Wydarzenia

Ivy Lab

Recenzja: Ivy Lab 20/20, Volume One

Ivy Lab

20/20, Volume One (2015)

20/20 LDN Recordings

Rozmawiając o odrodzeniu brytyjskiej sceny muzyki basowej, ewolucji grime’u i drum & bassu oraz nowych pokładach twórczych wśród artystów reprezentujących poszczególne nisze, pod żadnym pozorem nie należy pomijać sierpnia 2011 roku, kiedy to trio Sabre, Stray i Halogenix nakładem holenderskiego Invisible Recordings wypuściło swój pierwszy numer „Askari” będący jedną czwartą Invisible 004 EP. Przez kolejne lata dokonania Ivy Lab, głównie we współpracy z wytwórnią Critical Music, definiowały na nowo przepastny potencjał klubowy drum & bassu, wzbogaconego o zewnętrzne inspiracje innymi gatunkami. Bezpośrednie sięganie po niezmierzoną spuściznę hip-hopu pozwoliło na fenomenalny crossover pomiędzy brzmieniami, które w gruncie rzeczy od zawsze ulokowane były w podobnych przedziałach tempa. Efektem lat wysoce kreatywnej pracy jest debiutancki krążek Ivy Lab 20/20, Volume One wydany nakładem ich własnego 20/20 LDN Recordings.

Na poprzednich EP-kach i singlach artyści prezentowali bardzo obszerną wizję drum & bassu, który często zmierzał w kierunku bardziej beatowego podejścia, na pół tempa. Przy okazji pierwszego LP w swojej karierze, trio w stu procentach poświęciło materiał swojemu nowemu, wypracowanemu na przestrzeni połowy dekady stylu łączącego jednocześnie głębokie i przesterowane linie basowe, hałaśliwe wonky, new beat i esencję rapu początku XXI wieku. Słuchając 20/20, Volume One, można całkiem wyraźnie wyobrazić sobie sytuację, gdzie potomek Rustiego i Just Blaze’a produkuje rozbujane, minimalistyczne dynamity zawalony winylami J Dilli i dBridge’a. Z niespotykanym nigdzie indziej brzmieniem stop i werbli będącym współczesnym pomnikiem hip-hopu lat dziewięćdziesiątych.

Płytę otwiera „Rorschach”, które z futurystycznego, zaszumionego komunikatu naukowego przeradza się w brudny do granic możliwości szarpiący pocisk idealnie balansujący pomiędzy naturalnym vibe’m starszych patentów a nowoczesnymi technikami producenckimi i skompresowanym wyszczególnianiem każdej ze ścieżek. Kolejnym strzałem na liście jest szalone „Shamrock” oparte na pracy z samplem wokalnym i regularnej zmianie jego wskaźnika pitchu, a także modyfikacji rytmu osiąganej za pomocą dodawania kolejnych elementów perkusyjnych, bądź też zmian w obrębie linii basowej. Lwia część materiału zresztą opiera się na tym patencie, który jednak w żadnym wypadku nie męczy, ani nie staje się choćby na chwilę przewidywalny z racji ogromnego zapasu prezentowanych kombinacji.

Oprócz stricte klubowego spektrum, sporo numerów na krążku wybrzmiewa w bardziej melodyjnym, samplowanym duchu. Gdyby Jay Z nagrywał kolejną część The Blueprint w 2015 roku, z czystym sumieniem mógłby sięgnąć po takie kompozycje jak „Love Is Here” czy „Slipped”, które w specyficzny, bardzo brytyjski sposób odtwarzają podobne założenia, jak te nakreślone przez Hovę jego genialnym materiałem sprzed czternastu lat. Jednym z najjaśniejszych punktów tej strony albumu jest również utwór „Gettysburg” prowadzony przez piękny, żywy bas i detroicką atmosferę ponownie przetłumaczoną na język nowoczesnych brzmień muzyki beatowej.

Mimo tego, że nie uświadczymy na albumie słabych numerów, a wszystkie aranżacje zostały poprowadzone rozsądnie, bez wymuszonego przedłużania, dokładnie wyczerpując każdy z tematów, ciężko zaprzeczyć, że całość można było o kilka numerów skrócić. Decydując się na tak sprecyzowaną konwencję płyty, bardzo łatwo utracić wydźwięk niejednego kawałka w gąszczu basowej krzątaniny i bardzo ukierunkowanej rytmiki. Jest to jednak jedyna wada pierwszego woluminu 20/20.