Recenzja: Zdechły Osa Sprzedałem Dupe

Data: 6 lipca 2021 Autor: Komentarzy:

Zdechły Osa

Sprzedałem Dupe

Warner Music Poland

W Polsce, być może wbrew temu, co by się mogło wydawać, lokalność hip-hopowej sceny nadal jest bardzo wyraźna. I nie chodzi tu nawet o jakiś uzurpowany lokalny patriotyzm, bardziej o piętno środowiskowych uwarunkowań spozierające z nawiązań w tekstach i doboru beatów. Nie bez powodu trójmiejscy nawijacze z całego wachlarza osobowości (od bejowskich Undziarzy po przepalony intelektualizm Belmondziaka, który ostatnio wjeżdża na banie jak bandana) mają w sobie podobną oldschoolową lekkość i zajawkę, a ordynarność i prostactwo gówniarskich mokrych snów Bedoesa z wczesnych nagrywek w pełni rozumie się dopiero w niekończącym się labiryncie bartodziejskich blokowisk (uwierzcie, sprawdziłem na własnej skórze). Końcówkę tegorocznej sesji i początek potencjalnych wakacji spędziłem w tym roku na Wrocławskim „trójkącie”, co kumatym powie wszystko a niekumaci nie zrozumieją jak nie poczują. Bywałem tam już wielokrotnie, jednak nigdy wcześniej nie poczułem takiej cudownej symbiozy doznań, jak kiedy tym razem przechodząc nim wrzuciłem na słuchawki Sprzedałem Dupe Zdechłego Osy.

Wrocławski artysta (chyba podświadomie unikam określenia „raper”) to fenomen. Niewielu artystów zdołało narobić wokół siebie tyle szumu nawijając numery niemal ze spartańską postprodukcją (czyt: brzmiące jak przerapowane na mikrofonie ze Skype’a), niewielu też już przy pierwszych romansach z mainstreamem napluło mu tak bezpardonowo do mordy przez np. zrujnowanie wyjątkowo nieudanym stagedivem koncertu Pezeta na Warszawskim Torwarze. Ursynowski raper ocenzurował osie wybryki usuwając jego anarchistyczny epizod z wydania DVD rejestrującego widowisko (pokazując tym samym jak bardzo hip-hopowi przestało zależeć na ulicznym street credicie na rzecz sterylnego produktu), zaś Wrocławianin już na wejściu przedstawił się scenie jako antybohater. Pseudoraper, troglodyta, mówiąc słowami samego zainteresowanego: Żabson to ziomal, a Osa to pizda.

W takim duchu utrzymane były także single zapowiadające krążek. „Stray Dogs” to neurotyczny, beznamiętny drum’n’bass w czeluściowym duchu opowiadający o dojeżdżającej banie stagnacji. „ADHDLGBTHWDP” to digital hardcore na pełnej w etosie punkowej skandowanki doprawiony zaskakująco świeżą klasową krytyką, oczywiście na poziomie zdechłego lakonizmu, a „West Coast” to industrialna fantazja na temat… californijskiego G-Funku, z prawilnymi synthowymi gwizdkami i cribwalkowym rytmem. Osobną bajką jest numer „Zakochałem się w Twojej Matce” (obecnie świecący triumfy na moim Last.FM jako najczęściej słuchany track od założenia przeze mnie tam konta), który z kurwikami w oczach opowiada historię tytułowej relacji reanimując przy tym pokoleniowe wspomnienia juwenaliowego jabol-punka, ale z błyskotliwym twistem. To numer, który mógłby polecieć na Unsoundzie, na OFF Festivalu i na Woodstocku i we wszystkich tych miejscach spod sceny można by było zbierać trupy.

Po takich singlach trudno nie spodziewać się raczej miałkich deep cutsów na albumie, jednak Sprzedałem Dupę okazuje się zachowywać najbardziej smakowite odpadki na finał. W swoim antymanifeście deklaruje Osa:

Na wstępie to ja dalej thirdeye
A dla wizjonerów leci zajebista płyta
Osa syty i wytwórnia syta

I obietnica ta nie zostaje bez pokrycia, bo ten muzyczny junk-art najbardziej urzeka tym, że z thirdeye’owego DIY i bezpardonowego eksperymentalizmu właściwie niewiele zostało zabrane. Dostajemy zatem autoreferencyjny upcycling idei w witch-housowym „Rest in Shit 2”, EDMowy (nieco PC Musicowy?) beat do „Razem w Ghetcie” czy nokturnalny followup do Dezerterowskiego szlagiera w „Spytaj Policjanta”. Dobrze harata po trzewiach ćpuńskie, goatrance’owe „My Eyes Gone Crazy”, a niewątpliwie największy potencjał na przebój lata ma absurdalnie dobre, synthpopowe „Patolove” z charakterystyczną, niezręczną czułością Zdechłego bijącą w same serduszko. Jest też kilka złotych strzałów tęskno przywołujących czasy laptopowej troglodycji- „Na Szybko” to ten sam duch półfreestylowanych, narkotycznych, bełkotliwych boom bapów z nadodrzańskich ławek, które Osa uprawiał od początku, jest nawet miejsca na półanonimową gościnkę lokalsa z kanciastym flow (żeby nie było: totalnie robi ona klimat), a „Na Więcej” to ckliwy (jak na standardy Wrocławskiego gangusa), rozmarzony snuj jak z czasów Zdechły osa na gitarce.

Skoro jednak to nadal ten sam Osa co za czasów undergroundu, to, jak i wtedy, nie mogło zabraknąć kilku wtop. „Jak ty nie masz Oka” to performance znacznie poniżej potencjału duetu Osa-Dzban. Wystarczy posłuchać tak sutych wjazdów jak „Till Coffin 2” czy „Kaliber 666”, żeby przekonać się, na jaki poziom umie wnieść obu artystów chemia między nimi, która tutaj trochę za słabo się tli, a nieco spokojniejszy, minimalistyczny instrumental nie pasuje do czeluściowego anturażu reszty krążka. „New Age Punk” to nieco niepotrzebna kalka stylówy Kukona, w dodatku przeleciana na tak okukoniałym beacie, że Osy właściwie mogłoby tam nie być i nikt by nie zauważył. Trochę zawodzi także „Wykręcę z tego złoto”, które za bardzo (nawet jak na Zdechłego) popada w recykling idei i brzmi jak celowe oddalanie końca płyty (swoją drogą rewelacyjnego, triumfalnego „Za Życie”, który ryje mi dreszczami po plecach ilekroć Osa nawija Za życie, skurwysynie).

Sprzedałem Dupe to zatem płyta w opozycji do… wszystkiego. Taka, która nie chce się określać i przymilać do kogokolwiek, która leci na czystej zajawce, a wobec sceny swój, nomen omen, stosunek i uzasadnienie go określa w dwóch wersach na „West Coast”. Wiadomo których. W pierwszych wrażeniach napisałem o niej, że to płyta paradoks- na kilometr czuć z niej nadodrzańską zgnilizną, trupem, moczem i chemicznym skunem, a jednocześnie to najświeższa rzecz od bardzo dawna na tej scenie. Na tego typa nie ma dyskursów i najbardziej chwalebne recenzje nie mają tu znaczenia, bo sam zainteresowany właściwie zainteresowania nie okazuje, a raczej tyra z artykułów wynoszących go do miana fenomenu. Zamiast tego angażuje się w zbiórki żywności dla domów seniora i Wrocławian dotkniętych kryzysem bezdomności albo wypuszcza w kolaboracji z terefere bez słowa zapowiedzi sequel jednej ze swoich najbardziej kultowych nut, która brzmi jakby znów był 2018, a kontrakt z Warnerem nigdy się nie wydarzył. A, no i wypuścił własne skuny. Kończąc zatem również cytatem:

jebać hip-hop i machanie łapą

Zdechł Osa, niech żyje Osa.

Komentarze

komentarzy