little simz

#FridayRoundup: Little Simz, Kehlani, Jean Deaux i inni

#FridayRoundup

Jak co tydzień w cyklu #FridayRoundup dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Tym razem polecamy nowe wydawnictwa od Little Simz, Kehlani, Jean Deaux, El Michels Affair, Rica Wilsona z Terrace’em Martinem, Bishopa Nehru, Chrisa Browna z Young Thugiem, Rico Love i wielu innych.


#FridayRoundup

Drop 6

Little Simz

Age 101 / AWAL

Ubiegły rok dla Little Simz był wyjątkowo dobry. Jej ostatni album, Grey Area, odniósł duży sukces. Raperka wystąpiła też w produkcji Netfilksa, Top Boy,po raz pierwszy zagrała na Coachelli, tym bardziej uderzył ją więc nagły rozwój pandemii. Dokładnie miesiąc po wprowadzeniu obostrzeń w Wielkiej Brytanii Simz podzieliła się w poruszającym poście na swoim Instagramie tym, jak czuje się w izolacji. Jednocześnie zapowiedziała Drop 6, spontaniczną epkę, na którą złożyło się pięć premierowych, charyzmatycznych kawałków. Wydawnictwo jest przy tym kontynuacją serii minialbumów, które raperka wypuściła między 2014 a 2015 rokiem. If this 2020, there ain’t no hindsight/If you see death is the next chapter, can you die twice? (…) Livin’ day by day, sleepless night by nightDrop 6 to z pewnością coś, czego Simz potrzebowała i czego potrzebowaliśmy my. — Klementyna Szczuka


#FridayRoundup

It Was Good Until It Wasn’t

Kehlani

TSNMI / Atlantic

Najnowszy album Kehlani nie dorównuje jej poprzednim dokonaniom. Gruby parasol zaproszonych gości robi dobre pierwsze wrażenie, ale It Was Good Until It Wasn’t jest mniej wyraziste, autobiograficzne i triumfujące, niż jej poprzednia muzyka. Artystka mierzy się z emocjami i sytuacjami, zanurza się w swoich sprzecznościach i napięciach, często dochodząc do oczywistości, a nie wątpliwości. W rezultacie powstały nieskomplikowane piosenki miłosne, które bardziej dotyczą mechaniki związków, tego, jak i dlaczego działają lub nie działają, a nie opowiadają o intymności uczestników. Album wydaje się obsesyjna relacją na punkcie telefonów i nieporozumień, wydobywając wszystkie inne siły tworzące i przełamujące romans. Całość, okraszona lubieżną narracją i trapowym jazzującym podkładem, zlewa się w jeden strumień, dłuży się i nuży niemiłosiernie. Kehlani, było dobrze, dopóki nie wypuściłaś tej płyty. — Forrel


#FridayRoundup

Watch This!

Jean Deaux

Jean Deaux / Empire

Kwarantannowa sytuacja sprzyja wystawianiu na światło dzienne również takich materiałów, które potrzebowałyby poleżakować w swoich poczekalniach w oczekiwaniu na większą dawkę inspiracji. Tymczasem Jean Deaux po roku milczenia wypuszcza kolejną epkę dla samego tylko zaakcentowania własnej obecności, i to wykrzyknikiem (!); ale czy nie na darmo? Niesprawiedliwym byłoby nie wspomnieć, że ze swoim charakterystycznym — delikatnym, ale silnym i niskim — wokalem, i z upodobaniem do trapowej rytmizacji Jean Deaux mogłaby stanowić poważną konkurencję dla Tinashe, u której głos również kontrapunktował aranżacje. Na razie tylko depcze koleżance po piętach; ale przynajmniej w towarzystwie Saby i Yung Baby Tate. Wykrzykniki więc może i mniej dramatyczne, ale wciąż bez kropki nad iMaja Danilenko


#FridayRoundup

Adult Themes

El Michels Affair

Big Crown

Pomysł na najnowszy album grupy El Michels Affair powstał w 2017 roku, kiedy to lider zespołu — Leon Michels, zaczął tworzyć serie krótkich motywów muzycznych, które następnie przeznaczane były do samplowania przez innych wykonawców. Część z tych minutowych nagrań przerodziła się później w utwory takich artystów jak m.in. Jay Z & Beyonce, Travis Scott czy Don Toliver. Wszystko to zainspirowane było muzyką z lat 60, pełną bogatych partii orkiestrowych oraz nastrojowego klimatu. Muzyk uznał, że niektóre z tych tematów warto rozbudować i tym sposobem powstał krążek Adult Games, będący swoistym soundtrackiem do nienakręconego nigdy filmu. — efdote


#FridayRoundup

They Call Me Disco

Ric Wilson & Terrace Martin

Free Disco / Empire

Tytuł They Call Me Disco nie kłamie! Pochodzący z Chicago Ric Wilson pod czujnym producenckim okiem znakomitego Terrace’a Martina wypuścił właśnie epkę kreatywnie wpisującą nowe i klasyczne R&B, hip-hop, funk i neo-soul w nowodyskotekowe ramy. To 17 minut spędzone w epicentrum bujającego, miejscami onirycznego i psychodelicznego, innym razem słodkiego i ekspresyjnego, ale zawsze niezobowiązującego meta-R&B. Najbardziej chilloutowe wydawnictwo ostatnich tygodni. — Kurtek


#FridayRoundup

Nehruvia: My Disregarded Thoughts

Bishop Nehru

Nehruvia

Gdy w roku 2018 na OFF Festivalu w Katowicach (tęskno będzie w tym roku :’/) Bishop Nehru uskuteczniał stagedive w trakcie, wówczas jeszcze granego przedpremierowo, kawałka „Emperor” zapowiadającego jego nadchodzące newschoolowe wcielenie, obudziła się we mnie dzika ciekawość jak też odwieczny protegowany MF DOOMa ma zamiar dokonać tego stylistycznego przewrotu. Bo choć boom-bapowe konotacje wydawały się nierozrywalne w wypadku młodego rapera, jego koncertowa charyzma i niepokojąco aspirujący do (ówczesnych) stylówek Lil Uzi Verta outfit rzeczywiście zapowiadały rewolucję. Odpowiedzi na te wątpliwości okazał się przynieść drugi legalny album Bishopa- Nehruvia: My Disregarded Thoughts. Problem w tym, że owa ciekawość, jeżeli jakakolwiek jeszcze utrzymała się przez ostatnie 2 lata, okazuje się być zgaszona w zetknięciu z, mimo wszystko, nieprzyjemnie komfortowym materiałem. Trapowych tyrad jest tu ilość raczej symboliczna, znacznie częściej zaś słyszymy nieład i przypadkowość, które przecież wydawałyby się być domeną raczej mixtape’ów niż „legali”. Bishop Nehru bowiem rzeczywiście szuka-zarówno tułając się po trapowych motorykach, jak i długaśnych postdoomowskich cutach („Little Suzy (Be Okay)”), ale ostatecznie wydaje się nie znajdować cechy charakterystycznej, gestu radykalnego czy przynajmniej wyraźnie autorskiego spojrzenia. Każda obrana konwencja zamyka się w swojej zerowej, transparentnej formie, która wypełniona zostaje przyjemną, ale nieco miałką treścią.  — Wojtek Siwik


#FridayRoundup

Rico Love Presents: Emerging Women of R&B

Rico Love

D1MG

Rico Love, król pościelowego trap&B, drugoligowy wyjadacz, wypuścił właśnie hostowany przez siebie album z oryginalnymi nagraniami 10 wokalistek R&B. Tytuł krążka właściwie składa się z podprowadzenia Rico Love Presents i (nie do końca oddającego stan faktyczny) podtytułu Emerging Women of R&B. Podobnie zbudowany jest zresztą sam album — poza krótkim wprowadzeniem Rico Love i dziewątym na trackliście „Page Me” Rico Love jest na krążku nieobecny. Owszem sygnuje projekt własnym nazwiskiem i jest autorem wszystkich piosenek, ale śpiewają je jednak zaproszone piosenkarki — wśród nich m.in. K. Michelle, Deborax Cox i Sevyn Streeter, ale także kilka zupełnym debiutantek, które nie mają nawet własnych profilów na Spotify. To całkiem ciekawy showcase kobiecego R&B z typowymi dla Love’a inklinacjami w stronę balladowego trapu. — Kurtek


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Little Simz na debiutanckim albumie Anny Wise!

28-letnia Anna Wise, którą możecie kojarzyć choćby z kawałków Kendricka Lamara (zdobyła zresztą nagrodę Grammy za „These Walls”), dopiero teraz, po nagraniu dwóch epek, wydaje debiutancki album – As If It Were Forever. Artystka powiedziała, że analizuje na nim swoją tożsamość i skupia się na kochaniu siebie, zamiast prób bycia kochaną przez innych. Wśród 12 utworów usłyszymy na przykład Denzela Curry’ego albo Nicka Hakima, oraz Little Simz, we współpracy z którą powstało spokojne i delikatne „Abracadabra”. Przypominamy, że z raperką porozmawialiśmy ostatnio przy okazji nadchodzącego koncertu w Warszawie. 9 października widzimy się w Hybrydach!

Little Simz i Michael Kiwanuka wykonują „Flowers” na żywo

Grey AREA Little Simz to jedna z najważniejszych rapowych premier tego roku. Młodziutka brytyjska raperka przykuła wreszcie uwagę całego świata (na którą już od dawna zasługiwała) swoim połączeniem zimnokrwistego flow osadzonego w brytyjskiej szkole nawijania z muzycznym eklektyzmem sięgającym od Wutangowej surowości „Boss” po syntezatorowy minimalizm „101 FM”. Niedawno udało nam się nawet zamienić z nią kilka słów w ramach wywiadu, którego nam udzieliła, a 9 października będziemy mieli okazję usłyszeć ją w Warszawie w Klubie Hybrydy — bilety na wydarzenie dostępne są tu!

Numerem, który mocno wyróżniał się na płycie, było nagrane z Michaelem Kiwanuką „Flowers”, do którego ukazał się teraz również zapis występu na żywo. „Flowers” to sunący ambientalnymi pasażami neo-soul na którym Little Simz składa hołd przedwcześnie zmarłym gwiazdom muzyki, dzieląc się refleksjami na temat śmierci artysty i ładunkiem emocjonalnym, jaki temu towarzyszy. W wersach przewijają się nawiązania m.in. do klubu 27 czy utworów Jimiego Hendrixa. Utwór, który już na płycie brzmiał bardzo żywo i organicznie, przy występie na żywo i użyciu analogowych brzmień, nabiera jeszcze więcej surowości, a refleksje wydają się uderzać jeszcze mocniej. Głos Kiwanuki brzmi przejmującą i łapie za serce jeszcze silniej niż zazwyczaj. Całość okraszona zostaje także snutymi powoli w tle zagrywkami na trąbce.

Little Simz w anturażu żywych instrumentów radzi sobie rewelacyjnie, udowadniając tylko, że brytyjska scena ma obecnie do zaoferowania dużo więcej niż tylko grime na jednym patencie. Czekamy na dalsze sukcesy.

„Zawsze starałam się być najlepszą wersją siebie” — Little Simz dla Soulbowl.pl

O Little Simz mówiło się dużo już trzy lata temu, gdy wydała imponujący koncepcyjny Stillness in Wonderland. Jednak dopiero w tym roku, dzięki Grey Area, swojemu trzeciemu albumowi, zdobyła tak szerokie uznanie wśród krytyków i słuchaczy. Pochodząca z Londynu Simbiatu Ajikawo jest obecnie jedną z najlepszych raperek i to nie tylko na brytyjskiej scenie – kilka lat temu zwrócili na nią uwagę Kendrick Lamar oraz Lauryn Hill. Simz ma też już za sobą pierwszy występ na Coachelli i nominację do Mercury Prize. Dała się także poznać jako aktorka – zagrała w trzecim sezonie Top Boy’a, serialu Netflixa, którego producentem jest Drake. Simz mówi o swoim podejściu do sztuki, o tym, co ją inspiruje, ale nie potrafi… wskazać jednego ulubionego albumu Kanye’ego Westa. 9 października będziemy mieli okazję usłyszeć ją w Warszawie w Klubie Hybrydy — bilety na wydarzenie dostępne są tu!

Soulbowl.pl: Praca nad Grey Area zajęła ci zaledwie miesiąc. Zakończyłaś ją, gdy doszłaś do wniosku, że powiedziałaś już wszystko i…

Little Simz: …album poradził sobie świetnie. W tym znaczeniu, że ludzie go pokochali i o nim mówili. To było wspaniałe!

Na pewno zostanie zapamiętany. 

Dziękuję.

Jak było na Coachelli? 

To niesamowite doświadczenie. Wcześniej na festiwalu byłam parę razy, a teraz sama na nim wystąpiłam. Jestem naprawdę zadowolona, że miałam taką możliwość.

Niedawno zostałaś nominowana do Mercury Prize. Jakie to uczucie?

Jestem trochę zdenerwowana. Ale też podekscytowana już samym tym, że mogę tam być i czerpać radość z tego wydarzenia. To super, że mogę być jego częścią. Uważam też, że każdy nominowany zasłużył na to wyróżnienie.

Jak zareagowałaś, gdy dowiedziałaś się, że otrzymałaś tę nominację?

Byłam bardzo przejęta… Byłam tak szczęśliwa, wdzięczna… Od razu zadzwoniłam do mojej mamy.

Wcale się nie dziwię, to w końcu wielka rzecz. Kiedy byłaś dzieckiem, myślałaś o tym, że zostaniesz raperką?

Właściwie to tak. Zawsze wiedziałam, że muzyka to moja działka, i że jest to coś, w czym chciałabym się rozwijać. Zresztą cokolwiek robiłam, naturalnie obracało się wokół sztuki – muzyki albo aktorstwa.

Więcej satysfakcji daje ci rap czy aktorstwo? Pytam o to, ponieważ we wrześniu jest światowa premiera trzeciego sezonu Top Boy’a, w którym grasz.

Obie rzeczy sprawiają mi dużo radości i obie zamierzam robić najlepiej jak potrafię. Wiesz, chcę robić je dobrze. Odnosząc się do tego, co do tej pory robiłam – trzeba uważać na możliwości, jakie pojawiają się w twoim życiu. To jest moja pierwsza poważna rola i też właściwie pierwszy raz, kiedy ludzie zobaczą mnie na ekranie. Jestem mega nakręcona tym, że biorę udział w projekcie, jakim jest Top Boy. Historia, którą opowiada ten serial jest naprawdę ważna i warta poznania.

Wróćmy do muzyki – scena hip-hopowa jest zdominowana przez mężczyzn. Czy twoim zdaniem młodej kobiecie trudniej jest wybić się w tym środowisku?

Tak, może być trudniej, ale nie jest to niemożliwe. Musisz dość ciężko na to pracować. I wiesz, po prostu zacząć, wejść w to.

Nie bałaś się?

Nie… Nic z tych rzeczy. Sądzę, że byłam naprawdę odważna. Co więcej, zawsze chciałam być sobą. Zawsze próbowałam mieć siłę, nie przejmowałam się. Zmieniłam się jedynie w tym sensie, że dojrzałam. Ale tak, to było coś, do czego dążyłam.

Na pewno też lepiej poznałaś siebie. Jak bardzo zmieniłaś się od czasu swoich mixtape’ów?

Sporo. Dojrzałam. Zawsze trzymałam się tych samych granic, zasad i moralności, ale po prostu dorosłam i słychać to nawet w moim głosie. Brzmię inaczej. Oczywiście jestem też bardziej doświadczona, również dzięki moim koncertom. Zawsze starałam się być najlepszą wersją siebie.

O czym jest Stratosphere, twój pierwszy mixtape, który wypuściłaś, gdy miałaś 16 lat?

Po prostu o moich sprawach. Nigdy nie chciałam być częścią tłumu i śpiewać o czymkolwiek, lecz mieć pewność, że podążam własną ścieżką.

Twoi rodzice są Nigeryjczykami, masz jorubskie korzenie. Jest to dla ciebie ważne w kontekście twojej twórczości?

Tak, dorastałam znając moje pochodzenie i moją historię. Moja mama wykonała świetną robotę, pilnując, aby to wszystko było we mnie zakorzenione, i abym to wspierała, mówiąc o tym. To stanowi dużą część mnie. Oczywiście tak jak muzyka – wielu wielkich muzyków pochodzi z Nigerii, więc jest to super ważne.

Twoje brzmienie nie jest też typowo brytyjskie, ponieważ spędziłaś również trochę czasu w Stanach. W „101 FM”, na Grey Area, rapujesz: I mastered my flow like Dizee and Busta.

Dorastałam słuchając dużo amerykańskiego hip-hopu. I jak powiedziałam w utworze, słuchałam takich artystów, jak Ludacris albo Busta Rhymes. Oprócz nich i Lauryn byli to także Missy Elliot, Jay-Z, Kanye West czy Biggie Smalls, ale też prawdziwi MCs z Londynu. Myślę, że to w jakiś sposób przeniknęło do mojej twórczości.

A które albumy miały na ciebie największy wpływ? Wspominałaś kiedyś o The Miseducation of Lauryn Hill.

The Miseducation of Lauryn Hill było bardzo ważną częścią mojej podróży. Ten album nauczył mnie, aby być szczerym i prawdziwym w taki sposób, w jaki nie mógł nikt. Pamiętam wszechogarniające mnie emocje… To wspaniałe, jaką muzyka ma moc. I jaką moc mają artyści, jaki wpływ mogą wywierać. Ja też zamierzam zrobić coś wielkiego. Mam nadzieję, że kogoś zainspiruję, on z kolei zainspiruje kogoś jeszcze, i ten ktoś będzie za to wdzięczny. Ten album zdecydowanie był dla mnie czymś takim.

Jakie jeszcze płyty są dla ciebie ważne?

Myślę, że Baduizm Eryki Badu, The Black Album Jay’a-Z… Ready to Die Biggie’ego był super ważny dla mnie, i The Collage Dropout Kanye’ego Westa.

Jestem wielką fanką Kanye’ego Westa, więc nie mogę cię o to nie zapytać – który z jego albumów jest twoim ulubionym?

Nie wiem. (śmiech) Myślę, że to zależy od nastroju. Czasem jest to 808s & Heartbreak, potem zmieniam zdanie i jest nim Yeezus, a potem zmieniam zdanie jeszcze raz i jest to My Beautiful Dark Twisted Fantasy. Szczerze mówiąc, bardzo, ale to bardzo ciężko jest mi wskazać jeden. 

Świetnie cię rozumiem.

A ty? Który lubisz najbardziej?

Myślę, że The Life of Pablo… Nie, nie, nie, Late Registration! Myślę, że Late Registration, potem The Life of Pablo, i potem The Collage Dropout – to są moje trzy ulubione. Ale uwielbiam wszystkie i nie mogę się doczekać, aż ukaże się Yandhi albo Jesus Is King (śmiech). A co oprócz muzyki najbardziej cię inspiruje?

Wszystko! Rzeczy, które zrobiłam wcześniej; ludzie, którzy są wokół mnie, ci utalentowani. Myślę też, że jest to ważne, aby otaczać się osobami, które cię motywują i popychają do przodu.

Na co w takim razie chciałabyś, aby ludzie zwracali uwagę, słuchając Grey Area?

Chciałabym, aby robili to z otwartą głową i po prostu słuchali, o czym mówię. To bardzo osobiste i płynie z głębi serca, ale jest sztuką, więc cokolwiek wyniosą, będzie fajne!

Rozmawiała Klementyna Szczuka

Różowy bunt Yuny i Little Simz

„Pink Youth” to tytuł najnowszego singla Yuny, zapowiadającego jej nowy album Rouge. Numer sięga stylistycznie po wczesne lata dwutysięczne spod znaku Estelle, tworząc fuzję wycofanego, minimalistycznego house popu i dynamicznego R&B na najntisową modłę, w którą rapowy pierwiastek tchnęła udzielająca się gościnnie Little Simz, fenomenalna brytyjska MC, unosząca się ostatnio na fali hype’u za sprawą wydanego w tym roku, rewelacyjnego albumu „Grey Area”. Kawałek to mocny parkietowy rozrywacz z chwytliwym refrenem i pięknie poprowadzoną narracją, która ani razu nie wybucha niepotrzebnie, utrzymując do końca wycofanie i subtelność. Wszystkiemu towarzyszy piękny, animowany teledysk utrzymany w duchu afrofuturystycznej dystopii, w której, zgodnie ze słowami narratora, nie ma kolorów, a nasze dwie bohaterki wcielają się w tytułową zbuntowaną Pink Youth walczącą z systemem.

Serge Pizzorno i Little Simz we wspólnym singlu

Gitarzysta i songwriter Kasabian, Serge Pizzorno, zapowiedział swój debiutancki solowy projekt. Nie wspominalibyśmy o tym, gdyby nie to, że pierwszy singiel, który ukazał się pod szyldem The S.L.P. muzyk nagrał razem z Little Simz, której ostatni album — Grey Area jest jednym z najlepszych rapowych wydawnictw tego roku. Serge powiedział, że zawsze chciał podjąć współpracę z artystami ze sceny hip-hopowej lub grime’owej. Kto pasowałby lepiej, jeśli nie Simz? Jak wypada w „Favourites”, sprawdźcie sami, ale nam się całkiem podoba.

Recenzja: Little Simz Grey Area

Little Simz

Grey Area (2019)

Age 101

Little Simz właśnie skończyła 25 lat, ale jej muzyczna wszechstronność, nienaganne flow i umiejętności liryczne już dawno zwróciły uwagę Kendricka Lamara i Lauryn Hill, szybko czyniąc ją jedną z najbardziej obiecujących i wartych uwagi postaci brytyjskiej sceny hip-hopowej. Dzisiaj, na swoim trzecim albumie, imponuje niekwestionowaną pewnością siebie; jest Picassem z długopisem, w swoich złych dniach — Jay’em-Z, a w najgorszych — Szekspirem. She’s a boss in a fucking dress.

Nieważne, jak potraktuje się słowa Simz, nie można nie odnieść wrażenia, że Grey Area jest albumem skrojonym na miarę klasyków — koncepcyjnym i wyważonym. Raperka w szczery sposób konfrontuje się z uczuciami, jakie towarzyszą kryzysowi wieku młodego, i z którymi w pewnej chwili mierzy się dziś prawie każdy młody człowiek. To moment, w którym nie wiadomo, dokąd się zmierza, moment, w którym nic nie jest czarne ani białe — ani prawidłowe, ani niewłaściwe. Nierzadko towarzyszy temu również poczucie samotności, pustki i bycia zdanym tylko na siebie. Simz mówi o tym w prosty, lecz nie banalny sposób. Jej autentyzm przejawia się w ironii, nieskrępowanej pewności siebie, samoświadomości i dystansie (Got a very big ego / Embedded in me that’s the heritage ego).

Już na samym początku albumu Simz atakuje mocno i bezkompromisowo, by nagle ująć subtelną wstawką pianina albo przykuć uwagę zapadającą w pamięć, wykrzyczaną frazą. W ten sposób właśnie otwierające „Offence” i „Boss” porywają ciężkim, surowym brzmieniem, które Cleo Sol przełamuje refrenem w „Selfish”. W dalszej części krążka szorstki głos Simz regularnie koreluje z cieplejszymi podkładami jak choćby w spokojniejszym, gitarowym „Wounds”, bassowym „Therapy” albo zamykającym „Flowers” z wokalami Michaela Kiwanuki. Budowana przez nią atmosfera albumu przyciąga swoją ekspresywnością, podobnie jak jej flow — konsekwentne i pozornie jednostajne. Artystka potrafi jednak odpowiednio nim manipulować i dostosowywać do poszczególnych utworów. W końcu precyzji tej nauczyła się od legend takich jak Dizzie Rascal czy Busta Rhymes. Wspomina o tym w introspektywnym „101 FM”, jedynym kawałku, który wydaje się odstawać od pozostałych. Wyprodukowany na wschodnioazjatycko brzmiącym bicie, przywodzi na myśl raczej chiptune’owe produkcje. Kompozycyjnie jest to nieco dezorientujące, ale w koncepcji powrotu do przeszłości i zestawienia jej z teraźniejszością à la audycja radiowa, uzasadnione. Zresztą możemy ją dissować, ale ona i tak nie odpisze.

#FridayRoundup: Solange, Little Simz, 2 Chainz i inni


Rozpoczynamy marzec, a to oznacza, że sezon wydawniczy zaczyna rozkwitać niczym krokusy w waszych ogródkach. Wybaczcie nędzną poetykę! Wbrew pozorom ostatni piątek nie był wcale dniem jednego krążka — Solange i jej nieoczekiwany When I Get Home oczywiście zdominowała dzisiejsze plejlisty, ale ukazało się też sporo premier, na które czekaliśmy — wśród nich zapowiadane znakomitymi singlami wydawnictwo Little Simz, nowy krążek 2 Chainza czy kolejny longplay Pr8l3mu. Ponadto nowe płyty wypuścili dziś też Blu, Rick Rock, Hozier, Mereba, Shy Girls, T-Pain, Sammie, DaBaby i Lil Skies. Na deser mamy epkę z remiksami z ostatniego krążka Charlesa Bradleya.


When I Get Home

Solange

Columbia

Oniryczna podróż do rodzinnego Houston jest tematem nowego krążka Solange, który ukazał się dziś wczesnym rankiem po kilku lapidarnych zapowiedziach na Instagramie piosenkarki. O tym, że następca fantastycznego A Seat at the Table z 2016 roku ma się ukazać jeszcze przez tegorocznym występem artystki na Orange Festivalu, mówiło się w kuluarach od jakiegoś czasu, ale chyba nikt nie spodziewał się, że krążek ukaże się tak szybko. Na płycie złożonej z 19(!) piosenek, półpiosenek i interludiów Solange wsparli kreatywnie m.in. Earl Sweatshirt, Panda Bear, Tyler the Creator, Gucci Mane, Playboi Carti, Blood Orange’s Dev Hynes, Sampha, Pharrell Williams, Raphael Saadiq, Metro Boomin, The-Dream, Standing on the Corner, Scarface, Cassie, Abra, Steve Lacy czy Devin the Dude. Co z tego wyszło? Posłuchajcie czym prędzej poniżej!— Kurtek


Grey Area

Little Simz

Age 101 Music

Dzięki takim wykonawcom jak Little Simz o kobiecym rapie jest ostatnio wyjątkowo głośno. Raperka jest jedną z czołowych reprezentantek brytyjskiej sceny. Już od paru lat skutecznie łączy grime’owe trendy z łagodniejszymi brzmieniami. Grey Area to już trzeci długogrający krążek. Warto zaznaczyć, że Little Simz dopiero co skończyła 25 lat! Album składa się z dziesięciu kawałków. Gościnnie pojawili się Cleo Sol, Chronixx, Little Dragon oraz Michael Kiwanuka. Zdecydowanie wyróżniającym się utworem jest „Selfish” z doskonałym refrenem wspomnianej Cleo Sol. Sprawdźcie! — Polazofia


Rap or Go to the League

2 Chainz

Gamebread

Rap or Go to the League – dylemat, przed którym z pewnością w swoim czasie stanął sam 2 Chainz, w końcu w młodości spisywał się całkiem nieźle jako koszykarz. Na szczęście dla nas Tauheed Epps wybrał to pierwsze, dzięki czemu możemy dziś cieszyć się premierą jego piątego albumu. Koszykarskie nawiązania na tym się nie kończą, a ponoć w pracę nad projektem w roli producenta wykonawczego mocno zaangażował się sam Lebron James. Dodatkowo u boku gospodarza usłyszymy też gwiazdy z muzycznego podwórka. Wśród nich są Kendrick Lamar, Ariana Grande, Lil Wayne, Travi$ Scott oraz Chance The Rapper. Jeśli w ten weekend poszukujecie mocnego, rapowego uderzenia, to Rap or Go to the League powinno być pierwszym wyborem. — Mateusz


Widmo

Pro8l3m

RHW

Pierwsi futuryści polskiej ulicy powracają z długo wyczekiwanym longplay’em Widmo. Jest to dopiero drugi legalny długograj duetu, jednak od wydania (cieszącego się w niektórych kręgach statusem instant classic) debiutanckiego Pro8l3mu, dostaliśmy jeszcze EP-kę Hacked by Ghost 2.0 oraz zeszłoroczny mixtape Ground Zero. Apetyt słuchaczy rozbudzały wychodzące przed premierą albumu single: zaskakujący, popowo-housowy „Interpol” oraz „Jak Disney” z pierwszą w historii grupy pełną zwrotką odpowiadającego za produkcje Steeza. Widmo nie przynosi ostatecznie jednak żadnych radykalnych zmian w stylistyce grupy. Szczególnie wyróżnia się pro8l3mowa fantazja na temat kontrowersyjnego utworu Myslovitz, czyli „To nie był film” z gościnnym występem Artura Rojka, jednak większa część materiału to dalej opowieści z pogranicza ulicznych porachunków i egzystencjalnych rozkmin snute są pod syntetytczne produkcje z vibem najntisowej elektroniki. Czy to już zjadanie własnego ogona, czy może świadectwo dojrzałego operowania autorskim stylem? — Wojtek


A Long Red Hot Los Angeles Summer Night

Blu & Oh No

Nature Sounds

Weterani sceny z Zachodniego Wybrzeża, raper Blu i producent Oh No otwierają 2019 r. ze wspólnym projektem. A Long Red Hot Los Angeles Summer Night to konceptualny krążek, którego tematyka skupia się na życiu mieszkańców Los Angeles uwikłanych w rożne kryminalne historie, ale także codzienne troski i problemy. Na 17 utworach udzieliły się również inne legendy kalifornijskiego podziemia, w tym Self Jupiter czy Abstract Rude. Efektem jest psychodeliczna podróż do miasta aniołów, okraszona doskonałymi tekstami, surową produkcją i niepowtarzalnym klimatem.

Adrian


Rick Rock Beats

Rick Rock

Southwest Federation

Rick Rock to prawdziwa legenda hip-hopowej produkcji z Bay Area. Ma na koncie współpracę z Tupac’em, niezliczone hity dla E-40’ego, Fabolousa („Can’t Deny It”), Busta Rhymesa („Make It Clap”, „I Know What You Want”) czy Jaya-Z (między innymi „Parking Lot Pimpin'”). Jest także prekursorem hyphy, nurtu w kalifornijskim hip-hopie tak charakterystycznego dla wykonawców z Oakland czy Vallejo. Krótko mówiąc, w rap grze ma wyrobioną pozycję. Kilka lat temu ukazała się jego pierwsza stricte rapowa płyta Rocket The Album, także w całości przez niego wyprodukowana, a pierwszego marca tego roku pojawiła się nowa solówka zatytułowana po prostu Rick Rock Beats. Gospodarzowi towarzyszą między innymi tacy goście jak Snoop Dogg czy Nef The Pharoh, a także Stresmatic i Goldie Gold, koledzy z powiązanego z Rockiem składu Federation. Warto będzie sprawdzić, co tym razem przygotował dla nas Król Slapperów z Północnej Kalifornii. — Dill


Shelby

Lil Skies

self realeased

Niedoszły zeszłoroczny Freshman XXL Lil Skies powraca ze swoim drugim albumem, zatytułowanym Shelby. Longplay jest kontynuacją estetyki obranej przez rapera na jego debiutanckim projekcie (Life of a Dark Rose z 2017 roku). Skies pozostaje w konwencji współczesnego, melodyjnego trapu, opartego, przede wszystkim, na autotunowanym śpiewie i przestrzennej produkcji z popowym zacięciem. Na płytce pojawiają się zaledwie trzy gościnki: Gucci Mane, Gunna oraz Landon Cube, przy czym ten ostatni dograł się na track „Nowadays Pt. 2”, będący follow-upem do pierwszego viralowego hitu, który powstał przez współpracę tego duetu. Próżno szukać w takim graniu innowacji, jednak fani skiesowej stylistyki powinni się odnaleźć.— Wojtek


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Nowy utwór: Little Simz „101 FM”

Little Simz koleguje się z Gorillaz i Lauryn Hill i podobnie jak Flohio stanowi nadzieję na kobiecy hip-hop. Brytyjka ma już na koncie trzy albumy i kilka epek, ale tak naprawdę popularność zdobywa dopiero teraz. „101 FM” to kolejny banger jaki prezentuje. Singiel stworzony na orientalnym beacie, za który odpowiada brat raperki jest dedykowany wszystkim „90’s babies”. A przynajmniej tak możemy wyczytać na jej Instagramie. Wspominki prawdopodobnie z 2006 roku i inspiracje Dizzeem i Bustą to niejedyne co ma do zaoferowania Little Simz!

Recenzja: VanJess Silk Canvas

Recenzja VanJess Silk Canvas

VanJess

Silk Canvas (2018)

VanJess

Siostry VanJess, jak wielu początkujących wokalistów, zaczynały od śpiewania coverów na YouTube’ie. Brały się głównie za hity z lat dziewięćdziesiątych, ale popularność przyniósł im mash-up utworów Drake’a i Franka Oceana, po którym dziewczyny zostały dostrzeżone przez szerszą publiczność i zaczęły myśleć o własnych kompozycjach. Od pomysłu do jego realizacji minęło kilka lat, ale duet w końcu zaprezentował swój debiutancki krążek Silk Canvas i trzeba przyznać, że nie jest to zwykły album R&B.

Pomimo że Jessica i Ivana nie są bliźniaczkami, ich głosy brzmią niezwykle podobnie. Są dobrze zsynchronizowane, umiejętnie nakładają się na siebie i wzajemnie uzupełniają. Razem są pewne siebie, a każda z sióstr doskonale wie, kiedy przychodzi pora na jej wstawkę. Ich największymi autorytetami muzycznymi są SWV, Brandy, Jodeci, wczesne dokonania kultowego trio TLC, a także En Vogue, Erykah Badu, czy Jill Scott. Wpływy muzyczne tych artystów wyraźnie słychać na Silk Canvas. Płyta jest połączeniem bounsująncego brzmienia R&B, soulu lat dziewięćdziesiątych z nowoczesnymi dźwiękami trapu i elektroniki, tej od Disclosure oraz tej od Kaytranday, który zresztą wyprodukował „Another Lover” z mocnym głębokim bitem i efektem wciąganej taśmy z kasety magnetofonowej. Oprócz Kaytry, VanJess zwerbowały do współpracy miedzy innymi IAMNOBODI, który wyprodukował mroczne „Control Me”. W singlu promującym album, wokale duetu brzmią poważnie, ale przyjemnie rozlewają się podczas trwania całego numeru.

Wydawnictwo nie jest typowym longplayem, w którym poszczególne piosenki są od siebie wyraźnie oddzielone. Silk Canvas brzmi niezwykle równo i idealnie wpasowuje się w klimat leniwego, letniego wieczoru, podczas którego można swobodnie wyciszyć się i zresetować, z nielicznymi tylko przerywnikami na chwile poświęcone na parkiecie, w postaci bangera „Through Enough” z gościnnym udziałem GoldLinka, czy tanecznego „Touch the Floor” z jamajskimi wpływami przemyconymi do kompozycji przez Masego. Zawartość płyty jest głównie delikatna, dobrze skomponowana, a siostrzaną chemię wyczuwa się w każdej nucie. Jak same stwierdziły, jedwab reprezentuje ich subtelne wokale, a płótna symbolizują nowy początek. Na Silk Canvas VanJess nie powielają więc standardów. Po długich poszukiwaniach znalazły i stworzyły swój własny oryginalny styl. Przeniosły oldschoolowe R&B, na którym się wychowały, na poletko niewygodnego komercyjnie, alternatywnego brzmienia, stwarzając tym samym specyficzny nostalgiczny klimat. Nie musi on trafić do szerokiego grona, ale jest świeży i niepowtarzalny.

Silk Canvas jest przyjemnym powrotem do muzycznej przeszłości. Jessica i Ivana umiejętnie przeniosły kultowe brzmienie R&B lat 90 do współczesnego świata elektroniki, nie tracąc jednak charakterystycznego klimatu tamtych lat. Swoim oryginalnym stylem zainteresowały wielkie nazwiska, dzięki czemu album jest zbiorem dobrze wyprodukowanych hitów, od R&B i afrobeat po electro i house. Lirycznie zespół porusza różne aspekty miłości, od romantycznych chwil, przez kłótnie aż po rozstania. Opowiadają o tym w sposób dojrzały, ostrożny, czasem seksowny i zabawny. Wszystko osadzają w realiach kultury afroamerykańskiej, z której same się wywodzą. Duet, wypuszczając tak solidny debiut, zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko. Dziewczyny przyrządziły specyficzną, magiczną mieszankę zmysłowości, dojrzałości muzycznej i siostrzanej miłości, tworząc nową, oryginalna falę smooth-R&B. Taka dawka muzycznych endorfin, którą Ivana i Jessica dostarczyły wraz z Silk Canvas, spokojnie wynagrodzi nawet długie oczekiwanie na następną płytę, bo taka musi się pojawić. Przecież na swoich jedwabnych płótnach jeszcze wiele mogą napisać.

Little Simz porównuje się do Jaya-Z i Szekspira

Kariera Simbi Ajikawo rozkręca się coraz bardziej, odkąd pojawiła się na featuringu w wersji deluxe Humanz Gorillaz. Już wtedy w housowym singlu „Garage Palace” zwróciła uwagę ekscentrycznością i charyzmą. A przecież miała już wtedy na koncie trzy epki! Teraz Little Simz powraca jeszcze pewniejsza siebie w „Offence”. Dziki, stylizowany na pierwotny za sprawą zgrabnie wplecionych fletów i oparty na trąbkach podkład, komponuje się z mocnymi chórkami i wstawkami rodem z kreskówek (Zwariowanych Melodii?). Na pierwszy plan wybija się buńczuczny tekst raperki, z klejnocikami takimi jak ten: „I’m Jay-Z on a bad day, Shakespeare on my worst days”. Klip już w drodze!

Little Simz w remiksie „Bombo Fabrika” Gabriela Garzóna-Montano

Jak pokazuje przypadek Little Simz i Gabriela Garzóna-Montano, niedocenienie może być umowne, a już na pewno nie wiąże się z wykluczeniem. Wymieniona dwójka poznała się na festiwalu muzycznym w Japonii i stwierdziła, że z tego spotkania koniecznie musi coś wyniknąć. Efektem jest gościnny udział Simz, a raczej zawłaszczenie sobie jednego z highlightów długogrającego debiutu Montano — „Bombo Fabrika”. Little Simz już nie raz udowadniała, że liryczne towarzystwo jej niestraszne. A to dopiero początek. Gabriel Garzón-Montano szykuje utwór specjalnie dla raperki z UK. No, no.

Relacja z Hip Hop Kemp 2017

Wbrew czeskiemu hasłu promocyjnemu — „sweet 16” — line-up Hip Hop Kemp 2017 przypominał raczej program zlotu sympatyków geriatrii. Ostatecznie wypadło całkiem nieźle — dla każdego coś miłego. Polskie hasło promocyjne, czyli „festiwal z atmosferą”, odbierałam wcześniej jako trochę serowe, ale szybko zmieniłam zdanie — nigdzie indziej nie widziałam artystów napełniających napojami kubki widzów i zabierających publice telefony, żeby… nagrać się na nie czy zrobić pamiątkową fotkę (piękna sprawa). Hip Hop Kemp, pomimo jego imponującego stażu wiekowego, jest wciąż bardzo kameralnym wydarzeniem.

Pierwszy dzień co prawda lekko krztuśny, a to ze względu na występ Tego Typa Mesa z livebandem. A może raczej Tego Typa Moza? To świetny pomysł, żeby zabrać w trasę nową płytę, swoje największe przeboje oraz Kingę Miśkiewicz i Holaka, a nawet — jak na „komentatora rzeczywistości” przystało — nawiązać do Twin Peaks w „Czy ty to ty”. Ale pyskówka do widzów i sarkastyczne komentarze trochę zepsuły klimat koncertu. Duży kontrast w porównaniu z Rejjiem Snowem, który nie zawiódł i zadbał o przeniesienie swobodnej atmosfery swoich krążków na grunt koncertowy, polewając przy tym napoje widzom i zapraszając na scenę randomowego ziomka z Australii (trzeba było pomóc rapować). Najlepszym występem tego dnia był zdecydowanie Masego. Jego TrapHouseJazz (jak określa sam zainteresowany) był raczej mieszanką funku i future bassu. Jazzu było znacznie więcej chwilę później u Czecha Pauliego Garanda w Radio Spin Hangarze, zwanym też — słusznie zresztą — sauną. Jednak to energia i tak zwana „osobowość sceniczna” Masego doprawione szczyptą altowego saksofonu (momentami słabo słyszalnego, ale jednak) i hiciorem „Send Yo Rita” (opartym na samplu „Señority” Justina Timberlake’a) dały wybuchową, rozgrzewającą mieszankę, zaskakującą chyba nawet dla samej publiczności.

Drugi dzień to dla mnie zdecydowanie koncerty, które nie były najważniejszymi w programie. Zaczęło się od Little Simz. Świetny kontakt z publicznością, anegdotki i ogromna żywiołowość, nawet mimo dość skromnej frekwencji pod sceną. Wciąż jednak czekam na tak wyraźne kawałki w repertuarze jak choćby „Picture Perfect” czy „Dead Body”. Jeszcze lepiej wypadli kempowi weterani z Kontrafaktu. Oczywiście, to koncert z serii „złote przeboje” — bez bisów, bo sam był jednym długim bisem (z obowiązkowym, ulubionym przez Polaków, „JBMNT”; ale i z wieloma innymi, nazwijmy rzecz po imieniu — bangerami). W porównaniu z takimi Jedi Mind Tricks było o wiele więcej mocy. Rytmus udowodnił, że jego pozycja na czesko-słowackiej scenie hip-hopowej nie jest bezpodstawna; i ja za rok równie chętnie obejrzę powtórkę, choć rozumiem, że po kilku-kilkunastu latach może nudzić. Największy banger to jednak Quebonafide, który dał niesamowicie energetyczny występ, okrążając z zachwyconą widownią cały świat w jedną godzinę. Możecie mieć swoje zarzuty do Quebo, ale jego zaangażowanie i swego rodzaju teatralność wygrały wszystko, nawet jeżeli „nie zagrał Euforii, buuuu”.

Mimo bardzo dziwnego „be right back” w połowie koncertu Kool G Rapa (koncert dość osobliwy — dj rapera wypadł lepiej od samego rapera; hiciory od House of Pain i Tribe Called Quest znacznie bardziej rozgrzały publikę) i poprawnego Mos Defa (samo zastępstwo za Commona raczej nikogo nie uraziło — może prócz tych, którzy na Kempa nie pojechali — niemiecki out4fame spotkała zresztą dokładnie ta sama sytuacja), trzeci dzień był bardzo dobry. Na uznanie zasługuje oczywiście Grammatik. Eldoka i Jotuze do spółki z Noonem dali wspaniały wspominkowy koncert, który można by w skrócie nazwać „Grammatik gra Światła Miasta”. Atmosfera była tak podniosła i wzruszająca, że nawet konferansjerzy z Czech, zwykle obojętni albo nawet lekko ironizujący o polskich występach, krzyczeli po koncercie w tłum „zróbcie halas” (jeszcze raz: HALAS). Dla mnie największym highlightem, zarówno tego dnia, jak i całego festiwalu, był najbardziej dopracowany wizualnie, ale też najmniej kempowy Alltta. Kawałki z tegorocznego „The Upper Hand” w domu brzmią jak rapowa wersja Ratatat (czyt. bez szału), ale koncertowo to petarda. Obłędne biciwa od 20syla: chiptunesy, french touch, funk, nawet odrobina PC Music w towarzystwie doskonałej nawijki Mr. J. Medeirosa stworzyły razem niesamowity show, w wyniku którego cała sala dała się porwać do ekstatycznego tańca. Arturze Rojku, chyba wiesz, co masz robić. — MajaDan

Na Hip Hop Kemp przyjeżdża się głównie dla dwóch rzeczy — świetnej muzyki i niepowtarzalnego klimatu. Dla klimatu, na który składają się przyjaźnie nastawieni ludzie i lecący zewsząd rap. Wiadomo, dodatkowy urok nadają temu miejscu takie detale jak wypady nad jezioro, Kaufland czy dostępne w Czechach różnorodne specyfiki. W tym roku, mimo licznych narzekań uczestników, klimat był, i to naprawdę niezwykły. Co do muzyki, trudno zatrzeć złe wrażenie, jakie wywarł na fanów tegoroczny line-up. Oliwy do ognia dolał fakt odwołania Commona na krótko przed występem, ale trzeba przyznać, że organizatorzy spisali się na medal, błyskawicznie zastępując go Yasiinem Beyem. Bezbolesna zamiana, no chyba że ktoś gnał do Hradca specjalnie na Commona… wtedy to inna sprawa.

Masego, Oddisee czy Kool G Rap, nie ma co narzekać na ilość i różnorodność artystów z zagranicy. Faktycznie było w czym wybierać, bo oferta i spora, i różnorodna. Mimo to na wielu z tych koncertów czegoś zabrakło. W przypadku Kool G Rapa występ bardziej rozkręcił sam DJ. Wielkich rzeczy spodziewano się również po Yasiinie Beyu, tymczasem to, co działo się przed jego koncertem na scenie głównej całkowicie przyćmiło występ headlinera. Trzeba przyznać, że nieoczekiwanie ten dzień należał do Alltty! 20syl oraz Mr. J. Medeiros zrobili chyba najlepsze show tej edycji. Zgadzam się, że ich styl odbiega od samego Kempa, a szczególnie od artystów, którzy grali ostatniego dnia, bo już bliżej im do Masego. Przynajmniej była jakaś okazja, żeby się poruszać przed dosyć statycznym Beyem. Tegorocznym wygranym, jeśli chodzi o zagraniczne gwiazdy, jest dla mnie Rejjie Snow. Nie dość, że był szczerze zachwycony możliwością grania przed kempową publicznością, to dał znakomity koncert. Irlandczyk zawsze zaskakiwał różnorodnością w swojej twórczości, bo jeśli przyrówna się klimat singlów „1992” i „Flexin”, to można zacząć się zastanawiać, czy to oby ta sama osoba. Nieco obawiałam się, jak owa stylistyczna różnorodność przełoży się na koncertowe flow rapera, ale bez problemu przechodził od wolnych bitów po energiczne, a nawet nowoszkolne brzmienia.

Mimo że na mainie dominowali artyści zagraniczni, a na terenie Kempa proporcje Polacy-Czesi były raczej równomierne, to dla mnie Kemp muzycznie został zdominowany przez Polaków. O taki Kemp walczyliśmy? Być może, ciężko zaprzeczyć, że w tym roku polscy artyści zaskoczyli naprawdę pozytywnie.

Zaczęło się od QueQuality showcase. Quebo jak mało kto stawia na „młodziaków”, także mieliśmy okazję usłyszeć, jak brzmi załoga z jego wytwórni. Bokun, VBS, Emes i Kartky, a na koniec PlanBe udowodnili, że warto było do Hradca przyjechać dzień wcześniej. „Jak koncerty, to z rozmachem” — tak chyba obecnie brzmi dewiza Tego Typa Mesa, która przyświeca mu przy organizowaniu koncertów. Cały zespół z Holakiem, Kinga Miśkiewicz, Stasiak no i sam Mes, występami na żywo tylko potwierdza to, iż forma się go trzyma. Poza tym, że zaliczył mocny progres w rapie, progres zaliczył także jego wokal (ale żeby od razu Anthony Kiedis…). Akcja ze zdenerwowanym na fana Piotrem była równie dziwna co śmieszna, ale Artyście takie rzeczy się wybacza. W zupełnie innym klimacie odbył się występ naczelnego podróżnika polskiego hip-hopu, Quebonafide. Ten koncert można streścić w kilku słowach: pozytywna energia, pozytywny Quebo, skacząca publika i „Madagaskar”. Nieco później na scenie zawitał najmocniejszy obecnie jeden z mocniejszych polskich składów, czyli PRO8L3M. Oskar i Steez w Hradcu zagrali koncert prezentujący przekrojowo dotychczasowy dorobek duetu. Jak było? Jeśli ktoś kiedykolwiek był na show tych dwóch panów to chyba nie ma wątpliwości, że ten dzień należał do nich. Najpierw czarowali publikę takimi numerami jak „Księżycowy krok”, by za chwilę pobudzić słuchaczy mocnym uderzeniem, czyli „VHS” czy „Molly”. Magia!

Mój pierwszy Kemp i pierwszy koncert @pro8l3m

Post udostępniony przez Paulina Lubowiecka (@polazofia)

Z kolei Grammatik zabrał swoich słuchaczy w niezwykłą wspominkowo-muzyczną podróż. W tym wypadku sama atmosfera okazała się ważniejsza od tego, w jakiej formie są Eldo i Jotuze. Dawno nie byłam na tak poruszającym, sentymentalnym koncercie. Co prawda miałam okazję zobaczyć całą trójkę na tegorocznym Openerze, ale to właśnie Kemp był dla nich lepszym miejscem na powrót. Miejmy nadzieję, że Grammatika będzie można jeszcze gdzieś zobaczyć. Tegoroczny Festiwal z Atmosferą zakończyłam w hangarze na koncercie Małpy i Mielzkiego. Mimo ogromnej sympatii do obydwu raperów, Rottenberg zdecydowanie nie należy do zapętlanych przeze mnie płyt. Panowie chyba sami wyczuli, że nie jest to typowo kempowy materiał, urozmaicając go co i rusz wrzutkami z solowych dokonań. Backspin pękał w szwach, ale co tam, dla tak dobrego koncertu można było się przemęczyć, bo Małpa i Mielzky doskonale zamknęli występy tegorocznej reprezentacji polskiej na Kempie. — Polazofia

Nowy utwór: Little Simz feat. Josh Arcé „Days Like This (Interlude)”

Little Simz rok temu wypuściła Stillness In Wonderland, jeden z lepszych krążków hip-hopowych jakie ostatnio wyszły z Wielkiej Brytanii, a wczoraj wróciła z nowym numerem „Days Like This”, w którym swoje wersy dokłada Josh Arcé. Klimatycznie to jest dokładnie to, czego można się po młodej raperce spodziewać — świetny, bujający, lekko soulowy klimat i do tego bardzo przyjemna nawijka. No i całkiem przyziemny temat, bo kawałek w sumie traktuje o tym, jak wygląda dzień Little Simz, kiedy akurat nie nagrywa w studio.

Nowy utwór: Little Simz feat. Bibi Bourelly „Customz”


Najbardziej zapracowana brytyjska raperka Little Simz wciąż poszukuje środków wyrazu, które pozwolą nam ją lepiej zapamiętać. Na Soundcloudzie pojawił się właśnie jej nowy utwór „Customz”. Zupełnie randomowy kawałek nagrany dla funu przedstawiający zupełnie randomowe scenki rodzajowe z lotniska, który może być jednak zaskoczeniem, gdyby zestawić ze sobą liryczny saksofon i featuring Bibi Bourelly z nieco mniej lirycznym tekstem. Ciężko stwierdzić, czy zachwyca, na pewno przyda się jako rozgrzewka przed występem Little Simz na Hip Hop Kemp.

Pierwszy polski koncert Little Simz już w najbliższy piątek

LittleSimz_pl

Już w najbliższy piątek do Warszawy przyjedzie Little Simz! Młoda raperka, przez wielu nazywana nową nadzieją brytyjskiej sceny hip hopowej, 22 stycznia wystąpi w klubie Miłość Kredytowa 9. Supportować ją będzie reprezentant U Know Me Records – Buszkers.
We wrześniu ubiegłego roku ukazał się debiutancki album Little Simz, zatytułowany A Curious Tale of Trials + Persons. Płyta została entuzjastycznie przyjęta zarówno przez krytyków muzycznych, jak i środowisko. Simz wydała płytę we własnej wytwórni – AGE 101: Music. Jak sama mówi, to w pełni przemyślany, konceptualny projekt, a ona sama jest w idealnym miejscu i czasie, by tworzyć własną markę i udowodnić na co ją stać. Trzeba się o tym przekonać na żywo!

Rozpiska godzinowa koncertu:

20:00 – otwarcie drzwi / Buszkers (DJ set)
21:00 – Little Simz

Bilety na koncert dostępne są na stronach: www.go-ahead.pl, www.biletomat.pl, www.eventim.pl, www.ebilet.pl, www.ticketpro.pl oraz w sklepach sieci Empik, Media Markt i Saturn. Będzie je można kupić także bezpośrednio przed koncertem w klubie. Gorąco zapraszamy!

Little Simz zagra w warszawskiej Miłości Kredytowej 9!

littlesimz

Dzień zaczynamy mocnym strzałem koncertowym. Dzięki agencji Go Ahead 22 stycznia w warszawskim klubie Miłość Kredytowa 9 zagra obiecująca raperka Little Simz!

Little Simz to wkraczająca na hip-hopową scenę 21-letnia Brytyjka. We wrześniu tego roku ukazał się jej debiutancki album A Curious Tale of Trials + Persons, który został entuzjastycznie przyjęty przez krytyków muzycznych i całe środowisko. Little Simz wydała album we własnej wytwórni – AGE 101: Music. Jak sama mówi to w pełni przemyślany, konceptualny projekt, a ona sama jest w idealnym miejscu i czasie, by tworzyć własną markę i udowadniać na co ją stać. Trzeba się o tym przekonać na żywo!

Na zachęte polecamy również bardzo ciekawy dokument o Little Simz i jej debiutanckim albumie:

LITTLE SIMZ
22.01.2016r, Miłość Kredytowa 9 (Warszawa)
Start: 19:00
Bilety: www.go-ahead.pl, www.biletomat.pl, www.eventim.pl,www.ebilet.pl, www.ticketpro.pl oraz sklepy sieci Empik, Media Markt i Saturn. Ceny zostaną podane wkrótce.

WYDARZENIE NA FACEBOOKU

Nowy utwór: MeLo-X „Rich Man” ft. Little Simz

tumblr_msns79ivZS1rqywovo1_1280
MeLo-X częstuje nas kolejnym kawałkiem. Producent i raper sprzymierzył się ze wschodzącą gwiazdą londyńskiej sceny, Little Simzem. Panowie nagrali magnetyzującą kompozycję, której tekst opowiada o prawdziwej wartości pieniądza. Temat znany i szeroko omawiany przez wielu artystów. Chłopaki ubrali go jednak w wartą uwagi, hip hopową oprawę. Nie da się ukryć, że ich największym bogactwem jest talent!