Eklektik Session: Boxed

Recenzja: Westide Gunn Pray for Paris

Data: 29 maja 2020 Autor: Komentarzy:

Westside Gunn - Pray for Paris

Westide Gunn

Pray for Paris

Griselda

Kto by pomyślał, że jedna z najbardziej podziemnych i ortodoksyjnych ekip może wywalczyć sobie taką pozycję, jaką dziś cieszy się Griselda. Z ulic Buffalo prosto na paryskie salony — oto historia kolektywu raperów i producentów, który swoją przyjazną twarzą firmuje Westside Gunn, entuzjasta wrestlingu, koneser surowych sampli i mistrz dźwiękonaśladownictwa. Pray for Paris to jego pierwszy projekt, który można określić mianem komercyjnego -— częściowo zrywający z radykalnym ponurym brzmieniem na rzecz nowobogackiej bezczelnej przewózki w pseudoluksusowym anturażu. Odważny krok jak na kogoś, kto dopiero wdrapał się do mainstreamowego światka.

Czwarty studyjny projekt Flygoda powstał na kanwie kilku luźnych numerów nagranych podczas jego wycieczki do europejskiej stolicy, które pierwotnie miały być materiałem na EP. Pomysł przerodził się w pełnoprawny album, jednak niezobowiązująca forma i znikoma struktura charakterystyczne dla krótkich wydawnictw pozostały. Dzięki temu Pray for Paris jest znacznie lżejsze niż większość twórczości lidera Griseldy — bogu dzięki za to. To właśnie równowaga między utworami takimi jak mordercze „Allah Sent Me” a relaksujące i słoneczne „Party With Pop Smoke” sprawia, że modlitwa za Paryż jest pełna świeżości, przestrzeni i zwyczajnej zajawki hip-hopem. Dużo w tym zasług samej produkcji; tym razem nie uświadczymy zbyt wielu bitów nadwornych producentów labelu — Daringera i Beat Butcha’y. W zamian album oferuje muzykę spod ręki The Alchemista, Tylera the Creatora, DJ-a Muggsa czy Preemo, a więc pełen wachlarz boombapowych wirtuozów sampli, z których każdy zawarł w Pray for Paris jakiś charakterystyczny dla siebie element. Co prawda, ta warstwa nie zwala z nóg, ale też nie musi — chodzi wyłącznie o odpowiednie tło dla osobowości Westside’a i zestawu jego pierwszorzędnych gości.

Westside nie jest z pewnością raperem z dużym doświadczeniem we współpracy — kiedy obok niego za mikrofonem stają artyści inni niż koledzy ze składu, robi co może, aby wypracować sensowny efekt, ale utwory z występami Wale’a czy Joeya Badassa i Tylera, the Creatora cierpią niedostatki chemii. Gdy gospodarz zaczyna malować wizje pokroju: Body parts on Cavalli dishes, on Mulholland in the drop Porsche wildin’, my loafers crocodile, Stylin’, I be havin’ greater visions trudno uciec od wrażenia, że odpływa trochę za daleko. Kiedy jednak jego drogi krzyżują się z tuzami takimi jak fenomenalny Freddie Gibbs i Roc Marciano w genialnym „$500 Onces”, nić porozumienia tria jest znacznie bardziej namacalna. Gdy natomiast spotyka się z Bennym i Conwayem, efektem jest pełna spójność stylu owocująca najlepszym na płycie „George Bondo”, przywodzącym na myśl zeszłoroczne WWCD

Chociaż w temacie flow i tekściarstwa Flygod prezentuje przyzwoity poziom, jego atutową kartą jest zdecydowanie charyzma. Na nowym krążku typową dla niego nonszalancję udało się przyprawić szczyptą klasy, czego efektem są utwory takie jak „French Toast” i linjki w stylu: Heard you just killed ’em at the Raf show, Used to sell crack out the backdoor. Właściwie przez cały odsłuch mixtape’owa luźna forma zakrawająca o freestyle przeplata się z numerami o tradycyjnej strukturze zwrotka-refren-zwrotka, gwarantując jako taki balans i dynamikę. Podobna mieszanka ma miejsce w kwestii atmosfery, i to chyba największa zaleta dla fanów oryginalnej Griseldy. Westide co rusz przemyca swoje dilerskie zapiski, kreując tym samym obraz rapera-cwaniaka w rodzaju młodego Jaya-Z. Całość domyka ciężkie, barokowe „LE Djooliba”, zatytułowanie na cześć najsłynniejszej afrykańskiej restauracji w Paryżu, które trafnie puentuje ten krótki epizod chwały: Ayo, on the cover of Vogue, just me and my stove, same nigga in the pic, arm restin’ on Hov, we never spoke on rap, we was talkin’ Os, starin’ at a George Condo, I can get ’em whole. Nic dodać, nic ująć.

Pray for Paris to odskocznia od zimnych i siermiężnych raportów z getta typowych dla nieokrzesanego tria z Buffalo. Pozornie zdaje się być projektem interesującym wyłącznie w kontekście całej twórczości Flygoda. To przecież nic więcej niż zbiór pozbawionych większego sensu przechwałek na przyjemnych, ale sztampowych bitach w nieco odświeżonym, salonowym wydaniu. Pozory jednak mylą — pod warstwą bezczelnego blichtru kryje się coś wyjątkowego — autentyczna klisza, urywek życia raperskiej bohemy namalowany bez elegancji, jakichkolwiek manier i wyczucia smaku. Ale za to z jaką szczerością. Boom boom boom BOOM!

Komentarze

komentarzy

Eklektik Session: Boxed