Recenzja: Mavi Let the Sun Talk

Data: 15 listopada 2019 Autor: Komentarzy:

Mavi - Let the Sun Talk

Mavi

Let the Sun Talk

Mavi

Five-Percent Nation to zapoczątkowany w połowie lat 60. w Harlemie w Nowym Jorku ruch religijno-społeczny, którego założenia były propagowane w kulturze hip-hopowej niemalże od początku jej istnienia. Wywodząca się z niego symbolika miała więc znaczące przełożenie na późniejsze tendencje w rapie – rozpowszechniali ją choćby Eric B. i Rakim, członkowie Wu-Tang Clanu, ale także Jay-Z, Nas albo Erykah Badu. Jednym z podstawowych fundamentów ideologii Pięcioprocentowców jest to, że „Prawdziwy Czarny Człowiek” to Bóg, a „Prawdziwa Czarna Kobieta” to Ziemia. Przy tym słońce oznacza wiedzę, a Rastafariańskie „Ja i Ja” reprezentuje więź Boga i człowieka w jednej istocie, do czego właśnie odnosi się tytuł debiutanckiego albumu 20-letniego rapera z Północnej Karoliny. Mavi na Let the Sun Talk sięga więc do korzeni czarnej filozofii, dążąc do samopoznania i własnej ekspresji.

Autobiograficzne i egzystencjalne wątki Omavi Minder ujmuje w poetyckie, acz proste w swoim przekazie linijki. Jednoczy ze sobą rozum, duchowość i świadomość, wyraża siebie – „Cap trapped in my schooling rap asking for time to spit/Unwinding brain, mind and consciousness” („Moonfire”), osadzając całość w kontekście „czarnych wartości”. Już na samym wstępie, w „Terms & Conditions”, słyszymy nadany kobiecym głosem komunikat, dotyczący postawy „pro black”. Natomiast po instrumentalnej przerwie, interpretację bajki ludu Efików z południowo-wschodniej Nigerii o tym, dlaczego słońce i księżyc żyją na niebie. Dla Maviego istotne są oprócz tego relacje – te z samym sobą i te z innymi. Raper dotyka tematu swojej kondycji psychicznej jak choćby w trzyczęściowym „Eye/I and I/Nation” („Trauma I survived done left me planted, ain’t no buckling/Bar got raised up high by all the xan and when my lover dipped/I stay calm and guided through the qualms to reach the subtle shit”) czy „Selflove”, gdzie jego zmagania stają się pretekstem, aby zilustrować miłość, jaka łączy go z matką („She said it’s just because I love you/That I see you out here poisoning yourself and want it for you/And I love you better than I love myself, my fruit is spoiled”).

Let the Sun Talk wywołało we mnie pewien dysonans. Maviego usłyszeliśmy obok Earla Sweatshirta, który swoją drogą miał swój udział w produkcji tego materiału, w „El Toro Combo Meal” na Feet of Clay, ostatniej epce członka Odd Future, gdzie bezpośrednio mogliśmy porównać ze sobą ich style. To ważne o tyle, że obaj brzmią całkiem podobnie i obaj świetnie odnajdują się na dusznych, jazzujących bitach, z tym może jedynie że flow tego pierwszego wydaje się bardziej miękkie i dynamiczne. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że album Maviego jest nieco przystępniejszy niż twórczość Sweatshirta, a już na pewno niż jego debiutancki mixtape Earl, który przywołuję tutaj ze względu na podobną okładkę. I tak, jak Let the Sun Talk trudno odmówić ambitnego konceptu i ładnych wersów, tak jego atmosfera z jednej strony przyciąga, a z drugiej – w moim odczuciu – nie wciąga na dłużej. Brakuje tu jakiegoś wyróżnika i bardziej autorskiego charakteru materiału. Mavi wydaje się polegać na dobrze znanych patentach — brzmieniowych, ale także jeśli chodzi o treść. Koniec końców to bezpieczny i w dużej mierze pozbawiony charyzmatu album.

Komentarze

komentarzy