poza murami upadłego Metropolis, wciąż potrafi pierwszorzędnie przetwarzać dziedzictwo czarnej muzyki z niezrównaną charyzmą i kreatywnością. Prawdziwą siłę pokazuje jednak wtedy, gdy nie kreuje się i nie psoci — w intymnym „Don’t Judge Me”, niewątpliwej kulminacji albumu, gdzie przepięknie rozwija temat kameralnego post-wonderowskiego neo-soulu, łącząc go z wartym opuszczonego Metropolis filmowym zacięciem. Dirty Computer to tym samym najbardziej eklektyczny krążek na trapowych bitach, jaki do tej pory powstał. I choć przy pierwszym odsłuchu można odnieść wrażenie, że bez koncepcyjnej historii Cindi Mayweather samej Janelle nie uda się skutecznie obronić i skleić licznych wolt stylistycznych, to tylko pozory. Monáe wcale nie jest sama, ma za sobą komplet stałych współpracowników z Wondalandu, duchy Prince’a i Cindi Mayweather, bogatą historię sztuki afroamerykańskiej i queerowej, wreszcie — nowo odzyskaną miłość i siłę, która płynie ze szczerego jej wyznania. Przez minionych naście lat Monáe naturalnie i na swoich własnych warunkach wyrosła na prawdziwą gwiazdę współczesnego R&B, która podobnie jak Beyoncé poniosła Lemonade samą sobą, niesie teraz Dirty Computer. „That’s just the way you make me feel, so real, so good, so fuckin’ real”.

Komentarze

komentarzy