Wydarzenia

Recenzja: Jamie Foxx Hollywood: A Story of a Dozen Roses

Data: 15 czerwca 2015 Autor: Komentarzy:

cover

Jamie Foxx

Hollywood: A Story of a Dozen Roses (2015)

RCA

Jamie Foxx ma na swoim koncie Oskara, Złoty Glob i kilka innych nagród za osiągnięcia w świecie filmu. Ma też na koncie 4 albumy. Premiera piątego, po pięciu latach od poprzednika, a za razem najlepszego krążka w jego karierze, miała miejsce w połowie maja. Co zatem ma do zaproponowania 47-letni aktor i piosenkarz (choć dla niektórych to tylko Ray albo featuring Kanyego z „Gold Digger” czy „Slow Jamz”…)?

Jak się okazuje (już po pierwszym odsłuchu), pozycji wartych, czy też godnych zapamiętania jest naprawdę niewiele, a to mały dramat przy osiemnastu utworach na trackliście. Przede wszystkim, cała zawartość liryczna opiera się na przeżyciach Foxxa z poprzedniego związku. Jest to opowieść traktująca od momentu poznania kobiety, ekscytacji jej osobą, namiętności, przez marzycielstwo, aż w końcu po kłótnie i rozstanie. Początek płyty zapowiada się dobrze, a przede wszystkim dobrze brzmi. Tłusta stopa, rytmiczne werble („Like a Drum” z Wale) i gęsta, „ciemna” atmosfera (przypominająca Weeknda) wspaniale pasuje na przyjemne wieczory. To jednak, z dodatkiem klubowego singla „You Changed Me” i interesującym, Pharrell’owskim „Tease” to chyba najjaśniejsze punkty spośród całości materiału. Na wyróżnienie zasługują również dwie ballady: „In Love By Now” oraz „Jumping Out the Window”, gdzie Foxx gra na fortepianie, a muzyka jest relaksująca i przyjemna. Minusem jest przewałkowane porównanie miłości do narkotyku, które dotknęło również naszą gwiazdę („Another Dose”). Singiel z Kid Inkiem, „Baby’s In Love” choć najpierw może się wydawać tanim, tanecznym chwytem, to jednak po kilku razach może się spodobać (przez wciągający refren). Do plusów dodaję ubóstwiające ciało „Socialite” i Mustardowe „Pretty Thing” (prosto z wersji deluxe, gdzie zsamplowano „P.Y.T.” Michaela Jacksona). To jednak wciąż nadal nie połowa kawałków, które znalazły się na piątym krążku artysty. Teksty są proste, a wszystkie dobre numery, które wymieniłem wyżej, zostały wyprodukowane przez tak naprawdę śmietankę biznesu: Boi-1da, Pharrell, Vinylz, Cook Classics, The Monarch czy wspomniana Musztarda.

Ktoś mógłby powiedzieć, że głos Jamiego Foxxa na tym albumie został gdzieniegdzie pokrzywdzony i przesterowany. To jednak nie usprawiedliwiałoby faktu, że płyta ta jest naprawdę przeciętna. Nie wiem czy wiąże się to z brakiem czasu i małym zapleczem artystycznym, czy Foxx poszedł „na łatwiznę” i wobec Hollywood miał niskie oczekiwania… Wiem jednak, że z jakiegoś powodu On sam może sobie na to pozwolić ze względu na pozycję, w której się znajduje. Współpraca z młodymi — Chrisem Brownem, Wale czy Kid Inkiem to wisienka, którą możemy postawić na torcie, którym jest najnowszy krążek pochodzącego z Teksasu artysty, wokalisty, komika. Żadna jednak z tych kolaboracji nie jest na miarę „Blame It”, największego hitu w muzycznej karierze odtwórcy roli Electro w najnowszym Spider-Manie.

Komentarze

komentarzy