buddy

Buddy wita w Matrixie

O wszechstronności i wyjątkowym talencie Buddy’ego wiemy nie od dziś. Reprezentant Compton nie próżnował w czasie pandemii i wszystko wskazuje na to, że jeszcze w tym roku w nasze ręce trafi jego drugi pełnoprawny krążek. W jednym z ostatnich wywiadów artysta stwierdził, że chciałby, by album ukazał się jeszcze w grudniu, choć to wciąż nieoficjalna data. Na ten moment otrzymujemy natomiast kolejny singiel – tym razem jest to kawałek zatytułowany „Glitch”. W odróżnieniu od wydanego przed kilkoma miesiącami „Black 2”, „Glitch” to mocny, braggowy numer, w którym gościnnie pojawia się Tinashe. Jest krótko i zwięźle, jednak mamy nadzieję, że na najnowszej płycie Buddy pokaże trochę więcej. Słuchamy i czekamy.

Buddy niczym Malcolm X w nowym singlu

Buddy jest ostatnio niezwykle pracowity – jeszcze wczoraj wspominaliśmy o jego obecności na soundtracku Insecure, a kilka miesięcy temu ukazało się Janktape Vol. 1 z Kentem Jamzem. Jakby tego było mało, to w tym tygodniu otrzymaliśmy jeszcze Buddy’ego w wersji solo – „Black 2” to follow-up do numeru z debiutanckiego krążka rapera Harlan & Alondra. Przy okazji artysta odnosi również się do obecnej sytuacji zza oceanu – a robi to oczywiście w charakterystycznym dla siebie, dość luźnym stylu. To protest song, który jednocześnie ma w sobie coś z letniego bangera, do którego można pobujać głową. Zachęcamy więc do sprawdzania i bujania.

Raphael Saadiq, Buddy i Iman Omari zasilają soundtrack Insecure

Raphael Saadiq, Buddy i Iman Omari zasilają soundtrack Insecure

Raphael Saadiq, Buddy i Iman Omari z premierowym materiałem

Insecure, którego czwarty sezon emituje właśnie HBO, jest zdecydowanie naszym ulubionym serialem, jeśli chodzi o premiery muzyczne. Od lat show dostarcza nam nowych piosenek od topowych artystów R&B. Ostatni odcinek przyniósł aż trzy takie numery! Pościelowe midtempo „If It’s Good” Raphaela Saadiqa, ujmujące organicznym groove’m „Bad Decisions” Buddy’ego oraz progresywnie funkujące „The Love That I’m Giving” Imana Omariego i Kenta Jamza. Za produkcję każdego z nich odpowiada Raedio, który dwa miesiące zrobił kawałek Ravyn Lenae do tego samego serialu.

Nowy teledysk: Dreamville „Don’t Hit Me Right Now”

Z trwających kilka dni intensywnych sesji nagraniowych Revenge of the Dreamers III przerodziło się w jeden z największych dotychczasowych sukcesów ekipy J. Cole’a. Już wkrótce minie rok od premiery materiału, a mimo to projekt wciąż żyje własnym życiem. W styczniu premierę miała wersja Director’s cut wzbogacona o dodatkowe numery, a w ostatnich tygodniach artyści zaczęli wypuszczać nowe wideoklipy. Po „LamboTruck” i „Bussit” przyszedł czas na „Don’t Hit Me Right Now”, w którym możemy usłyszeć Basa, Cozza, Yung Baby Tate, Buddy’ego oraz Guapdad4000.

Recenzja: Dreamville Revenge of the Dreamers III

Dreamville - Revenge of the Dreamers III

Dreamville

Revenge of the Dreamers III

Dreamville / Interscope

Zebrać w jednym miejscu i czasie około stu artystów — raperów, piosenkarek i producentów? Zamknąć ich razem w studiu na 10-dniową sesję nagraniową? Nakręcić materiał filmowy z tego zdarzenia i na koniec skompletować album? Choć to wszystko wydaje się niemożliwe, zostało już osiągnięte. Revenge of the Dreamers III to krążek, na którym udało się połączyć ze sobą różne artystyczne wizje. Trudno jednak stwierdzić, czy to bardziej zasługa chemii pomiędzy muzykami, czy może zgrabnej selekcji wszystkich ich występów.

Po kilku latach rekrutowania młodych talentów, J.Cole chyba w końcu skompletował swój Dreamville’owy zespół marzeń. Od czasu premiery DiCaprio 2 J.I.D wystrzelił, całkiem niedawno pojawiły się też legalne debiuty EarthGang i Ari Lennox. Do tego dochodzą jeszcze inne filary w postaci m.in. dobrze znanych Basa i Cozza. Label rozwija się prężnie, a Revenge of the Dreamers III ma stanowić w tym wypadku pokaz sił. Na sesjach nagraniowych pojawiła się też masa gości. Zaproszenia trafiły praktycznie do wszystkich: od mało znanych debiutantów, przez młode gwiazdy, aż po weteranów. Jak wynika z zakulisowych relacji, artyści chodzili od studia do studia, dogrywając się, gdzie tylko się da. W efekcie dostaliśmy album wypełniony po brzegi posse cutami różnej maści — od trapowych bangerów, przez lekkie numery w stylistyce R&B, po klasyczne hiphopowe brzmienie.

Revenge of the Dreamers III to prawdziwy muzyczny rollercoaster. Nastrój zmienia się tu często, a w każdym kolejnym tracku uczestnicy chcą pokazać się z jak najlepszej strony. Najkorzystniej w kontekście całej płyty wypada chyba wspomniany J.I.D. Reprezentant Atlanty pojawia się tu zdecydowanie najczęściej, za każdym razem potwierdzając swoją doskonałą formę. Jednym z przykładów może być jeden z pierwszych numerów na krążku — „Down Bad”. Świetnie poradzili sobie także chłopaki z EarthGang, a ich „Swivel” ostatecznie znalazło się także na debiutanckim Mirrorland. W międzyczasie Ari Lennox złagodziła trochę klimat udanymi duetami z Ty Dolla $ignem oraz Baby Rose. No i wreszcie sam J.Cole, który jakby młodnieje przy debiutantach. Na swoich ostatnich albumach zdawał się skupiać o wiele bardziej na treści, przez co jednak cierpiała forma. Tu ewidentnie dał się ponieść twórczej rywalizacji, co po prostu słychać w jego flow, wcześniej dosyć monotonnym.

Ciekawych występów jest tu tyle, że nie sposób wymienić wszystkich. Guapdad 4000 podrzuca chwytliwy refren w „Costa Rica”. Smino ze swoją śpiewaną i luźną nawijką świetnie pasuje do przejaranego „1993” oraz „Sacrifices”. Cozz i Reason knują przeciwko swoim szefom w „Lamborghini Truck”. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim kręci się jeszcze Buddy, który w towarzystwie Dreamville czuje się jak wśród swoich. Oczywiście, chemia chemią, ale trzeba przyznać, że gdyby nie selekcja gościnek, prawdopodobnie mielibyśmy do czynienia z totalnym chaosem. Ten trud warto docenić, tym bardziej że ostatecznie na krążku wielu oczekiwanych gości zabrakło. Jak pasowaliby tu m.in. Westside Gunn, Rick Ross czy nawet DJ Khaled? I choć nie mam wątpliwości, że zaserwowaliby nam występy najwyższej jakości, zwyczajnie nie pasowaliby do charakteru grupy.

Do Revenge of the Dreamers III trudno się przyczepić. Na wszystkie zarzuty dotyczące braku stylistycznej spójności czy natłoku gości można odpowiedzieć krótko — to album kompilacyjny. Przygotowany dość szybko, pełen młodzieńczej werwy, dość przewidywalny, ale pozostawiający pozytywne wrażenie. J. Cole zebrał utalentowaną ekipę i pozwolił im robić swoje. To więc krążek zrobiony bez większego zamysłu czy głównego motywu, który jednak daje dużo satysfakcji z odsłuchu.

Data premiery i nowe single od Dreamville

Ekipa Dreamville narobiła na początku roku wokół siebie sporo szumu, zapraszając artystów różnej maści do pracy nad kolejną częścią serii Revenge Of The Dreamers. Z efektami ich kolektywnych działań już wkrótce będziemy mogli zapoznać się samodzielnie – w sieci pojawiła się właśnie informacja o premierze projektu, która ma nastąpić już w najbliższy piątek, czyli 5 lipca. Przy okazji otrzymaliśmy przedsmak w postaci dwóch kolejnych singli. Na „LamboTruck” Cozz i Reason dzielą się z nami niecnym planem wobec swoich szefów, a towarzyszy im przy tym Childish Major. Następny numer – „Costa Rica”, to posse cut, na którym znalazło się aż dziewięć ksywek, w tym m.in. J.I.D, Buddy, Bas oraz Guapdad 4000. Na kanale Dreamville pojawił się również półgodzinny dokument ukazujący kulisy pracy nad albumem. Wszystko możecie sprawdzić pod spodem. Czy ROTD3 faktycznie da nam zapowiadany rozmach? Przekonamy się już w tym tygodniu.

Shay Lia wyznaje „Voodoo” i zapowiada nowe EP

Shay Lia wyznaje Voodoo i zapowiada nowe EP

Shay Lia zdążyła nas przyzwyczaić do cyklicznie prezentowanych nowych utworów, ale dopiero dwa ostatnie nazwane zostały premierowymi i zapowiadają nowe EP artystki. Pierwszym singlem promującym nadchodzące mini wydawnictwo było zabarwione letnim vibem „Dangerous”, wyprodukowane przez Tony’ego Stone’a. Drugim kawałkiem zwiastującym epkę jest funkowe „Voodoo” z gościnnym udziałem rapera Buddy’ego. Kanadyjka określa swój debiut jako coś nowego i świeżego. Szczegóły nie są jeszcze znane, ale na pewno EP o niewymagającym tytule Shay Lia ukaże się w tym roku. Posłuchajcie soulowego kawałka „Voodoo” poniżej.

Debiut Buddy’ego poszerzony o dodatkowe numery

Wypuszczone w ubiegłym roku Harlan & Alondra w zgrabny sposób łączyło ambicję i beztroskie podejście do tworzenia muzyki. Po pół roku od premiery krążka, Buddy postanowił udostępnić kilka utworów, które pierwotnie nie znalazły się na albumie. W ten sposób na serwisy streamingowe wjechała wersja deluxe wzbogacona aż o 4 dodatkowe tracki. Spośród nich najciekawiej prezentuje się „Link Up”, na którym obok gospodarza pojawili się Kent Jamz, Bas, Guapdad 4000, J.I.D oraz Ari Lennox. Poza tym w utworze „Cubicle” pojawił się jeszcze 03 Greedo. Klip do tego kawałka znajdziecie pod spodem, a jeśli macie ochotę odświeżyć sobie całość, to zapraszamy do odsłuchu.

Buddy wystąpił w serii Tiny Desk Concert

Ubiegły rok przyniósł nam długo wyczekiwany debiut Buddy’ego, czyli Harlan & Alondra. Niedawno artysta miał okazję zaprezentować kilka utworów z krążka podczas koncertu z serii Tiny Deska, a towarzyszył mu przy tym zespół The Big Homies. Jeśli jesteście ciekawi jak „Trouble On Central”, „Hey Up There” i „Real Life S**t” brzmią w wersji z żywymi instrumentami, sprawdźcie koniecznie. A jeżeli nie mieliście jeszcze okazji zapoznać się z całym materiałem, to tym bardziej zachęcamy do nadrobienia zaległości.

Recenzja: Buddy Harlan & Alondra

Buddy

Harlan & Alondra (2018)

RCA Records

Życie w Compton do łatwych nie należy. Raperzy z Los Angeles pokazują nam to już od ponad trzech dekad. Wszechobecna przemoc jednych zmusza do chwytania za spluwę, innych do opuszczania miasta w poszukiwaniu lepszego życia. To, że w tym piekle jest również miejsce dla przeciętnego Joego, pokazał kilka lat temu Kendrick Lamar. Dziś zwykłym kolesiem z Compton jest po prostu Buddy.

A zaczęło się zupełnie odwrotnie. Kontrakt z Pharrellem Williamsem podpisał jeszcze jako nastolatek, dzięki czemu pracował w otoczeniu wielu topowych artystów — takie warunki mogą być błogosławieństwem albo przekleństwem. W przypadku Buddy’ego cierpliwe oczekiwanie na własny moment poskutkowało dwiema mocnymi epkami w ubiegłym roku.

Harlan & Alondra to róg ulic, na których znajduje się dom rodzinny Buddy’ego. Powrót do korzeni i lojalność to jeden z motywów albumu, co słychać zresztą także w jego brzmieniu. Raper przede wszystkim czerpie pełnymi garściami z tradycji zachodniego wybrzeża. Dostajemy więc całą masę podkładów podszytych specyficznym vibe’em z LA. Całość otwiera melodyjne „Real Life S**t”, a po drodze trafimy też na bardziej współczesne brzmienia („Shameless”, „Black”). „Trouble on Central” to powrót do Miasta Aniołów z lat 90., natomiast „The Blue” cofa nas aż do ery funku i disco. Nad beatami czuwali Mike & Keys wspierani przez takie nazwiska jak Terrace Martin, Scoop DeVille, czy DJ Khalil. Mimo że produkcje są różnorodne, udało się tu zachować między nimi spójność. Wszystko pasuje do siebie jak ulał i aż nie chce się wierzyć w historie Buddy’ego, który miał rzekomo odwiedzać sklep z zabawkami w obawie, że podczas produkcji dopadnie go nuda.

Swoją drogą ta anegdota świetnie oddaje jego charakter. To z jednej strony lekkoduch, który dużą część swojego czasu poświęca na dobrą zabawę, używki i chill. Z drugiej strony kiedy słucha się albumu, nie ma się wrażenia, że wpłynęło to w jakiś sposób na jego treść. Poważne tematy idą w parze z tymi lekkimi, a gospodarz żongluje nimi z utworu na utwór. To dodaje Buddy’emu autentyczności. Dzięki temu nawet bardziej staje się chłopakiem z sąsiedztwa, z którym można wspólnie zapalić, a potem wykrzyczeć „Fuck Donald Trump”. Oczywiście nie jest to tekściarz, który zarzuca nas wersami z podwójnym dnem, ale bardzo dużo nadrabia warsztatem. A trzeba przyznać, że połączenie śpiewu i rapowania wychodzi mu znakomicie.

Albumów, zarówno ambitnych, jak i tych błahych w ostatnim czasie nie brakowało. Brakowało jednak krążka, który skutecznie łączyłby te dwie cechy, bez robienia niczego na siłę. Buddy niejednokrotnie wspomina w wywiadach, że chce uniknąć zaszufladkowania i trzeba przyznać, jak dotąd mu się to udaje. Historia zwykłego chłopaka z Compton staje się przez to bardziej autentyczna i interesująca.