justin timberlake

Justin Timberlake napisał książkę o sobie

Justin Timberlake napisal ksiazke o sobie

Nie od dzisiaj wiadomo, że Justin Timberlake angażuje się w różne projekty. Głównie śpiewa, gra w filmach, angażuje się w działalność charytatywną, bywa konferansjerem, a ostatnio nawet napisał książkę. Właśnie tak. Wydawnictwo Hindsight & All the Things I Can’t See in Front of Me będzie zawierało prywatne zdjęcia z życia artysty, anegdoty, refleksje i obserwacje nabyte na podstawie życiowego doświadczenia. Oczywiście, jak to w przypadku tego typu publikacji, Justin nie stworzył książki sam. Jego opowiastki przelała na papier Sandra Bark, bestsellerowa pisarka New York Timesa, która wspomogła między innymi Cameron Diaz przy jej książce Ja, kobieta. Ponadto, okładkę zaprojektował grafik Michael Bierut, ten sam, który stworzył logo w kampanii prezydenckiej Hilary Clinton. Timberlake, po nieudanej płycie w stylu country i klapie jego trasy koncertowej, musiał czymś wypełnić pustkę. Wpadł więc na genialny pomysł, aby zaprezentować światu swoje złote myśli. Będziecie mogli je przeczytać 30 października. Tego dnia nastąpi premiera Hindsight & All the Things I Can’t See in Front of Me. W oczekiwaniu, przypomnijcie sobie poniżej „Człowieka z lasu”.

Justin Timberlake gotowy na lato

Nasz ulubiony piosenkarz country zdał sobie chyba sprawę z tego, że Man of the Woods zdążyło się pokryć nie tyle platyną, co kurzem i polorem i raczej nie wysmyczy z krążka żadnego wakacyjnego przeboju (choć w idealnym świecie miałby przecież na widelcu któryś z hajlajtów płyty — „Waves” lub „Midnight Summer Jam”). Wokalista postanowił jednak postawić na popowy przebój w stylu „Can’t Stop the Feeling”, choć po pierwszych odsłuchach trudno orzec, czy to numer o porównywalnym komercyjnym potencjale.

W nowym singlu „SoulMate” Timberlake nie owija bowiem w bawełnę — bierze generyczny, rozwodniony UK-bassowy bit, a w ramach refrenu nieznośnie zapętla frazę „for the night”. Całości patronuje wytarty imprezowy slogan — „summer starts now”. Współodpowiedzialni poza Timberlake’m są tu m.in. producent Nineteen85 i songwriter James Fauntleroy. Nie zrozumcie mnie źle, to jest numer, do którego można się będzie pobujać raz czy drugi w sprzyjających okolicznościach w przeciągu najbliższych tygodni bez poczucia żenady, ale nie jest to już Timberlake nie tylko wyznaczający trendy, ale nawet próbujący je kreować (jak to miało jednak miejsce na nieporadnym, ale w jakimś sensie wciąż autorskim Man of the Woods). To Timberlake bez skrupułów odcinający kupony i starający się desperacko ratować resztki swojej muzycznej kariery. Szkoda.

Recenzja: Justin Timberlake Man of the Woods

Justin Timberlake

Man of the Woods (2017)

RCA

Niedzielny występ w przerwie 52. finału Super Bowl można chyba z pewną dozą pewności uznać za pożegnanie Justina Timberlake’a ze statusem pierwszoligowej gwiazdy popu. To moment, do którego piosenkarz, a ostatnio częściej aktor, zbliżał się nieuchronnie po chybionym przynajmniej w połowie dwupłytowym The 20/20 Experience sprzed 5 lat. Ten schemat, fataliści powiedzą, że wyciągnięty żywcem z antycznego dramatu greckiego, przerabiało już przed nim wielu — ostatnio Katy Perry, do której wkrótce dołączyć ma Taylor Swift.

Wszyscy znamy legendę stojącą u podstaw kariery Justina — chłopiec z boysbandu nagrywa błyskotliwy debiut pieczołowicie wyprodukowany przez The Neptunes i Timbalanda w dużej mierze z materiału odrzuconego przez samego Króla Popu i tym samym staje się mocnym kandydatem do objęcia popowego tronu. Choć wydane trzy lata później FutureSex/LoveSounds, stworzone jako wspólna artystyczna wizja Timberlake’a, wspomnianego Timbalanda i Danji, nie zostało pierwotnie przyjęte przez krytykę i publiczność jednomyślną aklamacją, w istocie przybliżyło Timberlake’a w kolejce do sukcesji popowej korony. Justin, podobnie jak wcześniej Jackson, nie bał się poszerzać granic mainstreamowego popu, w ramach którego udało mu się wyrobić swój własny styl, który w trakcie siedmioletniej przerwy poprzedzającej wydanie The 20/20 Experience dojrzał i dał się doszlifować — z całkiem satysfakcjonującym rezultatem, pomimo tego że już wtedy współpracę z wypalonym w jakiejś mierze Timbalandem wielu postrzegało jako ryzykowną. Dopiero wypuszczona pół roku później druga odsłona obnażyła niewątpliwą, choć z początku wcale nieoczywistą prowizorkę projektu, odzierając Timberlake’a po części z przyszytej już całkiem mocno doń łatki popowego wizjonera.

Czym miało być Man of the Woods, jeśli nie wielkim comebackiem, ugruntowaniem zachwianej przed laty na ostatniej prostej pozycji podkopanej dodatkowo od tego czasu przez młodszych kolegów z branży? Być może jedynie kaprysem znudzonego aktora/eks-piosenkarza, który wraz ze spontanicznym duetem ze zjawiskowym Chrisem Stapletonem na nagrodach Country Music Association, wreszcie tchnął życie w nieskonkretyzowany wcześniej pomysł o powrocie do muzyki. Na fali tego dreszczyku emocji RCA wysłało wówczas do stacji country odrobinę ledwie tylko przecież countrujące „Drink You Away”. Jeśli jednak ktoś by mi wtedy powiedział, że Justin spróbuje na kolejnym krążku przede wszystkim pożenić R&B i americanę, uśmiechnąłbym się pod nosem i puścił rzecz mimo uszu. Tymczasem Timberlake nie tylko zdecydował się ten pomysł zrealizować, ale zaprosił do współpracy nikogo innego, a Timbalanda i The Neptunes, którzy o country wiedzą mniej więcej tyle, co T-Bone Burnett o hip-hopie. Timberlake odkopał też na tę okoliczność swoje pochodzenie (I’m the man of the woods and you’re my pride / I can’t make them understand but you know I’m a Southern man — śpiewa w tytułowym numerze nawiązującym stylistycznie trochę do folkowego epizodu Timberlake’a, nieporównywalnie bardziej zresztą autentycznego, przy okazji roli w Co jest grane, Davis? braci Coen, a trochę do licznych skeczy piosenkarza w Saturday Night Live), ale jego research nie miał zbyt wiele wspólnego z countrysoulowym bogactwem Tennessee.

Przeczytałem w ciągu ostatnich kilku dni bardzo wiele niepochlebnych opinii i niewybrednie skonstruowanych komentarzy pod adresem zarówno Timberlake’a, jego nowej płyty, jak i całej kariery w ogóle. Stara zasada o niekopaniu leżącego w internecie najwyraźniej się nie sprawdza. Ale szczerze mówiąc, myślę, że to już ostatni moment, żeby samemu do tego płonącego już żywym ogniem stosu dołożyć swoją gałązkę. Za kilka tygodni, może nawet dni, nikt już o tym albumie nie będzie pamiętał. Nieliczni wrócą do niego przed końcoworocznymi podsumowaniami, a za kilka lat ktoś odkopie jeden czy drugi singiel i nostalgia pomieszana z żalem ściśnie go za gardło. Mając tę wyjątkowo żywą (choć czysto hipotetyczną) wizję przed oczyma, nie mam ochoty tego Timberlake’a jeszcze dodatkowo rugać. Jeśli ktoś po odsłuchu futurefunkowego R&B w „Filthy”, rozwodnionego trap popu w „Supplies” i wyjątkowo kompromisowego akustycznego miksu folku i R&B w „Say Something” spodziewał się kolejnej płyty trzymającej się wspólnej osi i kreatywnie rozszerzającej granice popu, to musiał srogo się zawieść. A właściwie — niby dostał to, na co liczył, ale tylko na papierze.

W rzeczywistości, jak celnie zauważył w swojej recenzji Bartek Chaciński, Timberlake wykorzystuje americanę, folk i country przedmiotowo, traktuje je jako sample, pozostając wierny dotychczasowemu formatowi R&B z jego rytmiką i melodyką. A to dlatego, że po spotkaniu ze Stapletonem piosenkarz zamarzył, by zrobić całą płytę na kanwie jednej (całkiem udanej zresztą wówczas) countrypopowej piosenki, wspomnianego „Drink You Away”. Tymczasem okazało się nie da się na tym jednym schemacie, noszącym zresztą znamiona czegoś, co Amerykanie określają gatunkowo jako novelty (co można niezręcznie przetłumaczyć jako nowalijkę), sensownie zbudować ponad godzinnego albumu. Koniec końców piosenkarz musiał sięgnąć po wypełniacze — niezręcznie banalne interludia deklamowane przez jego własną żonę, budzące konsternację i niewpisujące się w żaden nadrzędny koncept proste jak konstrukcja cepa teksty, aż wreszcie festiwal wypełniaczy — średnio wyprodukowanych przeciętnych radiowych piosenek o niczym. To przy łagodnych szacunkach ponad połowa krążka.

Ale pomimo tego, co napisałem powyżej, nie zamierzam was przed Man of the Woods przestrzegać — to nie płyta, której słucha się za karę. Żaden wizjonerski album pop, ale też żaden dramat, blamaż czy katorga. Przeciętny popowy album, jakich co tydzień ukazuje się wiele, tyle że z o wiele szerzej zakrojoną medialną promocją. Nie ma sensu Timberlake’a demonizować — choć porzucił garnitur dla moro, nie popełnił żadnej stricte muzycznej zbrodni — otarł się o przeciętność, ot co. Man of the Woods jest nierówne, ale na tyle kompromisowe i wyważone brzmieniowo, że słucha się go całkiem nie najgorzej. Co więcej — można wyłowić z niego kilka bardziej niż przyzwoitych hajlajtów. Jeśli jesteście w tej połowie słuchaczy, która z owacjami i nadzieją przyjęła „Filthy” — elektrofunkową wariację na „Freeek!” George’a Michaela z domieszką Jamiroquai, to już macie jeden. Nawet w przeciwnym razie nie zaszkodzi wam sięgnąć po „Wave” — słoneczne koktajlowe R&B w stylu dawnych produkcji The Neptunes zbudowane wokół zwiewnego akustycznego motywu i zwieńczone powtarzalnym, ale dość szkicowo zarysowanym przedreferenem. Jeśli tęsknicie za Timberlake’m z pierwszej części The 20/20 Experience to numerem, który musicie przesłuchać będzie „Midnight Summer Jam” — prostolinijna, ale zręczna reinkarnacja neodyskotekowego R&B z zaskakująco dobrze skrojonym mostkiem. To Timberlake funkujący, wakacyjny, taneczny, niezobowiązujący i popowy — wciąż daleki od poszukiwań artystycznych, raczej poruszający się w obrębie wypracowanego przez laty formatu, ale robiący znakomity użytek z klasycznego Neptunesowego bitu. W podobny klimat uderza także „Breeze Off the Pond”, gdzie nawet bardziej Justin wkracza na muzyczne terytorium Mayera Hawthorne’a.

Jeśli z kolei wydaje wam się, że to jednak nie Timberlake i jego ekipa producencka nie podołali karkołomnemu zadaniu pożenienia country z R&B, ale samo założenie jest niemożliwe do zrealizowania, odsyłam was do błyskotliwego debiutu Nathaniela Rateliffa, do fenomenalnego „Movin’ Down the Line” z ostatniej płyty Raphaela Saadiqa, wreszcie do nagrań The Delines i Lake Street Dive. I pomyśleć, że być może wystarczyłoby, aby zamiast do Williamsa i Timbalanda Timberlake wykręcił numer do Ricka Rubina, który swego czasu zrobił znakomite płyty dla Dixie Chicks, The Avett Brothers czy Jakoba Dylana.

Justin Timberlake kradnie show podczas wczorajszego finału Super Bowl

Można było wątpić w nowy krążek Timberlake’a, na którym zamknął się w chatce na odludziu, by niezbyt zręcznie pożenić R&B z country popem. Można (całkiem słusznie) wątpić w jego poczucie estetyki od kiedy porzucił suit & tie dla spodni moro zestawionych z białymi sneakersami i czerwoną apaszką. Ale nie było wątpliwości, że jego występ w przerwie 52. finału pucharu Super Bowl będzie strzałem w dziesiątkę i bez trudu dorośnie do rangi całej imprezy. Podczas niemal 14-minutowego kipiącego od scenicznej charyzmy kreatywnego medleyu największych przebojów piosenkarza zapowiedzianego przez Jimmy’ego Fallona znalazło się także miejsce dla fantastycznej choreografii z jacksonowskiej szkoły, występu z ogromną marszową orkiestrą dętą i krótkiego hołdu dla Prince’a. Cywilizuje się także podejście organizatorów show do serwisów streamingowych — całość oficjalnie można zobaczyć na Youtubie.

Justin Timberlake jest prawdziwym człowiekiem z lasu

Drwalem na medal! Ma czerwoną koszulę w kratę, znoszone timberlandy i brodę. Mieszka gdzieś na południu w dzikiej głuszy, ponad 4 mile od Walmarta, gdzieś między namiotem pozostawionym przez grupę skautów uciekających przed niedźwiedziem, drewnianą chatką zbudowaną przez pierwszych amerykańskich osadników w czasie gorączki złota a samotną brzozą, którą nazwał Joe. Poza tym śpiewa kompromisowy pop soul w kwartecie rodem z barberszopu z samym sobą i jest takim wesołym Romek z Misia. Opinie o jego nowym krążku są podzielone — zarówno wśród krytyków (Pitchfork 3.8, widzieliście?), jak i wśród słuchaczy. Także w naszej redakcji będziemy się dopiero o nią kłócić, w związku z czym zostawimy was na razie z nowym teledyskiem Justyniana, a do tematu płyty wrócimy po weekendzie.

#FridayRoundup: Justin Timberlake, Rhye, The James Hunter Six, Skyzoo i inni

Dzisiejszy dzień stoi pod znakiem nowej płyty Justina Timberlake’a. Jeżeli jednak „Man of the Woods” Was zawiedzie lub zanudzi, to z pewnością znajdziecie alternatywę w postaci nowego krążka od Rhye, rapowych albumów od trueschoolowego Skyzoo oraz wielkiej niewiadomej jaką jest Brian. Na deser natomiast zostanie mała dawka soulowych brzmień od ekipy The James Hunter Six.


Man of the Woods

Justin Timberlake

RCA Records

Justin Timberlake jest absolutną legendą i ojcem współczesnego brzmienia muzyki pop. Po ponad 20 latach na scenie wciąż pozostaje na szczycie, co jest zasługą doskonałego odczytywania oczekiwań fanów i ciągłej ewolucji w stronę prawdziwie dojrzałych dzieł, takich jak The 20/20 Experience. Po 5 latach przerwy od nagrywania solowych albumów Justin zdecydował się powrócić w najlepszy sposób, jaki mógł wybrać. Funkowe i seksowne „Filthy”, monumentalne „Supplies” i emocjonalne „Say Something” udowadniają, że kombinacja Timberlake, Timbaland i The Neptunes to gwarancja niezawodnej jakości. Man of the Woods zawiera aż 16 utworów (65 min), tylko dwa występy gościnne i zaledwie kilku producentów. To po prostu nie może się nie udać. Polecam każdemu miłośnikowi każdej muzyki, w ciemno — Adrian


Blood

Rhye

Loma Vista Recordings

Pomimo całego zamieszania z wydawcą, wyników sprzedaży poniżej oczekiwań, czy wycofania się jednego z członków duetu, producenta Robina Hannibala, doczekaliśmy się kontynuacji delikatnego Woman. Mike Milosh, tym razem solo, zachowuje dużą część zmysłowego brzmienia Rhye, które podkreśla swoim niesamowicie wyjątkowym głosem. Jednocześnie stara się rozwijać koncepcję z pierwszej płyty, chociaż zmiany są równie subtelne, co dźwięki towarzyszące wokalowi. Po promujących singlach „Taste” i „Please”, słychać zmianę, którą zapowiada sam frontman – tym razem zamiast sypialnianego projektu mamy muzykę i dźwięki wręcz stworzone, do grania na żywo. Dodatkowo, po pięciu latach od Woman, nie będziemy musieli tak długo czekać na album kolejny po Blood. Prace już trwają! — Richie Nixon


Whatever It Takes

The James Hunter Six

Daptone

Mam takie wrażenie, może mylne, że choć muzyka Jamesa Huntera towarzyszy nam od lat (jego pierwsze solowe płyty to połowa lat 90., ale jego przełomem artystycznym był krążek People Gonna Talk wydany przez Roundera 12 lat temu) i systematycznie ewoluuje od rock&rollowego postrzegania blue eyed soulu w stronę rasowego rhythm & bluesa, to jednak to wciąż muzyka tła, która pięknie wypełnia przestrzeń, ale ostatecznie niewiele wnosi od siebie. Nie chcę absolutnie podważać kunsztu czy warsztatu ani samego Huntera, ani jego przybocznego kwintetu — ten jest bezsprzeczny, raczej nieśmiało zasugerować, że to co Hunter robi, robi znakomicie, jest jednak odtwórcze. Zagalopowałem się chyba zbyt daleko, ale mam wrażenie, że od kiedy przed dwoma laty zespół zaczął nagrywać dla Daptone coś jednak trochę drgnęło i jest nadzieja, że zgodnie z tytułem na nowym krążku Whatever It Takes The James Hunter Six, jak to się brzydko mówi z angielska, zrobią robotę — wszystko to, co będzie trzeba i czego nam, słuchaczom, będzie trzeba. Na poparcie mamy pięknie ubarwioną retro okładkę i trzy subtelne, ale z pewnością niebędące muzyką do windy single promocyjne — na czele z przewodzącym stawce „I Don’t Wanna Be Without You”. — Kurtek


In Celebration of Us

Skyzoo

First Generation Rich

Czołowy nowojorski trueschoolowiec młodego pokolenia wraca z czwartą płytą. In Celebration of Us zawiera piętnaście utworów, a wśród nich te na produkcji Illminda i Apollo Browna. Wydawałoby się, że treściowo dostaniemy to samo, co zawsze, ale chyba można liczyć na pewne zmiany: „Na tym projekcie chciałem skupić się bardzie na teraźniejszości niż miało to miejsce na moich poprzednich krążkach. (…) To album o tym kim jesteśmy i dlaczego jesteśmy tu gdzie jesteśmy jako społeczeństwo” – powiedział Skyzoo w jednym z wywiadów. Gościnnie pojawia się między innymi Raheem DeVaughn, a ciekawostką jest to, że w utworze „Parks & Recreation” usłyszymy sampel z utworu Michała Urbaniaka i Urszuli Dudziak „A Day In The Park”. — Dill


Amen

Rich Brian

88rising Music / Empire

Kiedy singiel „Dat $tick” Rich Briana (dawniej Rich Chiggi) zdobył popularność, nie wszyscy byli pewni z jakim nastawieniem podchodzić do dokonań młodego rapera. Jedni komplementowali wyjątkową jak na nastolatka barwę głosu, inni widzieli w nim kolejny rapowy mem, który zniknie w czeluściach internetu równie szybko jak się pojawił. Muszę przyznać, że sam wciąż jestem zawieszony gdzieś pomiędzy tymi opiniami. Debiutanckie Amen będzie więc pierwszym poważnym sprawdzianem dla chłopaka z Indonezji. Na albumie pojawią się jeszcze inni artyści z labelu 88rising — Joji i Niki, a także rozdający ostatnio gościnne zwrotki na prawo i lewo Offset. Ciekawe jak zmiana ksywki wpłynie na ostateczny kształt projektu. — Mateusz


Justin Timberlake i Chris Stapleton ponownie łączą siły

Gdy przed kilkoma tygodniami upubliczniona została tracklista nadchodzącej płyty Justina Timberlake’a (której premiera już za tydzień!), jednym z utworów, które z pewnością przykuły uwagę, było „Say Something” — duet z jednym z najciekawszych współczesnych piosenkarzy i songwriterów country Chrisem Stapletonem. Panowie spotkali się już nieco ponad dwa lata temu na rozdaniu nagród CMA, gdzie wykonali wspólnie dwa utwory. Wtedy też do stacji country wysłano „Drink You Away”, które jednak nie odniosło sukcesu w przeciwieństwie do „Tennessee Whiskey” Stapletona, które uczyniło go megagwiazdą, trafiając na szczyt listy. W wydanym wczoraj singlu „Say Something” Timberlake i Stapleton wypadają jednak znacznie gorzej — numer to kompromisowy, akustyczny miks folku i R&B. Kolejny rozczarowujący zwiastun Man of the Woods.

Justin Timberlake i jego postapokalipsa w wideoklipie do „Supplies”

A może to Justin Timberlake powinien wziąć udział w tworzeniu ścieżki dźwiękowej do kolejnej produkcji Marvela? W wideoklipie do „Supplies”, drugiego singla promującego Man of the Woods, Timberlake przedstawia wyrazisty komentarz na temat rzeczywistości. Podąża tym samym ścieżką obraną w „Filthy” i rozbudowuje swoją prasówkę o dystopijny, postapokaliptyczny obraz świata. Teledysk w reżyserii Dave’a Meyersa (autora między innymi klipów do „HUMBLE.” i „LOYALTY.”) koresponduje tu z pop-rapową warstwą muzyczną. Wśród pozostałych atrakcji mamy produkcję The Neptunes, Eizę González i zaskakujące zwroty akcji. Tytułowy las z nadchodzącego albumu Justina Timberlake’a musi być niezwykle ciekawym miejscem.

Kolejne szczegóły dotyczące nowego albumu Justina Timberlake’a

Im bliżej premiery Man of the Woods, tym bardziej intrygujące wieści docierają z obozu Justina Timberlake’a. Tym razem wokalista podzielił się wideoklipem uchylającym rąbka tajemnicy na temat procesu powstawania płyty. Mamy tu skrawki nagrań, znów trochę widoczków, no i obowiązkowo ujęcia z Timbalandem, Pharrellem Williamsem, Jessicą Biel i Chrisem Stapletonem (ten ostatni już nie powinien nikogo dziwić, zwłaszcza biorąc pod uwagę tracklistę płyty). Podejrzanie często padają też nawiązania do country. Timberlake określa nadchodzący album jako mieszankę modern Americana z brzmieniem automatu TR-808. Jednym słowem kosmos. Na ile uda się ten kosmos kontrolować? Przekonamy się już 2 lutego. Czekamy z niecierpliwością!

Justin Timberlake ujawnia tracklistę Man of the Woods

Justin Timberlake wypuścił ostatnio nowy singiel „Filthy” zapowiadający jego nadchodzący album Man of the Woods, którego premiera już 2 lutego. Na produkcji między innymi James Fauntleroy, The Neptunes i Timbaland. Kilka dni temu została ujawniona tracklista projektu. Płyta zawierać będzie 16 utworów, a wśród gości spodziewani są Alicia Keys i Chris Stapleton. Okładkę stworzył uznany fotograf Ryan McGinley, czego rezultat widać powyżej. Już nie możemy się doczekać całości!

MOTW. Link in bio.

Post udostępniony przez Justin Timberlake (@justintimberlake)

Justin Timberlake wynosi funk na nowy poziom w nowym singlu „Filthy”

Zgodnie z wtorkowymi doniesieniami nadszedł piątek i mamy nowy singiel Justina Timberlake’a. Numer wyprodukowany wspólnie z emerytowanymi już chyba Timbalandem i Danją nosi adekwatny do leśnego konceptu nadchodzącej płyty piosenkarza tytuł „Filthy” i zgodnie z zaleceniami jego samego powinien być grany bardzo głośno.

Jest tu trochę patetycznych gitar mieszających się a to z na wskroś popowym refrenem, a to z neo-funkowymi syntezatorami, których nie powstydziłaby się futurystyczna strona nieodżałowanego Prince’a. Jest też trochę soulowego wodzirejstwa gdzieś pomiędzy James Brownem, stadionową odsłoną gospel a N.E.R.D. Po raz kolejny jest efekt wow — Justin nie odcina kuponów i redefiniuje swoje brzmienie. Dzieje się. No i jest też teledysk, ale to zupełnie osobna historia.

Przypomnijmy, że Man of the Woods, czyli Justin jako drwal zadebiutuje 2 lutego, a dwa dni później przeniesie materiał na dużą scenę podczas przerwy finału Super Bowl.

Justin Timberlake ogłasza nowy album

Jest stanowczo za wcześnie na radykalne stwierdzenia, ale jedno trochę mniej radykalne można zaryzykować — początek roku 2018 prawdopodobnie będzie należał do Justina Timberlake’a. Wokalista właśnie ogłosił, że nowy album Man of the Woods ukaże się 2 lutego, czyli tuż przed występem Timberlake’a na finale Super Bowl. Tym razem artysta chce odsłonić słuchaczom zupełnie inną, bardziej osobistą stronę. Album zwiastuje krótki teledysk, nakręcony wśród malowniczych krajobrazów (z Pharrellem Williamsem i dźwięcznym „r” w bonusie). Dobra zmiana? Być może już niedługo się przekonamy — 5 stycznia ukaże się pierwszy singiel z najnowszego albumu.

Więcej Justina Timberlake’a na soundtracku Trolli

jttrolls

Na pewno pamiętacie „Can’t Stop the Feeling” — jeden z wczesnych hitów tego lata i nieoczekiwany (zarówno czasowo jak i muzycznie) powrót Justina Timberlake’a. Utwór promuje animowany film Trolle, który trafi do kin na jesień (w połowie października w Stanach, 4 listopada w Polsce). Na 20 września natomiast przewidziana jest premiera ścieżki dźwiękowej do filmu, na której, jak się okazuje, będzie można usłyszeć sporo więcej Timberlake’a. Poza singlową wersją „Can’t Stop the Feeling” znajdzie się na niej także wersja filmowa śpiewana przez amerykańską obsadę, a także cztery inne numery, w których można będzie usłyszeć Justina — dwa z nich w duecie z Gwen Stefani, dwa z Anną Kendrick — w tym „September”, cover przeboju grupy Earth, Wind & Fire. Wszyscy oni zresztą, a także Zooey Deschanel, Russell Brand i James Corden, stanowią wspomnianą obsadę głosową obrazu. Na trackliście znalazł się także numer „They Don’t Know” śpiewany przez Arianę Grande. Ciekawe swoją drogą, czy polska obsada dubbingowa nagra własną wersję soundtracku. Pożyjemy — zobaczymy. Cokolwiek by sądzić, zapowiada się intrygująco. Szczegóły poniżej.

14099559_594063284133452_1059314957_n

Nowy utwór: Justin Timberlake „Battle of the Sexxxes”

justin

„Can’t Stop the Feeling” święci triumfy na listach przebojów i bardzo dobrze, bo jest to pełen radości wakacyjny kawałek. W międzyczasie w sieci pojawiła się niespodzianka — niepublikowany wcześniej utwór Justina Timbelake’a.  Już w pierwszej nucie słychać, że „Battle of the Sexxxes” to ciężka i głośna typowa produkcja Timbo, która brzmi jak połączenie „4 Minutes” Madonny i ery krążków 20/20 Experience. Czy to wyciek, czy to unreleased track dobrze, że nie znalazł się na żadnej płycie. A jak Wy to oceniacie?

Nowy remiks: Justin Timberlake „Can’t Stop the Feeling” (Bryan Michael Cox Remix)

justin2

Najnowszy singiel Justina Timberlake’a do animacji Trolls święci triumfy na listach przebojów i puszczany jest przez wiele stacji radiowych. Niewątpliwie kawałek jest chwytliwy, radosny i dla mnie wakacyjny. Jednak amerykański producent Bryan Michael Cox postanowił popełnić remiks „Can’t Stop the Feeling” i spłaszczyć brzmienie oryginału i odebrać mu radość. Nowa wersja utworu jest monotonna, z jednostajnym bitem i w pełni pozbawiona optymizmu, który płynął z pierwotnej wersji. Często remiksy psują kompozycje i tak jest tym razem. Nie życzę dobrej zabawy.

Nowy (właściwy) teledysk: Justin Timberlake „Can’t Stop the Feeling”

justin

Z uśmiechem na twarzy przywitajcie nowy dzień, oglądając nowy (właściwy) teledysk do kawałka „Can’t Stop the Feeling”. Justin Timberlake niedługo po zaskakującym i udanym występie podczas finału Eurowizji, zaprezentował swój niezwykle zabawny klip do utworu z animacji Trolls. Ubrany na biało artysta, w asyście oryginalnych ludzi i zawadiackiego chłopaka, wprawia widza w pozytywny nastrój, tańcząc w rytm oldskulowego funky disco. Całość jest przyjazna, zaraża optymizmem i na pewno będzie z tego hit. Czy na miarę „Happy” Pharrella Williamsa? Zobaczymy. No dalej! Just clap! Just clap your hands!

Justin Timberlake na żywo podczas finału Konkursu Piosenki Eurowizji

justin

Konkurs Piosenki Eurowizji wzbudza kontrowersje i zazwyczaj negatywne emocje każdego roku. Nie tylko dlatego, że mnóstwo w nim kiczu, ale przede wszystkim przez irytującą ustawkę podczas głosowań. W tym roku jednak coś drgnęło. Szwecja odeszła nieco od cekinów, na rzecz wspomnienia (chociaż tyle) o panującej obecnie sytuacji w Europie. Do tego zwyciężczynią konkursu została Jamala ze swoim emocjonującym i prawdziwym kawałkiem z przesłaniem, o którym pisaliśmy wcześniej. Nie da się jednak ukryć, że oprócz Ukrainki, show skradł Justin Timberlake, którego występ okazał się niemałym zaskoczeniem w tym roku. Spekulowano, że może pojawić się on podczas finału, ale mało kto przypuszczał, że gwiazda pokroju Justina pojawi się na plastikowym konkursie Eurowizji. Artysta zawitał do Sztokholmu w ramach trasy promującej animowany film Trolls i oprócz najnowszego singla „Can’t Stop the Feeling” wykonał swój wielki hit „Rock Your Body”, którym rozpoczął występ. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie śpiew ze specjalnego playbacku. No cóż, nie każdy jest jak Beyoncé, która tańczy i śpiewa bez zadyszki.

Nowy teledysk: Justin Timberlake „Can’t Stop The Feeling”

justin-timberlakes-cant-stop-the-feeling-music-video-stills-7-1462524790-article-0

No i jest obiecany wczoraj nowy Justin. „Can’t Stop The Feeling” to pozytywny numer w sam raz do tańczenia. W teledysku wszyscy się bawią, jak na majowe klimaty przystało. Pojawia się nawet Kunal Nayyar z Big Bang Theory i chyba parę innych znanych osobistości, ale nie wiem na pewno kto. Nogi same się ruszają, więc spodziewałbym się, że kawałek będzie królował w radio i na parkietach. Poczujcie ten vibe!

Jutro nowy Justin!

justin-timberlake-2013-suite-tie-650-430

Justin Timberlake potwierdził, że jego nowy singiel ukaże się już 6 maja. Jego tytuł to najprawdopodobniej „Can’t Stop The Feeling”. Kawałek wyprodukowany przez Maxa Martina znajdzie się na ścieżce dźwiękowej do filmu Trolls. Justin będzie w nim podkładał głos do postaci imieniem Branch. Oczywiście cały czas też pracuje nad nową płytą, a pomagają mu przy niej Timbaland i Pharrell Williams. Jest na co czekać!

Timberlake chce spróbować szczęścia w country?

jtcountry

To odważna i wbrew pozorom niezupełnie pozbawiona podstaw, ale spóźniona o dwa lata decyzja. Wszystko zaczęło się tydzień temu, gdy Justin Timberlake wystąpił wspólnie z Chrisem Stapletonem na rozdaniu nagród CMA. Podczas występu duet wykonał dwa utwory — „Tennessee Whiskey” Stapletona i „Drink You Away” Timberlake’a, który ponoć miał zostać singlem równo dwa lata temu. Występ wzbudził wielkie emocje w Ameryce. Stapleton, który tego wieczoru zdobył kilka głównych nagród, już drugi tydzień z rzędu zajmuje najwyższą lokatę na Billboard 200, a i Timberlake zanotował pokaźny wzrost sprzedaży. Okazało się, że piosenkarz (czy raczej jego wytwórnia?) postanowił rozesłać numer w odrobinę skróconej wersji do amerykańskich radiostacji country. Chwyci? Już teraz decyzja wzbudza kontrowersje, zwłaszcza wśród fanów country, którzy zarzucają piosenkarzowi odgrzewanie kotletów.