Jessie Ware - What's Your Pleasure

Recenzja: Jessie Ware What’s Your Pleasure

Data: 30 czerwca 2020 Autor: Komentarzy:

Jessie Ware - What's Your Pleasure

Jessie Ware

What’s Your Pleasure (2020)

Universal / PMR / Virgin EMI

Szczerze? Po statecznym Glasshouse z 2017 roku nie sądziłem, że kiedykolwiek będę czekał na płytę Jessie Ware z rzeczywistym podekscytowaniem. Choć Ware zawsze była jakościowa, od jej błyskotliwego, choć odrobinę zbyt racjonalnie wyważonego debiutu Devotion sprzed ośmiu lat piosenkarka nigdy nie schodziła poniżej pewnego standardu. Problemem kolejnych płyt było natomiast kopiowanie schematu, który zapewnił jej pierwszemu krążkowi międzynarodowy sukces — choćby niebezpośrednie i mimowolne. Skutkiem tego Ware zatonęła w szufladce post-Sade, w dodatku coraz bardziej rozwadniając swoje brzmienie. Momenty, kiedy Devotion było najbardziej wyraziste — na czele z odważnym UK-bassowym „110%” (później przechrzczonym na „If You’re Never Gonna Move”), zastąpiły bardziej prostolinijne pop-soulowe mid-tempa, coraz bardziej przybliżające piosenkarkę do radiowego wzorca adult contemporary z płytoteki modelowych rodziców z Toni Braxton, Adele i Samem Smithem. Nie mogłem nie spisać Ware na straty, przynajmniej na jakiś czas, skoro wyprzedziła mnie co najmniej o pokolenie.

Tymczasem migoczące na horyzoncie już w 2018 roku What’s Your Pleasure zdawało się zwiastować ekscytującą i potrzebną woltę stylistyczną. Wydane wówczas garage-house’owe „Overtime” zrealizowane wraz z Jamesem Fordem nie kreśliło jej jeszcze jednoznacznie, ale pokazywało potencjał i zarysowywało perspektywę. Następne, wypuszczane bez pośpiechu na przestrzeni kolejnych półroczy single nie pozostawiały już jednak złudzeń — oto Jessie Ware zamierzała wydać krążek co najmniej na wpół taneczny. Dzieło przypieczętował lutowy singiel „Spotlight” — słusznie otwierający dziś jej nową płytę Ware z wielu powodów. To nie tylko bowiem jeden z najbardziej przebojowych refrenów w karierze piosenkarki, ale przede wszystkim znakomity klucz do odsłuchu Pleasure syntezujący w sobie pewną tęsknotę, melancholię nawet zastygłą na moment w finezyjnej posągowej pozie (to poniekąd właśnie za tę wymagającą wszelkiej równowagi kreację pokochaliśmy Ware przed laty) z neo-dyskotekowym zacięciem wprowadzającym słuchacza w świat nowych brzmień Jessie Ware. Tym samym piosenkarka mocno weszła na terytorium smutnej, a przynajmniej refleksyjnej dyskoteki do tej pory okupowanego niepodzielnie przez Robyn (i, niech im będzie, Hercules & The Love Affair). „Spotlight” jak w soczewce skupia w sobie zresztą też dwa światy, które prawowicie w nowej wizji muzyki Ware współistnieją ze sobą na równych prawach — retro i futuro. Elektronika na Pleasure bywa odrobinę pastiszowa i anachroniczna — weźmy post-„Blue Monday”-owy bit w tytułowym numerze, późno-70sowe dyskotekowe smyczki w „Step Into My Life” czy synthpop splątany z boogie zupełnie jak u Lisy Lisy & The Cult Jam w „Soul Control” — ale ramy pastiszu zawsze pozostają ściśle wyznaczone przez współczesną produkcję.

Linia demarkacyjna nie przebiega tu więc pomiędzy przeszłością a przyszłością. Istotą Pleasure, pośrednio zresztą inspirującą te duchologiczne produkcyjne zabiegi, jest miejsce naturalnego styku house’u z soulem. Nie zimne future-garaże i UK bassy z początku kariery Ware, ale grzejące house’owe piecyki to okowa tych dwunastu (mniej lub bardziej, ale jednak) pulsujących bitów. Transfer od power ballady czy sophistipopowego midtempo przyszedł Ware tak naturalnie, ponieważ nigdy tak naprawdę nie porzuciła swojego emocjonalnego „ja”. What’s Your Pleasure? to kreacja na poziomie stylizacji, nie tożsamości czy emanacji. Ware wciąż brzmi eterycznie i aksamitnie, wciąż, kiedy trzeba wciela się w posągową diwę, a innym razem obnaża się emocjonalnie i uczuciowo. Rdzeń tej płyty jest niezmiennie jednako soulowy, a i wrażliwość Ware nie uległa na potrzeby krążka żadnej robotycznej kastracji, choć część muzycznych środków zastosowanych na krążku mogłaby takie przetworzenie, swoistą elektropopifikację muzyki Ware sugerować. Tymczasem przewodnikami okazują się tu poza wymienionym boogie — smooth soul, freestyle, disco i synth funk. To kreatywnie zaadaptowany do współczesności pełen wachlarz odcieni spuścizny tanecznego R&B lat 80. To zresztą jeden z powodów, dla których krążka słucha się tak dobrze — Ware i jej współpracownicy (z Jamesem Fordem na czele) sięgają po rozmaite patenty i stylistyki, swoisty kolaż brzmieniowy epoki i dzięki charyzmie scenicznej Ware i adekwatnej produkcji Forda, tworzą z nich piękny żywy muzyczny bukiet.

Przede wszystkim jest to jednak zbiór świetnych ponadczasowych popowych refrenów. Od porywającej, pulsującej melodyki otwierającego „Spotlight”, przez 80sowy minimalizm w „Ooh La La”, motoryczne, eurosoulowe „Save a Kiss” słusznie aspirujące do stania się nowym „Dancing on My Own”, przerzucające część emocjonalnego balastu na ekspresyjny bit, klasyczną freestyle’ową rytmikę podbudowaną powtarzalnymi frazami w „Read My Lips”, po uduchowione smoothsoulowe „Remember Where You Are” — symboliczny powrót Ware do soulowego matecznika, ale też numer, który z powodzeniem na jednej ze swoich płyt mogłaby umieścić Janelle Monáe. Jest w czym wybierać — album zrealizowano nie tylo z odwagą i wyczuciem, ale przede wszystkim z pomysłem. What’s Your Pleasure to nie tylko najlepszy krążek w karierze Brytyjki, ale jedna z najlepszych płyt pierwszej połowy 2020 roku.

Komentarze

komentarzy

Jessie Ware - What's Your Pleasure