Recenzja: Ariana Grande Sweetener

Data: 6 września 2018 Autor: Komentarzy:

Sweetener

Ariana Grande

Sweetener (2018)

Republic

Ariana Grande wydała najbardziej spójny brzmieniowo album w swojej dotychczasowej karierze, choć niekoniecznie jej najlepszy.

Grande debiutowała niezobowiązującym mariażem 90’sowego popu i R&B jako następczyni Marii Carey, by wkrótce wpaść w kleszcze list przebojów i znaleźć się ideowo bliżej Rihanny, której kolejne krążki były raczej zbiorami przebojowych singli, aniżeli utworami samymi w sobie. Wydane przed dwoma laty Dangerous Woman to kopalnia fantastycznie wyprodukowanych, wykonanych i napisanych przebojów — na czele z sensualnym „Let Me Love You” i klubowym „Into You”. Z największą bolączką tamtego krążka — znaczącym stylistycznym rozstrzałem pomiędzy kolejnymi piosenkami — postanowiono rozprawić się na wydanym w sierpniu Sweetenerze.

Na papierze wszystko wygląda znakomicie — grupę stałych współpracowników piosenkarki i twórców jej sygnaturowych numerów Maxa Martina i Ilyę zasilił niezastąpiony Pharrell Williams, który wypełnił znane z wcześniejszych płyt piosenkarki ubytki post-neptunesowskim sznytem, który, jak mogliśmy się przekonać wielokrotnie w przeciągu ostatnich 25 lat, nigdy nie wychodzi z mody. I rzeczywiście, jak Williams zdołał udowodnić na grudniowym krążku N.E.R.D, całkiem dobrze wyszła mu inkorporacja do swojego klasycznego stylu trapowych elementów, przez co z całą pewnością nie można mówić o nim w czasie przeszłym. Co więcej — z wyjątkiem singlowego „No Tears Left to Cry” uwięzionego między powerballadą a klubowym wymiataczem — Martin i Ilya powściągnęli europopowe zapędy, które dotąd rozsadzały płyty Grande od środka i dopracowali swoją część z godną pochwały dojrzałością tzn. ostrożnie, ale nie zachowawczo. Nawet lepiej spisał się Hit-Boy, który wraz z ziomkami zrobił z „Better Off” najładniejszego moodsettera na krążku. Słowem — Sweetener to znakomity producencki showcase z nawet wdzięczniejszą wokalistką, która potrafi operować głosem i pomimo znakomitych warunków nie prześpiewywać swoich piosenek. Co zatem poszło nie tak?

Grande wyraźnie zagubiła się w nawale współczesnych popowych trendów i wspólnie ze swoim producentem wykonawczym Scooterem Braunem postanowiła mniej lub bardziej świadomie zastąpić melodie bitami, a wokalizy post-trapową deklamacją. O ile produkcja faktycznie przyciąga uwagę słuchacza — w przypadku Pharrella wysublimowaną minimalistyczną ekspozycją detali jak np. figlarnym militarnym bębenkiem budującym strukturę „The Light Is Coming” — to same piosenki zbyt często meandrują bez ładu i składu w na wpół recytowanych zwrotkach, by koniec końców zawiesić się przed oczekiwaną kulminacją i przejść do w najlepszym razie niezapamiętywalnego, a czasem niezręcznego refrenu. Takie są „The Light Is Coming”, „R.E.M”, „Everytime” i „Better Off”. „Goodnight N Go” to z kolei pudło innego rodzaju i jedyne ewidentne szkaradztwo na krążku — krzykliwie EDM-owy cover przeciętnego kawałka Imogen Heap sprzed 13 lat. „God Is a Woman” to natomiast temat na osobny tekst — kuriozalny formalny patchwork kilku trapowych odrzutów zwieńczony najbardziej niezbornym refrenem tego roku, w którym Grande postanawia wesprzeć się patetycznym chórem. Szkoda, bo ze swoim otwarcie feministycznym tekstem w ustach pierwszoligowej piosenkarki takiej jak Grande utwór potencjalnie mógłby stać się hymnem definiującego ostatnie miesiące ruchu #metoo. Tymczasem melodycznie to trzecioligowy średniak z refrenem, którego nawet nie da się zanucić.

Grande z Williamsem mają jednak koniec końców całkiem dobrą synergię przede wszystkim w koktajlowym „Successful”, w którym Pharrellowi stylistycznie najbliżej do produkcji dla Kelis na Tasty sprzed (o zgrozo!) 15 lat. Z kolei w tytułowym „Sweetener” trapowa wyliczanka ładnie kontrastuje z klasycznym piosenkowym pre-chorusem jakby żywcem wyciągniętym z debiutanckiej płyty piosenkarki. W „Blazed” Williams podejmuje próbę odtworzenia hitowego patentu Richa Harrisona z „1 Thing” Amerie, ale paradoksalnie mimo niezłego refrenu, to jeden z najbardziej nieadekwatnie i nieporadnie brzmiących fragmentów płyty. Jako radiowy singiel sprawdziło się natomiast „No Tears Left to Cry”, które jednak zbyt poszarpaną strukturą przegrywa w swojej kategorii wagowej z monumentalnym „Break Free” z drugiej płyty Grande i z czasem prawdopodobnie opuści radiowe plejlisty na jego rzecz. Potencjału singlowego nie można odmówić też „Breathin”.

Koniec końców Sweetener wbrew nazwie wcale nie jest przesłodzony. Pomimo pieczołowicie wykoncypowanego brzmienia w każdej innej sferze jest jednak w najlepszym razie beznamiętny. W szczególności zaś cierpi z powodu braku dobrych popowych melodii. I choć słucha się go jako całości względnie gładko, z trudem można wyłuskać stąd momenty dorównujące naturalną przebojowością któremukolwiek z singli z Dangerous Woman. Grande ewidentnie nadal szuka siebie i choć w nowej odsłonie niewątpliwie pobłądziła, jest teraz paradoksalnie bliżej swojego opus magnum niż kiedykolwiek wcześniej.

Komentarze

komentarzy