Recenzja: Sunni Colón Satin Psicodelic

Data: 1 października 2018 Autor: Komentarzy:

Sunni Colón

Satin Psicodelic (2018)

TETSU

„Satyna kojarzy mi się z odnajdywaniem równowagi w miejscu, które można by nazwać psychodelicznym — niekoniecznie chodzi o narkotyki, ale raczej o moment, w którym wszystko wydaje się nieokreślone. Nietrudno o takie momenty kiedy masz 27 lat. Satin Psicodelic próbuje więc być gładkie jak satyna w tym dziwnym, szalonym miejscu, w którym żyjemy. To taki kontrolowany chaos.” –- w ten sposób Sunni Colón rozwijał ideę swojej drugiej epki magazynowi i-D. Ja w tym czasie próbowałam uciszyć w głowie mimowolne zarzuty o pretensjonalność, bo po singlach spodziewałam się przynajmniej niezłego albumu.

Trzeba jednak przyznać, że satynowy wątek został na płycie obroniony. Satin Psicodelic to przede wszystkim neo-soulowe kompozycje z dużą ilością gitary — niekiedy rozmarzonej, janglującej, innym razem upbeatowej. Sunni Colón podąża ścieżkami, jakie wytyczyli Frank Ocean na Blonde oraz członkowie The Internet (tego pierwszego zresztą cytuje w utworze „Mornin Dew”), i próbuje te inspiracje zsyntetyzować. Z jednej strony jego wycofany wokal sprawia wrażenie, jakby muzyk nie chciał stawać ponad aranżacje. Świetnie to słychać choćby w „Baby I Don’t Mind”, w którym głos Colóna dobiega z offu — jest zasłonięty ścianą dźwięku, a jednocześnie mocno z nią kontrastuje. To konsekwentny zabieg na płycie, można go więc też odbierać jako swego rodzaju nonszalancję. W tym kontekście tytułowe satin wydaje się idealne — mamy tu delikatną i niejednoznaczną muzykę, a przecież z drugiej strony satyna kojarzy się ze zmysłowością — pojęciem bardzo wyrazistym.

Pewna jest też na Satin Psicodelic produkcja. To są wycyzelowane utwory, wydają się dopracowane w najdrobniejszych detalach. Aż chciałoby się, żeby w tym perfekcyjnym obrazku znalazło się miejsce dla jakiejś wyrwy, która nada mu charakteru. Tej psychodelicznej strony, rzekomo władającej życiem Colóna. Produkcyjna precyzja z początku robi niemałe wrażenie, żeby z czasem przekształcić się w największą wadę albumu, mimo świetnych pomysłów i niewątpliwego osłuchania twórcy.

Nie znaczy to, że na tej krótkiej epce nie można znaleźć ciekawych momentów. Bardzo ładna jest rozmarzona, może nawet trochę psychodeliczna „Guava”, w której wokaliście znacznie bliżej do Ariela Pinka niż do Franka Oceana. Singlowe utwory, progresywne „Baby I Don’t Mind” i nostalgiczne „Summer Blu” urzekają bezpretensjonalnością i nonszalancją. W materiałach prasowych Colón pozował na kogoś, kto chce, żebyśmy dobrze czuli się we własnej skórze i wymienione piosenki dobrze ten zamysł oddają. Podobnie jest ze „Strand of the Future”, które wyróżnia się od reszty charakterystycznym, tanecznym groovem i przyjemnie rozwiniętą linią melodyczną.

Jako powakacyjny soundtrack do snucia się po mieście albo leżenia na fotelu Satin Psicodelic nadaje się znakomicie. To jest muzyka przykryta patyną, która płynie własnym tempem i dobrze sprawdza się jako głos tła — wycofany i nieingerujący. Colón przyznał, że w trakcie pracy nad albumem powstało około stu utworów. Nie jestem w stanie porównać tego z innymi artystami, ale nie potrafię odsunąć od siebie wrażenia, że ta praca była odrobinę taśmowa. Jako momenty te utwory sprawdzają się bardzo dobrze. Podejrzewam, że muzyk byłby świetnym producentem pojedynczych piosenek dla innych artystów. Sam jako artysta, mimo wszystko jeszcze trochę tkwi w chaosie — nawet, jeżeli uporządkowanym.

Komentarze

komentarzy