kuba witek
Kuba Witek & Soulbowl: Press Play #20

W styczniu zazwyczaj łapiemy oddech po gorączkowym czasie podsumowań. Okres satysfakcji po sumiennie wykonanym zadaniu i gruntownym przebrnięciu przez najciekawsze wydawnictwa zazwyczaj jednak nie trwa zbyt długo. Zawsze bowiem przychodzi moment, kiedy trafiamy na coś, co powinniśmy wziąć pod lupę jeszcze w roku poprzednim.
Tak właśnie ma się sprawa z najnowszą płytą Zaburzeń, projektu Kuby Witka i Szatta. Kuba, znany do niedawna jako Tusz Na Rękach, dopełnił wydanie Igieł autobiograficzną książką Re:Tusz, której nie sposób scharakteryzować w jednym akapicie. Tym z Was, którzy zastanawiają się dlaczego historia Kuby warta była druku polecamy zapoznać się z utworem otwierającym album Zaburzeń lub „Śniegiem” zamieszczonym na tej samej płycie.
Zanim jednak sięgnięcie po powyższe, zapraszamy do comiesięcznego zestawienia płyt, które niezależnie od daty polecamy Waszej uwadze.
Kuba Witek

The Notorious B.I.G. – Ready To Die, Bad Boy Entertaintment (1994)
Zawsze jest mi bardzo trudno wybrać jeden album, który wywarł na mnie największy wpływ lub ten, z którym wiążą się moje najlepsze wspomnienia. Na różnych etapach życia były to Greatest Hits zespołu The Queen, koncertowa wersja Baduizmu Eryki Badu, z którą przejechałem wiele nocnych autostrad, czy niesamowity album Fever Ray o tak samo brzmiącym tytule. Gdybym zaczął zastanawiać się bardziej, zapewne powstałaby dużo dłuższa lista, ale płytą, która towarzyszy mi od wielu lat, i której zawsze będę słuchał z pewnym sentymentem, będzie Ready to Die Notoriousa B.I.G.
Po pierwsze dlatego, że jest to jeden z najlepszych autobiograficznych albumów ever. Po drugie za stary Nowy Jork, opisy miejsc, dzielnic, klimatu jaki w nich kiedyś panował w złotych latach kultury hip-hopowej. Po trzecie za flow, groove, funk i charyzmę w głosie. Po czwarte za kontrasty, które tak pięknie przenikają się pomiędzy poszczególnymi utworami. Za pełne spektrum emocji. Biggie zabiera nas na swoje podwórko, na imprezę, fantazjuje o przyszłości, opowiada o swojej przeszłości i codziennych problemach. Czasem nas rozbawi, innym razem zmusi do refleksji. I jak nikt inny, po dziś dzień, opowiada co zrobi tym, którzy będą chcieli zabrać jego kasę. A ja przy tym kiwam głową z uśmiechem, choć wciąż jest mi trochę smutno, że nie mogę posłuchać jak Biggie Smalls nawija o dorosłym życiu, wychowywaniu dzieci i innych rozterkach czterdziestolatka.
Chojny

Dawid Bowie – Blackstar, Columbia (2016)
Dziwny jest ten świat. Jeszcze tydzień temu słuchaliśmy nowego albumu Davida Bowiego podziwiając jego płynące z awangardowego jazzu piękno i nie ukrywając lekkiego przerażenia enigmatyczną treścią całości. Od poniedziałku aż dziwimy się sobie samym, jak można było się tego wszystkiego nie domyślić. Blackstar wciąż przeraża — ale tym razem dlatego, że już rozumiemy każdy wers, każdy motyw, każdy ton głosu artysty. Płyta zapadnie w naszej pamięci jako bezbłędne studium umysłu człowieka gotowego podążyć za światłem na końcu tunelu, ale również jako byc może najlepsze pożegnanie w fanami w historii muzyki. Geniusz do samego końca. Dziękujemy.
Eye Ma

Brzozkaaa

Jaakko Eino Kalevi – Jaakko Eino Kalevi, Domino Recording Co Ltd (2015)
Gdy po odegraniu hitów z chwytliwymi refrenami i wytańczeniu wyczerpujących choreografii, popowy świat spokojnie zapada w sen pod stosem kolorowego confetti i brokatu, ekscentryczni Skandynawowie chwytają jego ukryty potencjał i wplatają w bajeczne kompozycje. Urodzonemu w Finlandii Jaakko Eino Kalevi nieobce są niestandardowe rozwiązania. Już od dłuższego czasu odważnie eksperymentuje z francuską lekkością, marzycielską elektroniką i house’owymi porywami, wrzucając wgryzające się w podświadomość, minimalistyczne teksty między soulowe basy a indie gitary. To, co w teorii może sprawiać wrażenie bolesnej kakofonii, w praktyce zaowocowało przepysznie spójnym, elegancko dopracowanym wydawnictwem zmiksowanym na kuszący dźwiękowy krem. Na swoim ostatnim krążku Jaakko Eino Kalevi oczarowuje nonszalancką tanecznością i hipnotyzuje zza zasłony długich blond włosów powtarzając „Break the self and build it again”. Nie byle jaka propozycja na noworoczną odwilż.
K.Zięba

Dj Spinna – Intergalactic Soul, Wonderwax (2006)
To właśnie tą płytą Spinna udowodnił, że stawianie go jedynie w szeregu z hiphopowymi producentami jest wysoce niesprawiedliwe. Międzygalaktyczny Soul Vincenta Williamsa zbudowany jest wpływami neo-soulu, deep house’u, hip hopu, nu-jazzu, broken beatu i electro. Ta zacna mieszanka była mi bliska szczególnie w okolicach premiery albumy – 2006 roku. Okresu, kiedy zacząłem ziewać na boombapowe rytmy i doceniać mikrokosmos mojej starszej Siostry, której zawsze towarzyszyły cieplejsze odcienie muzyki.
Rafał Kulasiński

Kaz Bałagane – LOT022 (2015)
Ostatnio znowu wróciłem do tej produkcji. Słuchałem jej również najwięcej w 2015 roku z polskich rapowych płyt i muszę ją uznać za najlepszą w tej kategorii. Dlaczego? Kaz to charyzmatyczny emce, który z pewnością siebie i cwaniacką barwą głosu wyświetla miejskie scenariusze. Nie słodzi, nie używa koślawych metafor tylko dosadnie i na pełnej mocy przekazuje real talk w połączeniu ze świetnymi klasyczno-nowoczesnymi bitami Smolastego. Wszystko brzmi świeżo i od rapera czuć prawdziwość i świadomość tego, o czym mówi. Znajdziecie tu mnóstwo obserwacji na temat rapu, podejścia do życia, zasad, relacji ludzkich czy też kobiet. Bez lizania po tyłkach i sentymentów. Rozszerzona wersja epki zawiera 9 utworów i zapewniam, że przesłuchacie wszystko bez skipu, a potem będziecie wracać regularnie. Właśnie tak powinien brzmieć uliczny rap. Jeszcze przed lotem Kaz wydał z Belmondziakiem (genialny refren w „Dr. Traphouse”) mixtape pt. Sos, Ciuchy i Borciuchy, gdzie dobijał się stylówą i charakterem do pierwszej ligi. Teraz pretendent podniósł mistrzowski pas. Poprzeczka zawisła jeszcze wyżej. Sorry Panowie raperzy, ale musicie ustąpić miejsca dla gościa, który tą płytą wjechał na scenę z buta i wziął wszystko czego tylko sobie zażyczył. Oczywiście bez jeńców.
Dill

Anderson .Paak – Venice, Steel Wool / OBE (2014)
Przed premierą jednej z najbardziej oczekiwanych przeze mnie płyt tego roku, czyli Malibu Andersona .Paaka, postanowiłem odświeżyć sobie jego długogrający debiut sprzed dwóch lat. Venice to album, który trudno jednoznacznie sklasyfikować. Niby to soul, ale nie do końca, trochę tu rapu, ale samego .Paaka też raperem nazwać nie można bo jego styl nie mieści się w żadnych ramach. Słychać inspirację Bilalem, ale na upartego można też się doszukać naleciałości Lil’Waynowskich. Słucha się tego wyśmienicie, chociaż przyznam, że początek („Milk’n’Honey”) mnie odstraszył, kiedy pierwszy raz włączyłem krążek. Jednak później jest zdecydowanie lepiej i na dobrą sprawę, ciężko wybrać jeden, najlepszy kawałek. To ciekawa, różnorodna płyta, a potwierdzeniem tych słów niech będzie to, że na trackliście obok siebie znajdziecie produkcje TOKIMONSTA i Ta – Ku, serwującego tu jeden ze stand outów, czyli „Right There”, do którego często wracam. Cóż tu więcej pisać — „Venice” stanowi po prostu świetną przystawkę przed nowym wydawnictwem, którego premiera miała wczoraj miejsce!
Dźwięku Maniak
Atu – Pictures of Silence , Soulection (2013)
Wydawnictwo, do którego lubię wracać. Bardzo zapamiętywalny materiał od reprezentującego Soulection producenta Atu, to do dziś wciąż jeden z najciekawszych, typowo bedroomowych albumów. Wydane w 2013 roku Pictures of Silence, po blisko trzech latach wciąż posiada ten uzależniający potencjał. Uzależnienie, jest tu zresztą kluczowym słowem. Samo wydawnictwo tworzone było prawdopodobnie w oparach ładnie pachnącego dymu, bowiem przesiąknięte jest narkotycznym (wręcz hipnotyzującym) klimatem, od pierwszej do ostatniej sekundy jego trwania. Wskazywanie faworytów mijałoby się z celem, ponieważ Pictures of Silence jest tak pięknie zharmonizowane, że całość brzmi jak jeden idealnie zmasterowany track. Jeśli z kolei miałbym w jakikolwiek sposób tagować ten materiał, to zdefiniowałbym go jako mistrzowską fuzję soulu, dream popu, chillwave, nowych bitów i tak w zasadzie cholera wie czego jeszcze. Polecam jako substytut diety tym, co lubią chmurkę lub dwie:)
Forrel

Jully Black – The LP, Jully Black Entertainment Inc./The Officials Music Group Rok (2015)
Jully Black jest pracowitą i utalentowana osobą. Jesli śledzicie jej karierę i czytaliście nasz wywiad, to na pewno wiecie o tym doskonale. Jej dążenia do niezależności sprawiły, że podobnie do znacznej części artystów, Jully postanowiła założyć własna wytwórnię i na własnych warunkach dzielić się muzyką ze światem. Owocem tego posunięcia jest m.in. krążek The LP, z którego pochodzą single „Here 2 Love U” i „Fever”, o których pisalismy na łamach miski. Osiem utworów, które znajdują sie na płycie, powoduje niedosyt, szczególnie że wydawnictwo jest zdecydowanie spokojniejsze w porównaniu do The Black Book i słucha sie go znacznie przyjemniej. Nie znaczy, że dynamiczne oblicze Kanadyjki odeszło w niepamieć, bo wciąż słychać wulkan energii we wspomnianym „Here 2 Love U” oraz „Don’t Keep Me Guessing”. Przeważają jednak kompozycje soulowe i pełne wrażliwości, jak w „Missing the Way” czy wzruszającym „The Moment”. The LP nie jest więc do tańczenia, lecz do zadumy.

