king of pop

7. rocznica śmierci Michaela Jacksona

michael-jackson-fans-leave-memorial-at-hollywood-star1

Część I: PROLOG

 

Zawsze gdy myślę o Michaelu, na mojej twarzy automatycznie pojawia się uśmiech. Nie dlatego, że jest w nim coś zabawnego czy z czystej szydery. Po prostu sprawia mi radość. Utwory z solowych albumów Króla Popu znam od podszewki, od pierwszych taktów, od pieluchy, na wskroś, każdą melodię, każdy rytm, każdy jęk. Bezustanne obcowanie z muzyką jednego z największych artystów estradowych wszech czasów sprawiło, że zaczęła ona płynąć w moich żyłach, bo wystarczy jeden dźwięk, nieważne czy grający daleko, czy bardzo cicho — ja i tak go usłyszę. Dlatego właśnie się uśmiecham… jest to dla mnie temat bardzo znajomy, który towarzyszy mi od 2.(!) roku życia.

W wieku lat czterech już naśladowałem układ choreograficzny z teledysku do „Smooth Criminal” albo emocjonująco wykonywałem „I Just Can’t Stop Loving You”. Nagrywałem na kasety wideo Moonwalkera, którego emitował zarówno Polsat, jak i TVP1, a także popularny koncert z Monachium z 1997 roku, który również można było kiedyś obejrzeć w Telewizji Polskiej (później prezentowałem przed rodziną wyuczone układy choreograficzne z tego występu, haha). Non stop skakałem po muzycznych kanałach z niecierpliwością oczekując jakiegoś wideoklipu mojego idola (o wyczekiwaniu „Weekendu z Michaelem Jacksonem” na MTV nie wspominając), a gdy moment ten następował, nie mogłem być bardziej szczęśliwy. Pamiętam pierwszy raz, gdy zobaczyłem klip do „You Rock My World”. Miało to miejsce latem 2001 roku, na europejskiej stacji VH1 (polska jeszcze nie istniała). Niedługo po tym okazało się, że będzie nowa płyta. Mama kupiła mi ją zaraz po wydaniu, jeszcze w październiku. Wracając jednak do teledysku z Chrisem Tuckerem — tak dużo oglądałem wówczas VH1, że zauważyłem pewną zależność, która wielokrotnie się sprawdzała. Otóż, „You Rock My World” emitowane było zazwyczaj po „Fallin” Alicii Keys, a krótsza wersja klipu codziennie rano około 7:15, gdy szykowałem się do szkoły.

Tak bardzo byłem zasłuchany w Michaelu, że do dziesiątego roku życia nie dopuszczałem do siebie myśli o możliwości słuchania innych artystów, innej muzyki, a przez pewien czas myślałem nawet, że „Give In To Me” jest nowym utworem… Blokada ta jednak zeszła, aczkolwiek gust muzyczny pozostał zakorzeniony, i jedyne gałęzie, które wyrosły z powstałego pnia to te, o których piszemy na łamach naszej, również dziesięcioletniej już, miski.

Część II: 40 LAT MAGII

 

Nie od dziś wiadomo, że w muzyce pewne schematy się powtarzają. Jedni „ściągają” od drugich, rzadko tworząc coś nowego. Wszystko zaczęło się w Nowym Orleanie, gdzie sztuka ta nabrała postaci czysto rozrywkowej, a jej twórcami byli Afroamerykanie. Poprzez blues, jazz, soul, wyklarowały się takie gatunki jak doskonale znany rock’n’roll, r&b, czy w końcu pop i rap. Ogromne znaczenie miała „British Invasion”, która dokonała się w latach 60. XX wieku. To właśnie wtedy Stonesi opanowali świat swoją, jak się okazuje, jedynie interpretacją Muddy’ego Watersa. Jimi Hendrix grał na wzór Little Richarda, a Beatlesi powielali schemat utarty przez Chucka Berry’ego. I wszyscy byli, bądź są, wielkimi artystami. Blues inspiruje rocka, rock inspiruje heavy metal, a rhythm and blues wywodzi się z bluesa, gospelu, boogie woogie i jazzu. Ciekawe, nieprawdaż? Tak samo było w przypadku Króla muzyki Pop, którego guru to James Brown i Jackie Wilson (jako performerzy), Fred Astaire i Sammy Davis Jr. (jako tancerze), Charlie Chaplin (ta sama historia życiowa), czy Mavis Staples (wokal), a to i tak tylko część tych, którzy inspirowali Króla. Z gatunków, które powstawały z innych (i powstają nadal), wytwarzały się również subkultury, ściśle powiązane z muzyką. Mamy na ten przykład punków od rocka (punk rocka), skinheadów, metalowców, hiphopowców, skate’ów, hipsterów, a dawniej byli to między innymi modsi, rockersi (tu ukłon w stronę bardzo znanej kurtki, ramoneski, spopularyzowanej przez Marlona Brando w filmie „Dziki”, a której to nazwa pochodzi od zespołu The Ramones), hipisi, bitnicy, czy teddy boys (czyli brytyjska odmiana modsów). Jak jednakże powstała Jacksonmania?

Michael Jackson to jedna z najbardziej uzdolnionych i genialnych postaci w historii muzyki rozrywkowej. To przede wszystkim innowator tańca, pionier w tworzeniu osobowości scenicznej, autor zmiany koncepcji koncertu muzycznego, prowodyr wystrzelenia w górę znaczenia „wideopromocji” poprzez teledyski, niezwykle hojny filantrop, doświadczony piosenkarz, tekściarz, a także twórca najlepiej sprzedającego się albumu wszech czasów. To jego pomysłem była zmiana taśmy do kręcenia klipów z telewizyjnej na filmową 35mm, dzięki czemu jakość obrazu była kilkunastokrotnie wyższa (podobnie zresztą jak potrzebny budżet). To jego tworami były muzyczne minifilmy kręcone przez najlepszych reżyserów oraz to jego inicjatywą było przeniesienie teledysku na scenę koncertową, a wszystko zaczęło się w małym domu przy 2300 Jackson Street w Gary, w stanie Indiana, gdzie mały Michael wychowywał się wraz z ośmiorgiem rodzeństwa…

W czerwcu 1975 roku The Jackson 5 odeszło z Motown i podpisało nowy kontrakt z wytwórnią Epic, należącą do koncernu CBS. Berry Gordy miał jednak prawa autorskie do nazwy zespołu, przez co uległa ona przekształceniu na The Jacksons. Wraz z braćmi, do Epic Records przeszedł również 17-letni Michael. Powodem zmiany wytwórni był brak swobody, którą artyści otrzymali dopiero w CBS Records. Motown nie pozwalało zbytnio na własne kompozycje, a chłopcy dorastając mieli coraz większe doświadczenie i własne wizje artystyczne. Najbardziej nie podobało się to najpopularniejszemu członkowi grupy, gdyż wielokrotnie przejawiał chęć do wprowadzania zmian w wykonywaniu utworów napisanych przez profesjonalistów zakontraktowanych przez Gordy’ego. Trafiając do nowego chlebodawcy, Jacksonowie byli już młodymi mężczyznami. I niedługo po tym, frontman grupy wydał album, który latem 2016 roku obchodzić będzie 37. urodziny.

Po sukcesie Off the Wall, MJ i Quincy Jones poszli za ciosem, tworząc najlepiej sprzedający się krążek w historii muzyki. Thriller na dzień dzisiejszy został sprzedany według oficjalnych źródeł w ponad 100 milionach egzemplarzy, a w 2015 roku pokrył się 30-krotną platyną w Stanach Zjednoczonych. To za ten album Michael otrzymał osiem statuetek Grammy podczas jednego wieczoru, ustanawiając niewątpliwy rekord. To dzięki tej płycie czarnoskóry facet zaczął być słuchany przez białych. I w końcu, to właśnie temu wydawnictwu wiele dzisiejszych artystów zawdzięcza swoje kariery. W następstwie przyszedł niezapomniany występ na 25-leciu Motown, gdzie MJ wykonał po raz pierwszy moonwalka. Później rozpędziła się karuzela teledysków, jakimi raczył nas Król Popu. To nie było byle co, o nie… pierwsza emisja każdego wideoklipu Michaela Jacksona była nie lada wydarzeniem. Czy wiedzieliście, że premiera obrazka do „Black or White” odbyła się jednocześnie w 27 państwach na świecie, z publicznością w ilości około 500 milionów (co jest do dziś największą dla wideoklipu)? W samych Stanach odbyła się jednocześnie na kilku największych wówczas stacjach telewizyjnych: MTV, BET, VH1 i Fox. W ciągu tych wszystkich lat, Michael dał niezliczoną ilość stadionowych koncertów i kilkakrotnie okrążył kulę ziemską, zatrzymując się między innymi w Polsce, gdzie zagrał koncert na warszawskim Bemowie dla 120-tysięcznej widowni! (dla porównania — na koncercie JT w Gdańsku było około 40 000 ludzi)

Część III: OSTATNIA DEKADA

 

Przy wydaniu ostatniego studyjnego krążka, który wyszedł spod ręki Michaela, a który to był nagrany nieco na siłę (Invincible), Król Popu publicznie zaczął bojkotować swoją własną wytwórnię za brak wsparcia finansowego w promocję albumu. Wydawanie prawie wszystkich utworów z płyty w postaci singli stało się niemożliwe (i słusznie, bo połowa tracklisty to materiał do odrzutu). Sony wymagało jednak dużej liczby piosenek i wydało ich aż 16, co w porównaniu do poprzednich pozycji było srogą przesadą, koniec końców obniżającej jakość krążka. Po aferze z wytwórnią pojawił się drugi proces oraz niesławny dokument Martina Bashira i to wtedy Michael zamknął się na świat zewnętrzny. Przez jakiś czas było stosunkowo cicho, do 2006 roku, kiedy to reporter Access Hollywood odwiedził go zaszytego z will.i.am-em w domowym studio w Irlandii, nagrywającego materiał na kolejną płytę. Płytę, która nigdy się nie ukazała, a członek Black Eyed Peas zapowiedział, że nigdy nie wyda stworzonej w tamtym okresie muzyki, z szacunku do MJa.

W latach 1999-2009 na scenie muzycznej pojawiło się lub osiągnęło spory sukces kilka osób, które w swojej twórczości czerpią od Jacksona bardzo wiele. Należą do nich między innymi: Justin Timberlake (rozpoczęcie solowej kariery i wydanie dwóch albumów, w tym FutureSex/LoveSounds, Usher (sukces Confessions), Ciara, czy Chris Brown.

Część IV: EPILOG

 

Gdy wydawać by się mogło, że wszystko jest w porządku, że jest stabilnie i że niebawem Michael wyda nowy album, nagle ogłoszona zostaje konferencja prasowa w Londynie, na której Król Popu zapowiada serię koncertów w stolicy Anglii. Świat buzuje, fani szaleją, a ja jestem przekonany, że zobaczę mojego idola na żywo. Bilety rozeszły się w mig. Wszyscy oczekiwali kolejnego, emocjonującego show. Nowych utworów, nowych układów choreograficznych. To, co dostarczał Michael Jackson swoim odbiorcom, było niesamowite. Magiczne. Jego muzyka trafia do każdego, niezależnie od wieku. Muzyka ta jest wiecznie młoda, nie słychać w niej starości, nie ulega przedawnieniu. I przyszedł 25 czerwca 2009 roku… Jermaine Jackson ogłasza światu ze szpitalnego korytarza, że jego brat przestał oddychać. Na zawsze. Świat i rynek muzyczny staje w miejscu. Nasz Król, wciąż młody, odszedł. Prawdziwa legenda, sceniczny wulkan energii, perfekcjonista, który utorował drogę wielu młodym i zdolnym ludziom kochającym muzykę. Człowiek niezwykły, charyzmatyczny, piorunująco zdolny. Człowiek, który stworzył ścieżkę dźwiękową do milionów żyć na Ziemi i ten, na którego myśl uśmiecham się szeroko :)

bad-era-belt-india-japan-Favim.com-775812

PS. Czy wiedzieliście, że koszt produkcji wideoklipu do „Beat It” w wysokości 150 000 dolarów Michael pokrył z własnej kieszeni? Tak samo było w przypadku „Billie Jean”, gdzie koszt ten wyniósł aż 250 000 dolarów. Ponadto, kosztorys „Thrillera” zakładał budżet 1 200 000 baksów, czyli o wiele więcej niż wytwórnia mogła wydać na jego stworzenie. John Branca, bliski przyjaciel Jacksona i jego prawnik, wpadł jednak na pomysł, aby nagrać drugi film i go sprzedać, a z zysków pokryć część kosztów produkcji teledysku. Film ten nosi tytuł „The Making of Michael Jackson’s Thriller”, został sprzedany w 2 milionach egzemplarzy kaset wideo i pokrył połowę kosztów, czyli około 600 000 dolców. Niesamowite!

“Scena jest jedynym miejscem, gdzie czuję się swobodnie. Nie czuję się dobrze wokół… normalnych ludzi. Ale gdy wychodzę na scenę, naprawdę otwieram się i nie mam problemów. Cokolwiek dzieje się w moim życiu, nie ma już znaczenia… Mówię do siebie: „To jest to. To jest dom. To jest dokładnie miejsce, gdzie powinienem być, gdzie Bóg chce, bym był”. Jestem nieograniczony na scenie. Jestem NAJLEPSZY. Ale poza sceną… nie jestem naprawdę… szczęśliwy”.

Michael Jackson w wywiadzie dla J.R. Taraborrellego,
grudzień 1978

Eklektik Session: Boxed