
Digit All Love
Augusta (2014)
Mystic Production

Na pewno każdy przeżył taki moment, kiedy w naglącej potrzebie wysłuchania dobrych dźwięków włączył swój ulubiony program radiowy, a tam akurat rozbrzmiewała najbardziej irytująca piosenka świata. Tak zaczyna się wielka ucieczka, ale przeważnie z każdą kolejną stacją jest coraz gorzej i w końcu lekkie zniecierpliwenie zamenia się w złość, skutczenie psując resztę dnia. Mnie przed takim scenariuszem uchroniło nagrane „Mono”.
Przyznaję, że do zapoznania się z zawartością ostatniego krążka Digit All Love zabrałam się z lekkim poślizgiem. Ostatecznie wyszło na dobre, bo stworzyłam sobie prawdopodobnie najlepsze warunki do pierwszego włączenia tej płyty. Jadąc samochodem wczesnym, jesiennym wieczorem, Augusta, począwszy od pulsującego kawałka „Neon Book”, z każdym pokonanym kilometrem i kolejnym utworem stawała się bardziej przeżyciem, niż tylko odsłuchem. Im większy zapadał zmrok, tym bardziej wciągały „Lick Your Enemy Right”, czy „Will You Dare”. W pomarańczowych rozbłyskach ulicznych latarni coraz mocnej hipnotyzowały kompozycje „Gainsbourg”, „Percival”, „We Are (Not An Easy Target)”, a postój na czerwonym świetle rzadko wywoływał tyle emocji, co przy płynącym z głośników „Kngdom Of Traps”.
Chociaż mnie kusi, to nie napiszę, że płyta jest za krótka. Po ostatnim, dziewiątym kawałku pozostaje wystarczający niedosyt, by zastanawiać się, co jeszcze mogłoby tu zagrać. Jednocześnie uwaga nie rozpływa się na zbędnych kombinacjach. Największym minusem jest przewaga tekstów w języku angielskim. Prawdopodobnie nie zwróciłabym na to nawet uwagi, gdyby nie fakt, że dwa nagrania po polsku (wspomniane na początku „Mono” oraz zamykające całość „2.37”) wypadły tak dobrze.
Nieczęsto zdarza się, zwłaszcza w rodzimej branży muzycznej, by kluczowe zmiany personalne (Joanna Piwowar-Antosiewicz zastąpiła Natalię Grosiak) tak dobrze wpłynęły na nowe produkcje grupy. Nie umniejszam tu w żaden sposób wartości wcześniejszych wydawnictw Digit All Love, ani nie chcę snuć opowieści o rozpoczynaniu nowego rozdziału — o tym może opowiedzieć jedynie sam zespół. Niemniej, z punktu widzenia (słyszenia?) odbiorcy, Augusta oferuje coś, czemu bardzo trudno jest się oprzeć. To jak wkroczenie w inny wymiar, gdzie bezwiednie poddaje się muzyce wytwarzającej w wyobraźni niesamowite obrazy. Brakowało mi płyty, która z taką mocą wciągałaby w swój elektroniczno-instrumentalny labirynt dźwięków. Jeśli chodzi o polski rynek, to tego albumu nie można w tym roku nie wysłuchać.
Na zakończenie mam jeszcze prośbę — czy ktoś mógłby podsunąć Augustę Tricky’emu? Naprawdę byłoby szkoda, gdyby taki potencjał na współpracę się zmarnował.


Komentarze