Recenzja: Kanye West Ye

Data: 5 czerwca 2018 Autor: Komentarzy:

Kanye West

Ye (2018)

GOOD / Def Jam

Nienawidzę nowej płyty Kanyego, jest kozacka. Chciałbym taką właśnie parafrazą napisu z okładki podsumować Ye, ósmy solowy album Kanyego i zarazem drugi z pięciu punktów płytowej kampanii wytwórni GOOD Music. Nie da się jednak tego zrobić, gdyż składające się z siedmiu utworów wydawnictwo jest po prostu… w porządku. Tylko czy na tym etapie kariery jednego z najbardziej kreatywnych i nieprzewidywalnych muzyków naszej ery, nagrywanie albumów będących zaledwie okej… jest okej?

Napisana i zarejestrowana na prywatnym ranczu w Wyoming płyta próbuje budować mit najbardziej intymnego wydawnictwa rapera — do momentu gdy przypominamy sobie, że Yeezy nigdy nie był zbyt powściągliwy w karmieniu nas porcjami informacji na temat swojego życia. Dedykowane żonie i córkom wersy przeplatane są na dobre i na złe klasycznymi „kanyeizmami” — i tymi błyskotliwymi, i tymi głupimi. Nota bene niesławne linijki o wybielaczu z The Life of Pablo zostały pobite przez czerstwy wers o piersiach Kim, zainspirowany chyba jakimś przeglądem polskiego kabaretu. Rozwijające się od spoken word do dynamicznej nawijki „I Thought About Killing You” na początku płyty i „Violent Crimes” na jej końcu potrafią trochę poddusić patosem. To, co się dzieje pomiędzy, czyni resztę albumu ciekawszym, ale też niestety wyjątkowo jak na Kanyego bezpiecznym doświadczeniem.

Jest to bez cienia wątpliwości bardziej zachowawczy materiał niż radykalnie eksperymentalny Yeezuswtórujące mu w swej ekstrawagancji The Life of Pablo. Można było nie lubić albo nie czuć tych albumów, ale trudno im było odmówić fascynującej nieobliczalności i wielowarstwowości pozostawiającej słuchacza w niepewności czy na pewno wszystko dobrze odczytał, czy prawidłowo ewaluuje swoją umiejętność percepcji muzyki i sztuki. Problem z Ye jest taki, że tutaj tego uczucia nie ma zupełnie. To zbiór utworów, które jakie są, każdy słyszy, drugiego dna nie uświadczycie. Solidnie zaaranżowane i wyprodukowane, posiadające zgrabne melodie, komplementowane kombinacjami gościnnych wokali dobrych znajomych, ale wszystko na zasadach ustanowionych gdzieś w okolicach wydania My Beautiful Dark Twisted Fantasy. Jedyną względną niespodzianką jest przesunięte z nadchodzącego albumu z Kidem Cudim indie popowe „Ghost Town”. To Kanye w swoim żywiole — maksymalistyczny, przerysowany, umiejętnie zarządzający ludzkimi zasobami swoich wokalnych współpracowników, ale niestety i tak jakby zszywający piosenki ze strzępków swoich starszych dokonań.

Kanye West dla współczesnej muzyki rozrywkowej zrobił w zasadzie już tyle, że nie musi już nic nikomu udowadniać. Nic tylko zaszyć się na ranczu w środkowym zachodzie Stanów i odcinać kupony od pełnej rewolt kariery — tym bardziej, że zawarte na Ye piosenki są mimo wszystko dobre i gwarantują przyjemnie spędzony czas. Jest jednak coś szalenie niepokojącego w świadomości, że West mógłby osiągnąć artystyczne plateau, gdzie szczytem niekonwencjonalności jest fotka na okładkę cyknięta w przededniu premiery oraz nazywanie dwudziestominutowej epki pełnoprawnym albumem. A może niepotrzebnie się martwię jednorazową chwilą niemocy? Pożyjemy, zobaczymy.

Komentarze

komentarzy