Wydarzenia

Recenzja: Mavis Staples Livin’ on a High Note

Data: 3 marca 2016 Autor: Komentarzy:

Mavis Staples

Livin’ on a High Note (2016)

ANTI-

W wielkie powroty i otaczającą je aurę podniecenia wpisany jest nieuchronnie element jednorazowości. To bańka, która szybko zostaje napompowana do niebotycznych rozmiarów i można dzięki niej wznieść się całkiem wysoko, ale nawet szybciej ulatuje z niej później powietrze i mimo starań trudno z powrotem tchnąć je weń. Są oczywiście istotne wyjątki (jak Johnny Cash czy Swans), ale wspomniany casus stał się udziałem m.in. Kate Bush, Dinosaur Jr. czy Loretty Lynn (która zresztą jutro wydaje swój kolejny krążek). Jednak królową uciekającego hajpu pozostaje bez wątpienia Mavis Staples.

Staples debiutowała na początku lat 60. w rodzinnej grupie The Staples Singers, a od 1969 roku do połowy lat 90. nagrywała soul pod własnym imieniem dla relatywnie wąskiego grona słuchaczy. Jej nominalnym comebackiem było wydane w 2004 roku gospelowo-funkowe Have a Little Faith, ale faktycznym przełomem okazało się znakomite wyprodukowane przez Ry’a Coodera We’ll Never Turn Back w najlepszym stylu eksplorujące country soulowe korzenie piosenkarki. Dzięki płycie o Staples znów usłyszał świat — a sama artystka związała się odtąd na dobre i złe z alternatywną oficyną ANTI-. Jej kolejne dwa albumy powstały we współpracy z Jeffem Tweedy’m z Wilco i na swój sposób kontynuowały tematykę i brzmienie skutecznie wskrzeszone na We’ll Never Turn Back. Choć Staples ma już ponad 75 lat, spokojnie można powiedzieć, że obecnie trwa jeden z najlepszych okresów w jej wieloletniej karierze. Jak ma się to do metafory z pompowaniem bańki? Już tłumaczę.

Po dwóch bez wątpienia całkiem niezłych, ale jednak dość schematycznych krążkach, Staples postanowiła na nowo wpuścić powietrze do hajpowego balonika. Postawiła na element zaskoczenia — pożegnała się z Tweedy’m, a zamiast niego do studia zaprosiła M. Warda (vide połowę She & Him), a co nawet ważniejsze, do napisania 12 oryginalnych kompozycji na płytę zaangażowała jednych z najlepszych songwriterów muzyki alternatywnej — wśród nich Nicka Cave’a, Neko Case, Aloe Blacka, Valerie June, Bena Harpera czy Justina Vernona z Bon Iver. Świadomi słuchacze soulu od razu z ożywieniem podchwycili temat. W pewnym momencie wydawało się, że historia właśnie dzieje się na naszych oczach, a Livin’ on a High Note okaże się równie rewelacyjne co wspomniane We’ll Never Turn Back.

Na pewno trzeba pochwalić Staples za wyjście poza wygodny schemat, doskonały dobór współpracowników i niezmiennie znakomity wokal — mimo upływu lat wciąż witalny i energiczny. Trudno jednoznacznie ocenić, co jednak w projekcie zawiodło — produkcja, songwriting czy raczej niezbyt jednak fortunne połączenie ich obu z personą i dość wyrazistym stylem wokalnym Staples. Wielu twórców zaproszonych przez piosenkarkę na co dzień zajmuje się jednak muzyką odrobinę odmienną — takie zestawienie mogło być bardzo ciekawe, ale mogło też skutkować małą katastrofą. Do katastrofy co prawda nie doszło, ale wysoko zawieszonej poprzeczki nie udało się przeskoczyć ani Valerie June (w quasi-tytułowym pierwszym singlu „High Note”), ani Justinowi Vernonowi (w jednym z najmniej ekscytujących na płycie utworów — „Dedicated”), ani Nickowi Cave’owi (który „Jesus, Lay Down Beside Me” napisał trochę w stylu country-kolędowym). Dużo lepiej spisał się chociażby niewątpliwie bardziej doświadczony w soulowej materii Aloe Blacc, spod pióra którego wyszło hiperpozytywne i bezpośrednio czerpiące z Motown lat 60. „Tomorrow” — numer, którego trochę brakowało na poprzednich płytach Staples. Znakomicie wypadły także kompozycje od M. Warda — zwłaszcza „Don’t Cry”, które jest realizacją kompletnej wizji piosenki — od koncepcji po wykonanie. A wydaje się, że cały szkopuł Livin’ on a High Note polega właśnie na pewnej niewypełnialnej rozbieżności między tymi dwiema sferami. Rytmicznie i melodycznie satysfakcjonujące — może poza niedługim, ale niezbyt zręcznym mostkiem usytuowanym w drugiej połowie utworu — okazało się bez wątpienia także „Action” od tUnE-yArds.

Nie zrozumcie mnie źle — to nadal dobra płyta. Szkoda tylko, że nie wykorzystuje w pełni możliwości, jakie mogła otworzyć przed Staples. A niewykorzystany potencjał zawsze boli najbardziej.

Komentarze

komentarzy