Recenzja: Natalie Prass The Future and the Past

Data: 27 czerwca 2018 Autor: Komentarzy:

Natalie Prass

The Future and the Past (2018)

ATO

W dobie muzyki z chmury i serwisu Genius wiele elementów utworów stało się nieco bardziej transparentnymi. I choć kucharze nigdy nie byli zbyt skłonni do dzielenia się przepisami na popisowe dania, to na profilach artystów na Spotify nierzadko można znaleźć plejlisty z aktualnymi zajawkami. Natalie Prass również ułożyła listę wykonawców towarzyszących jej przy tworzeniu The Future and the Past.

Trzeba przyznać, że wykaz inspiracji pierwszej damy barokowego pop soulu wygląda interesująco. Przeważa post-disco, jest też sporo MPB. Mieszankę wzbogaca skromniejsza reprezentacja jazzu, soulu i world music; wśród ostatniej kategorii znajdziemy hinduski pop czy Natachę Atlas w (skądinąd bardzo ładnym) coverze, napisanego dla Björk „You Only Live Twice”.

Ta wszechstronna paleta dość sprawnie, choć oczywiście nie całkowicie, nakreśla szkielet drugiego albumu wokalistki. Natalie, niczym w programie Your Face Sounds Familiar, przywdziewa tu różne maski, nie odbiegając jednak od własnej artystycznej osobowości. I tak płytę otwiera „Oh My” — taneczny utwór, w którym tubalny prince’owski bas spotyka wonderowską harmonię. W „Hot for the Mountain”, jednej z lepszych piosenek z zestawu, melodia kreślona głosem Prass cudnie wije się niczym u Joni Mitchell w rytm orientalnych bębnów, prowadząc do stonowanego smyczkowo-klawiszowego katharsis przy słowach „we’ll take you on”. Z kolei w upbeatowym „Sisters” wokalistka niemalże cytuje Erykę Badu. Kiedy jednak spodziewamy się refrenu „Appletree”, uderzają w nas glissando, funkowa gitara i energetyczny chórek (w chórkach i dwugłosach przejawia się zresztą kunszt utworów Prass, która najwyraźniej nagrywa wokalne mikroelementy samodzielnie). Na albumie znalazły się też takie piosenki jak „The Fire” czy „Nothing to Say”, które zmusiły mnie do kilkukrotnego sprawdzania nazwisk twórców, bo ich soft rockowa oprawa i układ kompozycji budzą zbyt silne skojarzenia z siostrzanym triem Haim. W porównaniu z debiutem Prass The Future and the Past jest o wiele bardziej eklektyczne i dynamiczne, wręcz krzykliwe — w nieco bondowskim „Ship Go Down” Natalie zresztą dosłownie krzyczy, ale muszę przyznać, że w jej wypadku brzmi to jednak nieco sztucznie.

Dyskoteka Prass to jednak nadal muzyka nadająca się bardziej do tupania nóżką niż do tanecznego wariactwa. Wszystko tu jest odpowiednio ułożone i wygładzone. Wokalistka nie pozbawiła nas też przyjemności odkrywania po drodze różnych ozdobników. Natalie wciąż maluje swoje krajobrazy z dbałością o najdrobniejszy szczegół, jakby pamiętając, że w dobie streamingu zmienił się też proces ogniskowania uwagi. Niestety mnogość detali nie zawsze idzie w parze ze starannością o kompozycje jako całość. Są tu dwie, trzy piosenki-wypełniacze, tu i ówdzie artystce zdarzy się zagubić w jakimś nietypowym outro.

Na The Future and the Past Natalie Prass dokonuje nie tyle zwrotu, co kroku naprzód. Wciąż jednak pozostaje wokalistką bardziej z przeszłości niż futurystyczną wersją siebie. Nadal też, mimo różnorodnych inspiracji, zachowuje odrębność. W pewnym momencie Natalie zdaje się wprawdzie zjadać własny ogon i utrudnia dotarcie do całkiem niezłego finiszu w „Ain’t Nobody”. Niemniej jednak można się przez chwilę tymi ulotnymi kompozycjami nacieszyć, wyobrażając sobie jednocześnie Prass jako odtwórczynię piosenki przewodniej do nachodzącego filmu o Agencie 007.

Komentarze

komentarzy