Jessie Ware - What's Your Pleasure

Piwniczne brzmienie wynaleziono 20 lat przed debiutem Wu-Tang Clan

Data: 27 lutego 2020 Autor: Komentarzy:

24-Carat Black

Czy najpopularniejszy zawsze oznacza najlepszy?

Wyobraź sobie, że uczestniczysz w finale Familiady. Prowadzący pomiędzy żartem a rozpoczęciem zmagań pozwolił ci wypić pół litra melisy na odstresowanie, ponieważ w stresie możesz nawet zapomnieć jak się nazywasz. Ostatnie pytanie. Jeden z najbardziej ambitnych albumów w historii muzyki soul wydany nakładem Stax Records? Twój kuzyn odpowiadając, że Hot Buttered Soul Isaaca Hayesa, praktycznie zapewnił zwycięstwo waszej drużynie. Twoja kolej. Pozostała ci tylko formalność. Ni stąd, ni zowąd odpowiadasz, że Ghetto: Misfortune’s Wealth zespołu The 24-Carat Black, który wskazało jedynie dwóch ankietowanych. Olbrzymie pieniądze przeszły koło nosa, a miały być przeznaczone na wzmocnienie kolekcji płyt winylowych. Równie olbrzymie zdziwienie wśród publiczności. Już nawet żart prowadzącego był bardziej zabawny. Stres cię pokonał, co? Czy to olbrzymia ilość sampli, które wykorzystywano w twoich ulubionych nagraniach, podświadomie przemówiła za ciebie?

Owszem, album ten może i jest jednym z najbardziej ponadprzeciętnych albumów, jakie dała fonografia, ale pamiętaj, że w tego typu zabawach liczy się ich popularność. W tym względzie dwóch ankietowanych to i tak spory sukces. A ciekawe ilu z nich wytypowałoby drugi — wcale nie gorszy — krążek grupy, który przeleżał w chicagowskiej piwnicy niemal 45 lat i ujrzał światło dzienne zupełnym przypadkiem? Należałoby zadać pytanie, dlaczego on się w niej w ogóle znalazł?

Podobieństwa Ghetto: Misfortune’s WealthGone: The Promises of Yesterday nie sposób odnotować (może poza pewną logiką, według której zapisano oba tytuły). Całkowicie się od siebie różnią stylistycznie, nie da się więc ich ze sobą nawet porównać. Trudno jednak jednoznacznie określić, który z nich jest lepszy, ponieważ oba zrealizowano na nieosiągalnym poziomie. Oba to dzieła kompletne, bezbłędne, unikatowe. Wobec tego, opis przeżyć towarzyszących obcowaniu z jednym, można wykorzystywać w chwili wyrażania własnego zdania o drugim. W konfrontacji z nimi, trzeba się przygotować na biblijny pojedynek Dawida z Goliatem. I uwierz mi — wcale nie możesz poczuć się większy, mimo że jeszcze nie wymyślono płyt o rozmiarze człowieka.

24-Carat Black

Wyprzedzając własne czasy

Debiut The 24-Carat Black jest absolutnie wybitny. Zawiera jedno z moich ulubionych nagrań — Mother’s Day. Ostatnio nawet pokusiłem się o bardzo odważną tezę, że zajmuje ono miejsce na podium moich ulubionych utworów, a przesłuchałem ich w życiu tysiące. Przeszywająca sekcja dęta, klawiszowe wariacje Williama Talberta i niebiański wokal Princess Hearn, odbierane koniecznie z zamkniętymi oczami, wyostrzają zmysły oraz wywołują drgawki. Naprawdę! A dotąd rzadko który utwór potrafił spowodować taką reakcję mojego ciała, choć według marketingowych notek powinien co drugi. Dla równowagi wśród ścieżek drugiego albumu grupy również znajdziemy jaśniejszy punkt, który stawiam wyżej od reszty — I Want to Make Up. Z tą różnicą, że w jego przypadku mamy do czynienia z absolutnie minimalistyczną warstwą muzyczną, opartą głównie na linii basowej, która służy jako akompaniament w rozmowie dwóch kochanków. Smutnej rozmowie odchodzącego mężczyzny z pożądającą go kobietą.

Ghetto: Misfortune’s Wealth to płyta opowiadająca o trudach życia w centrum wielkiego miasta, koncentrująca się głównie na ubóstwie i problemach społecznych. Nie brakuje jej realizmu i stanowi prawdziwy dokument z życia getta w latach siedemdziesiątych. Bogata w niekonwencjonalne rozwiązania aranżacyjne okazała się zbyt ambitna i głęboka dla ówczesnego słuchacza, który wolał zasłuchiwać się w lekkim brzmieniu Motown czy radosnej Filadelfii, stanowiącej również ważny ośrodek muzyki soul w tamtych czasach. Sądząc po horrendalnych cenach pierwszych tłoczeń albumu The 24-Carat Black oraz po rosnącej popularności jego wznowień, krążek spotkał się z należytą estymą dopiero kilkadziesiąt lat później. Mimo że został wydany w momencie, w którym wytwórnia Stax prosperowała znakomicie i przeżywała swój złoty okres. Kto w takim razie podjął decyzję, pomimo niesprzyjających prognoz na osiągnięcie komercyjnego sukcesu, aby zespół kontynuował pracę nad kolejnymi piosenkami?

Najważniejszą postacią w całym przedsięwzięciu był Dale Warren. Po ukończeniu konserwatorium, w 1961 roku rozpoczął pracę na stanowisku aranżera smyczkowego w Motown Records dzięki swojej ciotce, która była drugą żoną Berry’ego Gordy’ego. Z sukcesami pracował również w mniejszych wytwórniach jak Shrine. Ostatecznie został zatrudniony przez Stax Records, a jego CV stało się bogatsze o Hot Buttered Soul, The Isaac Hayes Movement czy … To Be Continued Isaaca Hayesa. W 1972 roku wystąpił nawet w roli dyrygenta na koncercie Wattstax: The Living Word, a zarejestrowany materiał otrzymał nominację do nagrody Złotego Globu za najlepszy film dokumentalny. Trzeba przyznać, że z takim portfolio nie miał się czego wstydzić. A jednak marzył mu się projekt, w którym mógłby grać w końcu — jakkolwiek to zabrzmi — pierwsze skrzypce.

Na jego prośbę młodzi muzycy z Cincinnati przemianowali nazwę swojej grupy na The 24-Carat Black. Wcześniej, jeszcze pod szyldem The Ditalians, wydali trzy single (w okresie od 1966 do 1969 roku), które nie wyróżniały się od typowych nagrań z tamtych lat. Jak większość, próbowały osiągnąć brzmienie, które stanowiło wizytówkę Jamesa Browna. W pierwotnym składzie znaleźli się: wokalistki Princess Hearn, Kathleen Dent i Valerie Malone, basista Larry Austin, saksofonista Jerome Derrickson; trębacz Ricky Foster, odpowiedzialny za perkusionalia Tyrone Steels, a za klawisze — James i Williamem Talbert. Nie oszukujmy się, żaden z tych artystów nie zrobił oszałamiającej kariery, ale działając kolektywnie, wspięli się na wyżyny kreatywności sięgające wyżej niż czołowe miejsca na listach przebojów. Lider i jego drużyna. Prawdziwy sport zespołowy.

24-Carat Black

Miłe złego początki

Odbiór płyty Ghetto: Misfortune’s Wealth, delikatnie mówiąc, nie był zadowalający. Możemy sobie tylko wyobrazić jak rozczarowany musiał być Warren, skoro jego oczekiwania nie zostały spełnione do końca. W tym samym czasie Stax zaczął nagle podupadać. Kurek został zakręcony, skończyły się więc środki na działania artystyczne i promocyjne. Muzycy wciąż jednak nie opuszczali studia, pracując nad kontynuacją albumu, a wszelkie koszta pokrywał z własnej kieszeni sam Warren. Sięgnął po utwory, które napisał jeszcze w 1965 roku jako autor tekstów w Motown. W ten sposób zrealizowano okołu dwudziestu nagrań. Mrocznych, ale i zmysłowych nagrań o miłości, związkach, pożądaniu, rozczarowaniu, smutku. W odróżnieniu od poprzednich dokonań The 24-Carat Black, te wzbudzą w nas ochotę na romans pełen namiętności. Każdemu natomiast kiedyś kończy się cierpliwość.

Część artystów założyła swój zespół i jako Shotgun rozpoczęli szturm na Billboard. Jedna z wokalistek, Princess Hearn, poślubiła Dale’a, który został ze Staxem do samego końca. Zrezygnowany tym wszystkim porzucił taśmy z materiałem, które omal nie przepadły. Zawieruszyły się gdzieś na dnie piwnicy pewnej posiadłości w chicagowskim Southside, należącej do Bruce’a Thompsona, który w późniejszym okresie działalności zespołu pełnił funkcję klawiszowca i realizatora dźwięku.

Z odnalezionych po kilkudziesięciu latach taśm udało się odzyskać wyłącznie sześć utworów, które dzisiaj znamy jako Gone: The Promises of Yesterday. I nie bez znaczenia dla powodzenia tego projektu była mrówcza robota wydawcy, który specjalizuje się właśnie w przeszukiwaniu różnych archiwów i wydobywaniu z nich muzyki, skazanej już na zapomnienie i powolne dogorywanie. Numero Group, bo o nim mowa, nadaje potem tym dźwiękom nowe życie, ubierając je w formę całkowicie premierowego albumu. A drugi album The 24-Carat Black jest o tyle bardziej wyjątkowy, że — w dużym uproszczeniu — został napisany w 1965 roku, nagrany w 1975 roku, a wydany w 2009 roku. Okładka to niemal 24-karatowa czerń, spod której usilnie próbuje się wydostać na wierzch kilka osób. Świadczą o tym ich kontury, w wydaniu winylowym widoczne tylko w świetle pod odpowiednim kątem. Czy nie brzmi to jakby znajomo?

Komentarze

komentarzy

Jessie Ware - What's Your Pleasure