nicola conte
Recenzja: Nicola Conte Free Souls

Nicola Conte
Free Souls (2014)
Schema

Wychodzenie poza utarte schematy jest niepodważalnie jednym z czynników budujących rozwój we wszelkiej muzyce od niepamiętnych czasów. I choć bywa, że prawdziwi innowatorzy nie zostają od początku należycie docenieni, karma zwykle do nich wraca. Współcześnie zresztą, w czasach królowania permanentnej postmoderny nie ma miejsca na jednoznaczne wyroki — ostatecznie wszystko sprowadza się do twierdzenia, że wszyscy jesteśmy twórcami i przynajmniej w teorii każdy ma równe prawo, by się wypowiedzieć. Jednocześnie pole dla prawdziwych innowacji coraz bardziej się kurczy i niezaprzeczalnie zdecydowana większość to kopie — lepsze lub gorsze, mniej lub bardziej wyraziste kopie czyjegoś albo swojego własnego stylu. Tak było od wieków i nie ma w tym nic bulwersującego, choć w erze społeczeństw informacyjnych, mamy dalej niż kiedykolwiek posuniętą skłonność do tworzenia niepotrzebnych treści.
Nicola Conte swoją niewielką cegiełkę do rozwoju muzyki dołożył wraz z początkiem ubiegłej dekady, kiedy to zafascynowany brazylijskością przelał swoje inspiracje na nu-jazzowy grunt. Efekt okazał się wówczas w istocie świeży i interesujący. Przepisanie klasycznej samby i bossa novy na w pełni odczytywalne przez zachodniego odbiorcę brzmienie w obrębie wciąż prężnie rozwijającego się nurtu nu-jazzowego wyszło Contemu zaskakująco sprawnie. To było piętnaście lat temu i przez ten czas muzyka Contego nie tylko nie ewoluowała, ale porzuciła nu-jazzowe zacięcie, na pewnej płaszczyźnie wciąż gwarancję świeżości podejścia, i przemieniła się w klasyczny pop. Tu i ówdzie muśnięty jazzem, soulem czy bossanovą, ale w bardzo zachowawczy, niemal tradycyjny sposób. I być może nie byłoby w tym nic złego, ale Nicola Conte kontynuuje poruszanie się w konwencji, w której wcale nie jest mistrzem. Płyta, przepełniona wokalami wielu pań i panów, to wygładzona do granic absurdu schematyczna wariacja na temat muzyki przodków. To przyjemne, solidnie zaaranżowane i wykonane piosenki, ale jest to solidność wyłącznie rzemieślnicza, przez co Free Souls nie odróżnia się od setek podobnych płyt niczym z wyjątkiem nazwiska Nicoli Contego. Na szczęście włoski muzyk wciąż ma kilka asów w rękawie, zwłaszcza w obrębie najbardziej jazzowych numerów — zamykające płytę „A Prayer for Lateef” wychodzi zdecydowanie poza schemat płyty na terytorium jazzowej wirtuozerii, „Goddess of the Sea”, w którym za wokal odpowiada José James, brzmi trochę jak wyciągnięte z ostatniej płyty Outkast (Idlewild, 2006), a „Baltimore Oriole” swoją siłę czerpie z tropikalnego rytmu, któremu podporządkowany jest być może najciekawszy refren na płycie wykonany przez Bridgette Amofah. Tym samym Free Souls jest płytą, którą da się lubić, mimo że w zasadzie nie ma za co.
