Recenzja: Injury Reserve Injury Reserve

Data: 28 maja 2019 Autor: Komentarzy:

Injury Reserve

Injury Reserve

Senaca Village

Mimo że to pierwszy legalnie wydany krążek Injury Reserve, trudno mówić w ich wypadku o debiucie. Od wydania ich głośnego Live From the Dentist Office trio zdaje się mieć po swojej stronie słuchaczy, recenzentów i środowisko, pozostając jednocześnie na granicy altrapowego mainstreamu i podziemia. Komercyjny debiut mógł zatem być świetną okazją, żeby wizerunek duetu wyraźnie pchnąć w kierunku tej pierwszej opcji.

Wszyscy, którzy spodziewają się z tej okazji kompromisów w twórczości grupy, mogą jednak porzucić pozory, bo od pierwszego utworu słychać wyraźnie, że to ci sami wariaci, którzy jakiś czas temu żenili na Floss pharellowski vibe z industrialnym rapem. „Koruna & Lime” to finezyjny rap poprzetykany modną ostatnio stylistyką deconstructed club. Doskonale wprowadza w klimat płyty, która wydaje się próbą pogodzenia eksperymentalnej, wielowątkowej narracji charakterystycznej dla jazzujących momentów tria z intensywnością i bezpośredniością bardziej hardcore’owych odjazdów. I tak dostajemy tracki, które na przestrzeni kilku minut przeprowadzają nas przez mocno przesterowany industrial, soulowe zaśpiewy i bogate, przestrzenne aranżacje syntezatorowych smyczków. Najwyraźniejszy w tej kwestii wydaje się być bardzo emocjonalny, introwertyczny „What a Year It’s Been”, który w sferze instrumentalnej od wyciszonego początku buduje napięcie, które miarowo narasta w kierunku wybuchu niespodziewanej agresji, wspomagając się zapleczem inspiracji od 808s and Heartbreak po Yeezusa.

Pierwszy raz w historii grupy znajdziemy u Injury Reserve całkiem pokaźną listę gościnek. Pierwsze z nich usłyszeliśmy już przy premierze pierwszego singla z płyty — odważnego, ale wycofanego „Jawbreaker”. Na minimalistycznym beacie z indiepopowym vibe’m Injury Reserve godzą ze sobą różne światy, łącząc przyśpiewującego spokojnie Pro Teens ze znaną z agresji i wulgarności Rico Nasty. Kawałek okazał się dość dużym hitem i otworzył drogę dla następnego gościa w kolejnym przedpremierowo wydanym numerze — dusznym trapowym „Jailbreak the Tesla”, budzącym skojarzenia z legendarnym hitem Teriyaki Boyz. Aminé, bo to właśnie o nim mowa, próbuje brutalnie rozerwać przyległą do nim po „Caroline” łatkę one-hit wonder i wypluwa zwrotkę, która kradnie show Ritchiemu. Świetnie wypada też zimnokrwisty performance Freddiego Gibbsa na opanowanym, niepokojącym bicie „Wax On”, a Dram przypomina o swoim istnieniu w rozbieganym, powolnym „New Hawaii” rozpływającym się w podszyty soulem westocoastowy G-funk na introwertyczną modłę. Zawodzi jedynie kontekst, w jakim pojawiają się Peggy i Cakes da Killa. Król hedonistycznego industrialnego queer trapu i internetowy outsider wystawiający środkowego palca wszelkim zasadom rapowej produkcji zostają połączeni w chaotycznym, przesadzonym i niespójnym „GTFU” i o ile Cakes rzeczywiście wybucha w twarz słuchacza swoim agresywnym flow, druga połowa numeru jest tak absurdalnie różna od pierwszej, że jako całość numer zupełnie się nie broni.

Tym, co zawsze wyróżniało Injury Reserve z całego altrapowego światka, była niesamowita gracja i finezja oraz specyficzne, samoświadome poczucie humoru. Tutaj przekuło się ono na pierwszy w historii grupy żart muzyczny, czyli „Rap Song Tutorial”, choć nie sposób nie uśmiechnąć się także w przypadku kliszy w zakończeniu zatytułowanym „Three Man Weave” czy bardzo luźnym, swobodnym „Gravy n’Buiscits” na pełnym oldschoolu. Żarty nie każdego mogą bawić, czasem, mimo swojej subtelności, zaburzają też narrację i dynamikę krążka, jest w nich jednak coś na swój sposób stałego i w pewien sposób definiującego stylistykę grupy, co pozwala odetchnąć od emocjonalnej mozaiki, przez którą przeprawiamy się na płycie.

W całym stylistycznym bogactwie albumu nieco zawodzi tylko jedna rzecz. Krążek stanowi artystyczny statement — przefiltrowanie i destylacja dotychczasowej twórczości grupy. Nie poczyniono tu zbyt wielu kroków naprzód i choć wykonanie robi duże wrażenie i są tu jedne z najlepszych traków w historii grupy, drobne innowacje nie przekładają się na ewolucję materiału jako całości. Być może kolejny krążek zdoła przenieść wyciągniętą tu esencję na poziom wyżej — tym razem grupa nagrała tylko i aż solidną, dopracowaną wizytówkę.

Komentarze

komentarzy