Recenzja: Toni Braxton Spell My Name

Data: 29 października 2020 Autor: Komentarzy:

recenzja: toni braxton spell my name soulbowl_pl

Toni Braxton

Spell My Name (2020)

Island Records

Obecna na muzycznej scenie od początku lat dziewięćdziesiątych artystka, zdążyła już ugruntować swoją pozycję diwy R&B. Przetrwała ówczesne nadużycia wytwórni, nie dała pokonać się chorobie, a po bankructwie, odbudowuje powoli swoje imperium finansowe. Od momentu wydania płyty Love, Marriage & Divorce zaczęła prezentować się jako pewna siebie kobieta i świadoma artystka. Na krążku Sex & Cigarettes dobitnie śpiewała, czego pragnie, ale dopiero Spell My Name ukazuje dojrzałość emocjonalną Toni Braxton i dominację nad własnym życiem.

Już sama okładka płyty, chociaż nieco tandetna, ukazuje piosenkarkę w wyprostowanej pozie i z uniesioną głową. Jest to oczywiście zamierzony zabieg, mający za zadanie uświadomienie słuchaczowi, czego powinien spodziewać się po utworach na płycie. Otwierające „Dance” sprawnie przeprowadza słuchacza przez pomost między komercyjną i przebojową zawartością płyty Sex & Cigarettes a dojrzałymi dźwiękami na Spell My Name. Po przejściu na drugą stronę spotykamy się z kawałkiem „Do It”, który pomimo dużego potencjału, aby stać się przebojem, zginął gdzieś we mgle premierowych utworów innych wykonawców. I nie pomogła nawet Missy Elliott, której nazwisko od długiego czasu nie gwarantuje już sukcesu.

Będąc na scenie prawie trzy dekady, Toni Braxton postanowiła zaznaczyć swoją pozycję i przypomnieć o szacunku, który jej się należy, zmuszając słuchacza do wyartykułowania jej imienia i nazwiska zarówno na samej płycie, jak i w tytułowym utworze. „Spell My Name”, przeliteruj moje imię, T.O.N.I B.R.A.X.T.O.N, to idealna demonstracja kobieciej siły. Nie oznacza to, że Toni stała się nagle zadufaną w sobie piosenkarką, ale wiele przeszła, jest autorytetem i zasługuje na uznanie. Dowodem na pokorę artystki jest z kolei kompozycja „Happy Without Me”, w której śpiewa „Nic nie jest posiniaczone, tylko moje ego / Nic nie jest zranione, tylko moja duma”.

Dostając płytę składającą się głównie z ballad utrzymanych w oldschoolowym klimacie i zaśpiewanych jedwabistym wokalem, wydawałoby się, że powinny one stać się mocną stroną wydawnictwa. Na Spell My Name sukces nie jest nawet połowiczny. Część ballad oparto na niezwykle męczącym rytmie („O.V.E.Rr.”), a niektóre z nich brzmią jak relikt dawnych czasów (wspomniane „Do It”). Nie pomogło nawet minimalistyczne „Gotta Move On”, które dzięki H.E.R. miało wprowadzić płytę na współczesny poziom. Także „Saturday Night”, mimo silnej emanacji kobiecości i pewności siebie, spaliło na panewce przez swoje tandetne refrenowe brzmienie.

Chciałoby się powiedzieć, że Toni z powodzeniem kontynuuje długoletnią współpracę z Babyfacem, odpowiedzialnym za jej początkowy sukces, jak również za niedawne statuetki za wspólny krążek Love, Marriage & Divorce. Nie jest to jednak zgodne z prawdą. Najlepszym kawałkiem, jaki wyszedł na płycie Spell My Name spod pióra producenta jest, nie wiedzieć dlaczego, bonusowa ballada „Nothin'”, z przyjemną bluesowo-gitarową melodią. Utwór, pomimo że brzmi weselnie, jest miłym zwieńczeniem całego wydawnictwa, które obiecująco sięgając do rytmów z początku kariery Braxton nie udźwignęło ciężaru tamtych lat. Całościowo płyta jest nijaka, nużąco-płacząca, a wokal artystki zamiast zachwycać, trąci męczącą manierą. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że Spell My Name zostało wydane naprędce i bez większego zamysłu. Single prezentowane były chaotycznie, a ilość kompozycji premierowych na płycie woła o pomstę do nieba. Wydawnictwo jest więc bardziej przerywnikiem w czasie pandemii, niż pełnoprawnym albumem, wnoszącym powiew świeżości w dyskografię artystki. Jednego, czego nie można odmówić Amerykance, to energii duchowej i wytrwałości, których pokłady ma w sobie, by omijać kolejne życiowe kłody.

Komentarze

komentarzy