Recenzja: Jorja Smith Lost & Found

Data: 18 lipca 2018 Autor: Komentarzy:

Jorja Smith

Lost & Found (2018)

FAMM

Pamiętacie jeszcze tych młodych zdolnych z Wielkiej Brytanii mających zawładnąć przemysłem fonograficznym? Produkowani w pewnym momencie hurtowo muzycy ze świeżymi pomysłami i dużym talentem gotowym do wykorzystania w obrębie pojemnej szufladki urban — Jamie Woon, SBTRKT, Katy B. Obecnie Jorja Smith. Wokalistka z popowymi ambicjami, ale też odznaczająca się melancholią godną Ghostpoeta i szczyptą wrażliwości Lauryn Hill. Godna następczyni dla tych drobnych, ale i tych większych karier w obrębie brytyjskiej muzyki popularnej.

Długo wyczekiwany debiut Lost & Found to płyta, przy której — w zależności od preferencji, a może obecnej kondycji życiowej — można albo się zapomnieć, albo chcieć szybko zapomnieć o Jorji Smith. Mamy tu do czynienia z nieco rozwodnionymi, czasem trochę zbyt ckliwymi piosenkami. To z założenia subtelne (co jest sporym atutem wokalistki), oszczędne utwory, przywołujące momentami na myśl Amy Winehouse czy Adele. Ale nie tylko.

Jorja Smith, w odróżnieniu od obu powyższych, wydaje się mieć o wiele większe szanse na zostanie okrzykniętą brytyjskim wcieleniem Lauryn Hill. Niestety, urokliwe, słodko-gorzkie kompozycje w trakcie odsłuchu nabywają niezwykłej zdolności do przeistoczenia się w jednowymiarową dźwiękową plamę. Cały zestaw trąci monotonią i przy braku wyraźnych motywów przejmuje rolę zupełnie nieszkodliwej muzyki tła. Równie szybko wpadającej, co wypadającej z głowy. Gdzieś na poziomie jednej trzeciej płyty, te — singlowo i w oderwaniu przecież — ładne piosenki zaczynają wydawać się mdłe i trudne do odróżnienia. I tak jest mniej więcej do momentu wkroczenia „Blue Lights” — nostalgicznego utworu żywcem skradzionego z połowy lat 90. Zbudowany wokół policyjnego wątku i cytatu z Dizzee’ego Rascala stanowi wysoko postawioną, do tej pory nieprzekraczalną dla Smith, poprzeczkę.

Lost & Found ma oczywiście swoje producenckie wyróżniki. Nie pomagają mu jednak ani dramatyczne smyki w „The One” (choć przecież wiemy, że wokalistka zawsze chciała być dziewczyną Bonda), ani futurystyczne piórka w „Wandering Romance”. Tak samo chór i ledwie słyszalna gitara w (nieznośnie zresztą ckliwej, finalnej części albumu) „Tomorrow”. Rapowany „Lifeboats”, bezpośrednio nawiązujący do wspomnianej już Hill, nadaje albumowi minimum niezbędnego charakteru, ale wciąż czegoś na Lost & Found brak. Aż chciałoby się, żeby ta melancholia i subtelność zostały choć odrobinę przełamane utworami pokroju „On My Mind” — ten niestety finalnie na album nie trafił.

Jorja Smith zdążyła zwrócić na siebie uwagę na długo przed oficjalnym debiutem. Pojedyncze single oraz gościnne występy u Drake’a i Kali Uchis wyeksponowały świetne warunki wokalne i swego rodzaju niedzisiejszą wrażliwość Jorji, być może w tej chwili niekoniecznie opłacalną. Brytyjska nadzieja neo-soulu, podobnie jak przed kilkoma laty o wiele nowocześniej zaaranżowana Delilah, próbuje tchnąć duszę w muzykę. Mimo wszystko, z jakiejś przyczyny — na pewno na poziomie producencko-songwriterskim, a może i czysto marketingowym — it all falls down.

Komentarze

komentarzy