Róisín Murphy
Hairless Toys (2015)
Play It Again Sam

Od ukazania się ostatniego longplaya Róisín Murphy mija 8 lat. I chociaż w międzyczasie poczęstowała klubowym „Momma’s Place” i porno gitarowym „Orally Fixated”, wokalistka nie rozpieszczała swoich fanów. Doczekali się jednak wydawnictwa, które zaskakuje dojrzałością i odmiennością. O ile Ruby Blue było utrzymane w spokojnym, jazzowym tonie, a klubowe Overpowered wspięło się na szczyty ówczesnego mainstreamu, to Hairless Toys można uznać za połączenie tych dwóch dzieł. Dojrzała Irlandka nie pląsa już na parkiecie i nie przebiera się jak na okładce poprzedniej płyty, ale z pełną elegancją przedstawia nam historię kobiety doświadczonej i świadomej.
Każdy album Róisín to nie lada wydarzenie. W dniu premiery rozbrzmiewa w głośnikach sklepów muzycznych i dociera do ucha niewybrednego słuchacza. Tym razem otrzymujemy porcję dystyngowanych nut, nad którymi dominują błyskotliwe teksty. Kobieta po czterdziestce w sposób przemyślany opowiada o swoich życiowych doświadczeniach, okraszając je dawką elektronicznych, a zarazem melancholijnych rytmów. Do współpracy przy projekcie zaprosiła przyjaciela z dawnego zespołu Moloko — Eddiego Stevensa i tym samym powstał dopracowany, niebagatelny krążek.
Na wstępie nostalgiczne „Gone Fishing” wprowadza słuchacza w atmosferę klubowego afterparty. Sześciominutowy utwór płynnie przechodzi w pulsujące funkiem „Evil Eyes”, by następnie zaprezentować duszny wokal artystki, zamknięty w house’owo-jazzowej smudze dymu z domieszką latynoskiego brzmienia w „Exploitation”. Oprócz tego można wychwycić szczyptę bluesa w balladzie „Exile”, czy dubu w instrumentalnym „Uninvited Guest”. Gatunkowa sinusoida i rozczochrane dźwięki doskonale opisują krążek. Całość łączy jednak nastrojowy i minimalistyczny house. Zwieńczeniem poimprezowych zmagań jest kojące, akustyczne „Unputdownable”, w którym niczym ręką zdolnego alchemika zmiksowano charakter lirycznego klarnetu, gitary i dodano szczyptę gospelowego głosu Murphy.
Spoglądając na rewers okładki longplaya można poczuć pewne rozczarowanie, że na zaledwie osiem kawałków trzeba było czekać aż osiem lat. Jednak jest to bardzo mylne wrażenie — utwory zaskakują długością i tym, jak łatwo łączą się w spójną całość. Hairless Toys to dzieło (bo tak bez skrępowania można je nazwać), które chociaż w porównaniu z poprzednimi krążkami nie jest już tak rozrywkowe, to w dystyngowany sposób i z niebanalnym kunsztem prezentuje inne oblicze elektroniki. Oszczędnością dźwięków generuje więcej przestrzeni dla życiowych tekstów, które podkreślają, jak bardzo artystycznie rozwinęła się Róisín. Na zakończenie dodam, że pod żadnym pozorem nie powinno się oceniać tego albumu po pierwszym odsłuchu. Warto poświęcić kilka wieczorów, by w pełni docenić nietuzinkowość, ciepło i dojrzałość, które zamknęła w nim Murphy.



Komentarze