The O’Jays
Ship Ahoy (1973)
Philadelphia International
Szum wzbudzonej przez wiatr wody. Trzeszczące deski budujące pokład siedemnastowiecznego galeonu. Echa grzmotów niesione po niekończącej się przestrzeni Atlantyku. Wszystkie te niepokojące dźwięki przygłuszane są przez jeszcze bardziej przerażające strzały z bicza. Parszywa zmowa odgłosów otoczenia przerwana zostaje cierpkim, gitarowym efektem zwiastującym nam, że nie co liczyć na happy end. Podbudowujące nastrój narastające partie smyczkowe dają nadzieję, że coś jednak się zmieni, są to jednak nadzieje odpływające zbyt daleko w otchłań niepewnej przyszłości. Pozostaje tylko to co tu i teraz — resztki determinacji i ironia przemawiająca przez gorzką pieśń. „Feel the motion of the ocean…”
The O’Jays, podobnie jak bohaterowie poprzedniego odcinka, poważną przygodę z muzyką zaczęli jeszcze pod koniec lat pięćdziesiątych. Również początkowo nie mogli się zdecydować na nazwę grupy (tu zmiany zachodziły całkiem spore – początkowo The Triumphs, później The Mascots i ostatecznie od 1963 roku The O’Jays), dla nich również przełomowy okazał się początek lat siedemdziesiątych. Kenneth Gamble i Leon Huff, dwóch utalentowanych producentów z Filadelfii, postanowiło w 1971 roku założyć wytwórnię gotową z miejsca stanąć w szranki z samym Motownem. Philadelphia International Records początkowo postawiło na lokalnych wykonawców i szybko pozwoliło zaistnieć swoim dwóm wielkim solistom: Billy’emu Paulowi i Teddy’emu Pendergrassowi. Zachęceni solidnym startem Gamble i Huff szybko wkroczyli w kolejny etap inwestycji w swój label, ściągając muzyków z poza granic rodzinnego miasta. Wybór padł właśnie na pochodzących z Ohio The O’Jays, w których właściciele Philadelphia International zauważyli nie tylko trio uzdolnionych wokalistów z niesamowitym Eddiem Levertem na czele, ale również środek do urzeczywistniania ich własnych muzycznych wizji. Można by rzec: tak właśnie powstało Back Stabbers – pierwsze poważne wydawnictwo zespołu. Klasyk gatunku, dla mnie jednak bardziej coś jak rozgrzewka przed wydanym w 1973 roku Ship Ahoy.
Tytułowy utwór to właśnie doskonały przykład producenckiego geniuszu Gamble’a i Huffa. „Ship Ahoy” początkowo napisane zostało na potrzeby ścieżki dźwiękowej do kontynuacji klasyka filmów blaxploitation — „Shafta”. Kompozycja prawdopodobnie minęła się jednak z wizją reżysera „Shaft In Africa”, a soundtrack zdominowany został przez spektakularną kompozycję Johnny’ego Pate’a i przebojową piosenkę Motownowskiego The Four Tops. Ostatecznie utwór trafił w ręce O’Jaysów, którzy mieli wokół tematyki tego utworu zbudować cały concept album.
„Ship Ahoy” można śmiało nazwać jednym z najbardziej ambitnych dzieł wydanych kiedykolwiek sumptem filadelfijskiego giganta, zresztą to w sumie jednym z najbardziej ambitnych biorąc pod uwagę cały ówczesny soul. Dziewięciominutowa pieśń o niewolnikach transportowanych statkiem z rodzinnej ziemi do Ameryki zrealizowana została z niespotykaną czterdzieści lat temu studyjną dbałością o szczegóły takie jak wymienione wcześniej dźwięki otoczenia, albo to jak każda instrumentalna partia idealnie odgrywa swoją drugoplanową rolę — od pełnego melancholii intra po eskalacje napięcia przed wejściem każdego z refrenów. Brawa tutaj należą się dodatkowo dla MFSB – nadwornej orkiestry Philadelphia International, która z czasem dorobiła się również własnej imponującej dyskografii (ale o tym kiedy indziej). Rzucane ironicznie na wiatr marynarskie frazesy pokroju „Can’t you feel the motion of the ocean, / Can’t you feel the cold wind blowing by?” znakomicie podkreślają beznadziejność sytuacji i nadają piosence charakteru najsmutniejszej szanty na świecie.
Naturalnie mam na uwadze fakt, że na trackliście płyty widnieje jeszcze siedem innych utworów. Wbrew pozorom album nie kończy się na potędze tytułowego tracku, a wręcz zaczyna. The O’Jays dotrzymali obowiązku stworzenia „niewolniczego” concept albumu i opowiedzieli o kilku innych sytuacjach, w których ludzkość podporządkowuje się jakiemuś negatywnemu zjawisku. „For The Love Of Money” było takim „C.R.E.A.M.” lat dziewięćdziesiątych. Przebojowa pieśń o pościgu za pieniędzmi przepełniona jest krytyką materialistycznego podejścia do życia, chęci dokonywania haniebnych czynów w celu dorobienia się majątku. Podmiot liryczny w zamierzony sposób sprawia jednak wrażenie takiej samej, bezradnej ofiary systemu, która mimo wszystko podziwia to, czym tak bardzo w życiu gardzi. „For The Love Of Money” nie byłoby tym samym gdyby nie wspomniana przebojowość, dyktowana przede wszystkim przez niezapomnianą linię basu. Jej autorem jest pojawiający się na gościnnych występach Anthony Jackson – basista znany również ze współpracy z Robertą Flack i Paulem Simonem, jednak to właśnie omawiany utwór stał się jego „życiówką”.
Kolejnym odważnym i inteligentnym protest songiem było „Don’t Call me Brother”, opowiadające o ludziach będących niewolnikami własnego zakłamania. The O’Jays rozliczają się tutaj z hipokryzją afroamerykańskiego społeczeństwa, niby tak znanego z solidarności w walce o swoje prawa. Według utworu domniemane braterstwo jest tylko fikcją, a rzeczywistością jest świat, w którym nawet „przyjaciel” może wbić nam nóż w plecy (popularny motyw w muzyce zespołu), kiedy odwrócimy się na chwilę. Gorycz przekazu ciekawie kontrastuje z ciepłą, najbardziej jazzującą kompozycją na albumie.
Pozostałe utwory na płycie są już mniej nastawione na moralizatorstwo, a bardziej na rozrywkę, choć i tego też nie można być pewnym. „Put Your Hands Together” zachęca nie tylko do dobrej zabawy, ale również do modlitwy o bezdomnych i głodujących. „This Air I Breathe” rozluźnia atmosferę zaraz po ciężkim tytułowym tracku, ale mimo wszystko kojarzy się z — kontynuując marynistyczną grę skojarzeń — balem na Titanicu. „Now That We Found Love” to ciepły utwór o miłości, ale i on przemyca pewne ilości dekadentyzmu. Pełne ukojenie przychodzi dopiero wraz z „People Keep Tellin’ Me” – jedynej na albumie produkcji autorstwa kogoś innego niż Huff i Gamble. Chociaż jest to niezły utwór, to sprawia wrażenie lekko oderwanego od całości, ot taka bardzo delikatna skaza na niemal idealnie oszlifowanym klejnocie.
Ship Ahoy jest dla mnie jednym z najpiękniejszych przykładów tego jak na jednym albumie zawrzeć tonę prowokującej do zastanowienia treści i jednocześnie nie oszczędzać na przebojowości. Muzyka wydawana w filadelfijskiej wytwórni do dziś słynie jako protoplasta nurtu disco, co wielokrotnie można tutaj usłyszeć w ramach akompaniamentu do odpowiedzi na zadane przez Marvina pytanie „What’s Going On?”. Nie był to rewolucyjny album — raczej kontynuacja tego, co zaprezentował na swoim debiucie Curtis Mayfield. Nie mam jednak nic przeciwko inspirowaniu się najlepszymi — szczególnie, kiedy robi się to w takim wielkim stylu.
1. „Put Your Hands Together”
2. „Ship Ahoy”
3. „This Air I Breathe”
4. „You Got Your Hooks In Me”
5. „For The Love Of Money”
6. „Now That We Found Love”
7. „Don’t Call Me Brother”
8. „People Keep Tellin’ Me”



Komentarze