Wydarzenia

dawid korbaczyński

Dawid Korbaczyński & Soulbowl: Press Play #22


Wierząc, że lepiej późno niż wcale, publikujemy dwudziestą drugą odsłonę rekomendowanych przez nas płyt. Bez względu na gatunek, datę premiery czy uznanie recenzentów. To albumy, które kochamy „od zawsze” oraz te, w których zgubiliśmy się przed chwilą.
Dzisiejsze zestawienie uświetnia Dawid Korbaczyński – piekielnie zdolny gitarzysta, współzałożyciel jednej z najciekawszych zespołów w kraju. Mikromusic od lat przekonuje do siebie za sprawą rewelacyjnych koncertów i dopieszczonych albumów. To również grupa świadomych i pracowitych muzyków, którzy lubią odkrywać i analizować wartościowe brzmienia. Przekonajcie się sami czytając rekomendację Dawida.

Dawid Korbaczyński / Mikromusic

Mutemath ‎ Armistice, Teleprompt Records (2009)

Kilka lat temu wąski światek muzyczny Wrocławia obiegł film na YouTube, który początkowo potraktowałem jako internetową ciekawostkę. Otóż pewien osobnik, nazwijmy go na bieżące potrzeby zwierzęciem scenicznym, rzuca w rozentuzjazmowany tłum centralę (największy bęben), wskakuje na nią i gra na innym bębnie. Zwierzak ma wielkie słuchawki przymocowane do głowy taśmą samoprzylepną, a całość mimo cyrkowego wydźwięku groovi niesamowicie. Szybko (kilka kliknięć później) okazało się, że ta „ciekawostka” na długo stała się moim ulubionym zespołem. Zwierzak to bębniarz amerykańskiej grupy Mutemath.
Mój wybór płyty do recenzji (Armistice) podyktowany jest chyba jedynie tym, że to w tym krążku zakochałem się jako pierwszym. Zespół, który ewidentnie nazwałbym rockowym, nie zamyka się jedynie w tej stylistyce. Nowoorleańczycy nie stronią od jazzu, soulu i elektroniki. Podają to jednak w sposób dla mnie kompletnie świeży, niesamowicie energetyczny a przy tym z wielkim szacunkiem dla pięknych melodii (Pins and Needles). Wszystko krąży tu wokół potężnego bębna ponad którym unosi się jasny wokal i pozostałe przestrzenne instrumenty. Już pierwsze przesłuchanie uświadomiło mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z supergrupą wirtuozów, którym obcy jest  jednak wyścig kto szybciej i bardziej skomplikowanie zagra. Dojrzałość bije z każdej nuty. Spokój ale i fenomenalna energia, kierowanie nastrojem słuchacza i mnóstwo smaczków, wykrywanych dopiero po którymś przesłuchaniu.
Muzyką zajmuje się większość swojego życia i z czasem zauważyłem, że coraz ciężej znaleźć mi krążki, które by mnie inspirowały. Takim właśnie albumem jest Armistice jak i reszta płytoteki Mutemath, z której prawie połowa to albumy koncertowe. I tutaj chciałbym poruszyć jeszcze inna kwestię – koncertów właśnie. Od lat głosuję na nich jako propozycje na Openera. Kiedy straciłem już nadzieję na usłyszenie swojej kapeli na żywo, chłopaki (a raczej panowie przed czterdziestką podobnie jak piszący te słowa) zaplanowali europejską trasę obejmującą sąsiedzki dla Wrocławia Berlin. Okazało się, że w czwartek akurat nic nie gram i mogę się wraz grupką kumpli wybrać na swoja ulubioną kapelę. Mały klub na trzysta osób zapowiadał niesamowite doznania, ale to co zobaczyłem i usłyszałem przeszło moje wygórowane oczekiwania. Koncert wkroczył z wielkim hukiem do trójki moich ulubionych a reakcje ludzi, którzy wyszli po nim na fajkę oświadczyły mnie w tym, że nie jestem odosobniony w swoich odczuciach. Otwarte usta słuchaczy nie mogących wykrztusić słowa po tym co się przed chwila stało.
Więcej nie napiszę, bo w tle leci właśnie Mutemath i znowu się zasłuchałem.

Forrel

 Ania Dąbrowska Dla naiwnych marzycieli, Sony (2016)

Dotychczasowa twórczość Ani Dąbrowskiej kojarzona była z melancholią i głębokimi ponurymi tekstami, a jej charakterystyczny sposób śpiewania i niepowtarzalna barwa głosu wpisały się na dobre w polską scenę muzyczną, dzięki czemu z każdym nowym krążkiem artystka zyskiwała coraz większą popularność. Może to również za sprawą jej swobody i nie przybierania płaszcza innej postaci, a może polskie społeczeństwo lubi się smucić. Dla naiwnych marzycieli jest zdecydowanym przeciwieństwem poprzednich wydawnictw. Album jest lekki i miejscami wesoły. Ania odkleiła swoją łatkę ponurego muzyka i postanowiła wydać coś innego, coś przyjemnego dla ucha. Na płycie nie brakuje miłego bujania reggae w „Nieprawdzie” czy „Bez Ciebie”, typowych dla wokalistki instrumentalnych kawałków jak „Gdy nic nie muszę” czy „Oddycham”, ale również gospelowego szeptu w „Staraj się nie czuć”. Taki efekt wokalistka osiągnęła za sprawą połączenia sił ze zdolnym producentem Czarnym HiFi, który nadał luźny charakter krążkowi. Już sama okładka, odchodząca od stylu retro, utrzymana w ciepłych barwach wskazuje, że zawartość będzie inna od dotychczasowego dorobku Dąbrowskiej, bardziej komercyjna i pozytywna. W moim odtwarzaczu ten krążek już się zapętlił.

Chojny

Kamaiyah  A Good Night In The Ghetto (2016)

Z kondycją kobiecego hip hopu mam pewien problem — utalentowanych raperek niby nie brakuje, ale ich umiejętności niespecjalnie przekładają się na interesujące, konsekwentne dyskografie, którymi mogłyby dorównać choćby Missy Elliott w jej czasach świetności. Nie przeszkadza mi to jednak w kibicowaniu co poniektórym, na przykład tej nowej twarzyczce z Oakland. Kamaiyah pojawiła się znikąd i wymachując spożywanym z gwinta koniakiem oraz telefonem rodem z pierwszych sezonów The X-Files przyciągnęła naszą uwagę do jej debiutanckiego mixtape’u. Jak na zupełnie absolutny debiut, artystka zachwyca nas nie tyle wylewającym się z każdego utworu charakterem sympatycznej dziołchy z osiedla, co kompletnie wypracowanym stylem nawijki i wyczuciem kalifornijskiego rodowodu, na który składają się i neo-westoastowe wpływy DJ’a Mustarda, ale i duch starego dobrego g-funku/mobb music/hyphy’u (niepotrzebne skreślić). Dzięki A Good Night In The Ghetto lato trwa u mnie nadal i skończyć się nie zamierza.

Eye Ma

71pyjqtamql-_sl1200_

JONES New Skin, 37 Adventures (2016)
Odpaliłam tę płytę zupełnie przypadkiem przeglądając zakładkę nowe wydania na Spotify, chyba tylko i wyłącznie ze względu na ciekawą okładkę, bo nazwisko JONES zupełnie nic mi nie mówiło. Jeśli i wam nie przychodzi do głowy żaden singiel czy piosenka tej jeszcze nieodkrytej gwiazdy bierzcie ze mnie przykład i czym prędzej sięgnijcie po New Skin. To płyta będąca doskonale płynnym przejściem między kończącym się latem i związaną z nim radością a przygnębiającą do bólu jesienią. Jeszcze ciepło, ale jednak już nie tak kolorowo. Wspaniały, łagodny głos i równie solidnie skrojone podkłady, będące mieszanką popu i współczesnego r&b. Na razie faworyty z krążka to „Indulge”, „Melt” oraz „Walk My Way”, ale czegokolwiek byście nie zagrali z tego krążka, poczujecie się jak w domu.

 K.Zięba

B.B. King King Of The Blues, Crown Records (1960)

Znasz ten moment, kiedy czujesz się nieswojo z powodu nieznajomości twórczości któregoś z kultowych muzyków? Szczególnie w rozmowach ze znajomymi wynikających z niespodziewanej śmierci kogoś ważnego dla muzyki? Kiedyś miałem z tym problem i nadużywałem wtrąceń „tak, znam gościa, wielka strata” lub „ tak, ich płyta z końca lat siedemdziesiątych to był przełom!”. Dziś już nie wczuwam się tak bardzo i szczerze przyznaję, że odejście Dawida Bowie’ego czy Janusza Muniaka zupełnie nie wpłynęło na moją równowagę i nie namnożyło sentymentalnych emocji. Zminimalizowałem również odruch rzucania się na biografie i dyskografie świeżych nieboszczyków. Tak się złożyło, że znałem ich twórczość bardzo wybiórczo, więc czemu mam pompować żałobny balonik? Są po drugiej stronie ciszy, więc niepotrzebne im moje spóźnione gonitwy.
Z drugiej strony, kiedy atmosfera kondolencji opada, możesz ze spokojem podejść do odrobienia pracy domowej i przeanalizowania najważniejszych etapów kogoś, kogo powszechnie uważa się za jednostkę wybitną. Dać płytom kilkukrotnie wybrzmieć w Twoim domu, a nie skakać szlakiem youtube’owych podpowiedzi. Tylko wtedy możesz rzeczywiście wyrobić swoją opinie i na chłodno zdecydować czy dołączasz do grona entuzjastów.
Ja w tym tygodniu sprawdziłem, doceniłem i przyłączyłem się do grona fanów B.B. Kinga. Pomimo, że znam zaledwie dwie płyty, na czele z King of the Blues z 1960 roku. A to dopiero początek naszej przygody, Panie Riley!

Dill

Black Eyed Peas Bridging The Gap, Interscope (2000)

Wybrałem drugi krążek Black Eyed Peas. Warto do niego wrócić żeby uchwycić różnicę między tym, jak brzmiało BEP kiedyś, a jak brzmi teraz. Niebezpodstawnie dzięki takim albumom, jak Behind The Front czy właśnie Bridging The Gap mówiło się o nich, że należą do tego samego grona co The Roots, a to ze względu na ciekawą produkcję Will.I.Ama, który nie stronił w swoich bitach od żywych instrumentów, co zresztą i dzisiaj mu się zdarza. Niemniej jednak, wtedy czarnookie groszki były zdecydowanie bardziej hip-hop niż pop. Warto zwrócić uwagę na ten materiał nie tylko dlatego. Dla fanów dobrego, czarnego brzmienia jest to zdecydowanie pozycja obowiązkowa chociażby ze względu na rewelacyjne singlowe numery — rozpoczynające płytę „BEP Empire” na bicie DJ’a Premiera, „Weekends” czy „Request+Line” z gościnnym udziałem Macy Gray, które przecież swego czasu było bardzo popularnym kawałkiem i szalało na listach. Te utwory pokazują, że Bridging The Gap ma niesamowity przebojowy potencjał. Zresztą nie tylko one, bo w zasadzie przy każdym tracku człowiek zaczyna się ruszać i widać, że nie potrzeba do tego żadnych tanich chwytów, tu wszystko brzmi naturalne. Większość na pewno zna to wydawnictwo, ale jeśli ktoś jeszcze się nie zapoznał i kojarzy Black Eyed Peas głównie z ostatnich kilku płyt, niech koniecznie sprawdzi.

Dźwięku Maniak

ghost-fot

Ghost Freedom Of Thought, Breakin’ Bread (2009)

Ksywka tego niezbyt znanego producenta z Glasgow jest tak samo tajemnicza, jak jego wydawnictwo z 2009 roku, na którego temat próżno szukać jakichkolwiek recenzji. Jedynym wyjątkiem jest niezastąpione BBC, które pochyliło się nad – wydanym w niewielkim brytyjskim labelu – albumem Freedom Of Thought. Z perspektywy czasu ciężko stwierdzić co wpłynęło na tak nikły szum wokół płyty Ghosta, jednak nie ma takiej siły, która zabroniłaby wam teraz to nadrobić. Zwłaszcza, że materiał zaprezentowany na wspomnianym Freedom Of Thought, to bardzo solidna dawka instrumentalnego hip hopu, który balansuje gdzieś pomiędzy klasyczną boombapową stylistyką, a nieszablonową zabawą z samplami. Krążek z pewnością można polecić fanom DJ Shadowa, Cut Chemista, Emancipatora, Arts the Beatdoctora czy 40 Winks. Z samego wydawnictwa warto z kolei zapamiętać chociażby takie kompozycje jak bardzo shadowowe „Return Journey” oraz „Feel Pain”, boogie-funkowe „It’s All Love” czy też przyjemnie jazzujące „Road To Somewhere”. Zróbcie więc sobie przerwę od gonitwy za nowościami i pozwólcie pozbyć się choćby odrobiny kurzu z Freedom Of Thought.

Efdote

Baloji Kinshasa Succursale, Crammed Discs ‎(2012)

Tegoroczny festiwal Tauron Nowa Muzyka zaserwował nam wiele wspaniałych i zapadających w pamięć koncertów. Oprócz znakomitych koncertów, tak zwanych „pewniaków”, z wydarzenia tego powraca się z całym zestawem muzycznych odkryć. I tak oto, przez zupełny przypadek, namiot Carbon Continent przyciągnał nas jakąś magiczną siłą i kilkoma ciekawymi dźwiękami słyszanymi z oddali. Jak się okazało, na scenie szalał wtedy wraz ze swoim sześcioosobowym składem, pochodzący z Kongo — Baloji. Rewelacyjny i pełen energii koncert rapera, sprawił, że po powrocie do rzeczywistości, od razu sięgnąłem po jego nagrania, z których do dzisiaj pozostał ze mną w głośnikach, rewelacyjny Kinshasa Succursale z 2011 roku. Hip hop spotyka tu afrykańską muzykę, tradycyjne francuskie ballady czy też jazz. Wszystko to wsparte znakomitą sekcją dętą oraz jeszcze lepszymi chórkami. Jeżeli lubicie muzyczne podróże po Afryce, jakie serwuje Blitz the Ambassador, to ta płyta zabierze Was jeszcze głębiej w fascynujący świat Czarnego Lądu.