angles

Recenzja: Angles 9 Injuries

Angles 9

Injuries (2014)

Clean Feed

Jak zorganizować muzycznie grę w dużych jazzowych składach w XXI wieku? Nieoczekiwanie odpowiedzi na to pytanie coraz liczniej napływają ze Skandynawii, a konkretnie ze Szwecji, gdzie obok rozsławionej w niezależnych kręgach Fire! Orchestra, nagrywa nieco mniejszy, dziewięcioosobowy zespół Angles 9 — przed 2013 rokiem znany jako Angles 6 czy Angles 8 w zależności od liczby muzyków, a także po prostu jako Angles.

I choć skład Angles 9, w porównaniu do ogromnej, liczącej sobie ponad trzy razy więcej muzyków Fire! Orchestra, wydaje się dość kameralny, grupa prowadzona przez saksofonistę Martina Kuchena bez trudu radzi sobie z kreacją, poprowadzeniem i utrzymaniem prawdziwego big bandowego brzmienia. A należy w tym miejscu nadmienić, że Injuries jest wielkim muzycznym workiem rozmaitych inspiracji — począwszy od reminescencji złotego okresu jazzowej awangardy („European Boogie”), przez zupełnie naturalny w tym przypadku wpływ europejskiej szkoły jazzu („A Desert on Fire, a Forest”/”I’ve Been Lied To”), aż po zapożyczenia stylistyczne od współczesnych grup afrobeatowych nade wszystko ceniących sobie prowadzenie atrakcyjnej dla słuchacza linii melodycznej („Ubabba”). Tak więc Injuries staje się kotłem, w którym spotykają się i ścierają ze sobą różne punkty widzenia. Jest to jednak konfrontacja pełna kreatywnej energii, przywołująca najlepsze momenty orkiestrowego jazzu, rozważnie dozująca w swojej strukturze melodyjność i improwizację. Ostatecznie właśnie dzięki temu płycie, pomimo mnogości podejść do materiału i rozległych inspiracji, udaje się zachować wspólny trzon stylistyczny. To, w połączeniu z pierwszorzędnym wykonaniem, sprawia, że siedem oryginalnych kompozycji składających się na Injuries bez wątpienia może pretendować do miana jednej z najlepszych jazzowych płyt mijającego roku.