john surman
Recenzja: John Surman Saltash Bells

John Surman
Saltash Bells (2012)
ECM

Słuchając Saltash Bells, nie sposób uwierzyć, że za tymi nagraniami stoi wyłącznie jeden człowiek. A jednak – angielski jazzman, John Surman, przy tworzeniu swojego ostatniego, a pierwszego od 18 lat w pełni solowego krążka, chwycił za trzy rodzaje saksofonów i klarnetów, harmonijkę oraz syntezator.
Saltash Bells sięga jednak znacznie dalej wstecz – aż do dzieciństwa Surmana wśród bezkresu bladozielonych pastwisk w spowitej gęstą mgłą Anglii. I taki też właśnie obraz kreśli się przed oczyma odbiorcy podczas spotkania z Saltash Bells. Instrumentaliście, przy pomocy umiejętnie zestawionych ze sobą klasycznych i nowoczesnych środków, udaje się wykreować żywe i plastyczne ujęcie świata z własnych wspomnień, płynnie przechodzącego czy to w senne marzenia, czy w baśnie i legendy ludowe. Dzieje się tak za sprawą gęsto, choć ukradkiem wplatanych śladów folkowych melodii i swoistej muzycznej mgły, utkanej jakby z delikatnych ambientowych syntezatorów, a unoszącej się nad całą płytą.
Ale choć wszystkie utwory harmonizują ze sobą, każda z dziesięciu kompozycji wydaje się mieć własną odrębną muzyczną tożsamość — od irlandzkich motywów w „The Crooked Inn”, przez minimalistyczne zacięcie („On Staddon Heights”, „Triadichorum”), po gęsty, mroczny ambientowy klimat jazzu przyszłości w otwierającym płytę „Whistman’s Wood”. Surman dodatkowo uwypukla te kontrasty poprzez barwy poszczególnych instrumentów, czasem zapuszczając się jednak na terytoria aż nadto bezpieczne muzycznie — w „Winter Elegy” brzmi niczym (odrobinę bardziej) natchniona wersja Kenny’ego G. Motywy muzyczne, które eksploruje i rozwija Surman, choć nastrojowo oprawione, nie zawsze potrafią pociągnąć za sobą uwagi słuchacza. Ale nawet pomimo tego, Saltash Bells jest albumem zupełnie nietuzinkowym, odważnie poszukującym nowej muzycznej drogi dla jazzu.
