big band
Świąteczna odliczanka: Dean Martin „Baby, It’s Cold Outside”

Do świąt Bożego Narodzenia pozostały jeszcze 22 dni! Co prawda śniegu na ulicach jeszcze ani widu, ani słychu, ale grudzień zgodnie z kalendarzem został już oficjalnie inaugurowany, a już od kilku tygodni możemy podziwiać rozmaite dekoracje świąteczne w sklepach, restauracjach i centrach handlowych – a to znak, że święta tuż tuż. Czas więc, żeby Soulbowl włączył się w oczekiwanie na pierwszą gwiazdkę i także wprowadził Was w magiczny świąteczny klimat w unikalnym stylu. Zaczniemy jednak dość łagodnie, bo od jazzowego standardu „Baby, It’s Cold Outside”, z 1959 roku w wykonaniu Deana Martina, którego jedynym związkiem z Bożym Narodzeniem jest to, że pojawiał się wielokrotnie na świątecznych kompilacjach. Poza tym nie ma tu nic o ubieraniu choinki czy Świętym Mikołaju.
Co prawda Dino, nie do końca wpisuje się muzycznie w Soulbowlową stylistkę. Bo przecież ani on czarny, ani nawet nie rapuje, jednakże Big Bandowe brzmienie towarzyszące jego świątecznym wykonaniom z całą pewnością nie jest obce wielbicielom afroamerykańskich rytmów. Poza tym „Christmas With Dino” to już klasyka świątecznej muzyki i niezależnie od wszystkiego pozycja obowiązkowa na naszej grudniowej playliście. Dlaczego? Posłuchajcie po skoku!
Jesienny throwback: Ella Fitzgerald & Louis Armstrong – Autumn In New York

Wyglądając za okno, więcej liści widać już w zasadzie leżących na ziemi, niż trzymających się w dalszym ciągu gałęzi drzew. To niezawodny znak, że nadeszła jesień. Jesień nadeszła już także na Soulbowlu w postaci nowego kolorowego designu. Czas więc przenieść się muzycznie w jeszcze bardziej jesienne klimaty. „Autumn In New York” to kompozycja napisana przez Vernona Dukesa w 1934 roku na potrzeby show „Thumbs Up!”. Utwór zdecydowanie wyprzedzał swoją epokę, bo aż dziesięć lat musiał czekać na swoją komercyjną radiową premierę w roku 1944 w wersjach zagranych przez big bandy Harry’go Jamesa i Charliego Spivaka. Jednakże dopiero trzy lata później, w 1947, utwór stał się prawdziwym przebojem dzięki wersjom Jo Stafford i Franka Sinatry.
Wykonanie Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga pochodzi z 1957 roku z albumu „Ella and Louis Again”. Posłuchajcie!
[audio:autumn.mp3]Back In The Day: Lionel Hampton’s Hey! Ba-Ba-Re-Bop!

O Lionelu Hamptonie należy napisać, że był jednym z najważniejszych jazzmanów XX wieku. Zaczynając swoją karierę jeszcze w latach 20-tych, grał na wibrafonie, jednocześnie popularyzując ten instrument w świecie muzyki rozrywkowej (oprócz tego grał także na instrumentach klawiszowych i perkusyjnych). Nagrywał i tworzył do połowy lat 90-tych. Przez ten czas współpracował z największymi nazwiskami czarnej muzyki takimi jak: Benny Goodman, Billie Holiday, Quincy Jones, Oscar Peterson czy Art Tatum. W latach 30-tych studiował muzykę na Uniwersytecie Południowej Kalifornii, już w 1934 założył swoją własną orkiestrę, a dwa lata później pojawił się w filmie Bing’a Cosby’ego Pennies From Heaven obok m.in. Louisa Armstronga.
Back In The Day: Joe Liggins’ Pink Champagne!

Z muzyką z lat 40 czy 50, nie jest do końca tak jak z tą której zwykliśmy słuchać na co dzień. Internet bowiem nie jest o niej niezawodnym źródłem, a znalezienie czegokolwiek jak chociażby dyskografii, fotografii czy często samych utworów (które niegdyś były przecież wielkimi hitami) graniczy z cudem.
Joe Liggins to zaraz po Louisie Jordanie, jeden z tych muzyków rhythm & bluesa z okolicy lat 40 i 50, których wstyd nie znać. Urodzony w 1915 pianista jazzowo-rhythm & bluesowy. Nagrywał razem ze swoim zespołem The Honeydrippers, z którym to też w 1945 roku wylansował najdłużej utrzymujący się na szczycie amerykańskiej listy R&B, bo aż 18 tygodni, przebój – utwór „The Honneydripper” (bezustannie począwszy od 8 września do 5 stycznia włącznie). W 1950 wstąpił do Specialty Records, z którym wydał jeszcze kilka hitów takich jak: „Rag Mop”, „Boom-Chick-A-Boogie”, „Little Joe’s Boogie” oraz „Pink Champagne”, który pozostaje drugim i ostatnim singlem Ligginsa, który trafił na szczyt „Race Charts”. Kawałek przez trzynaście tygodni utrzymywał się na #1 od 27 maja 1950 roku, z tygodniową przerwą w połowie lipca, aż do 19 sierpnia, kiedy to został pokonany przez „Hard Luck Blues” Roy’a Browna. I w tym tygodniu pragnę zaprezentować Wam właśnie ten kawałek. Poza „Rag Mop”, jest to osobiści mój ulubiony utwór Joe’go i Honeydrippersów. Kto wie, może dlatego, że to ich pierwszy utwór, który udało mi się usłyszeć. Sam rekordowy „Honeydripper” jakoś nigdy mnie nie porwał. Muzyka Ligginsa podobnie jak Jordana, łączyła w sobie elementy jump bluesa i klasycznego rhythm & bluesa. Pod koniec lat 50 muzyk przestał odnosić spektakularne sukcesy i od tamtej pory prowadził tzw. big band (orkiestrę jazzową o rozszerzonym składzie, w którym grało od kilkunastu do kilkudziesięciu muzyków, podzielonych na sekcje) aż do śmierci w 1987 roku.
Joe Liggins & His Honeydrippers – Pink Champagne
[audio:joeliggins.mp3]
