recenzja

Recenzja: Marika Marta Kosakowska

digit

Marika

Marta Kosakowska (2015)

Warner Music Poland

Marika postanowiła zrzucić kolorowe sukienki i warkoczyki, które towarzyszyły jej przez ostatnie lata i pokazać swoją nową, mniej znaną szerszej publiczności twarz. Tym razem jako Marta Kosakowska daje nam cząstkę siebie. (więcej…)

Recenzja: Eskaubei & Tomek Nowak Quartet Będzie dobrze

Bush_Album_Cover

Eskaubei & Tomek Nowak Quartet

Będzie dobrze (2015)

For Tune

Kilkunastu polskich raperów randkowało z jazzem. Niewielu jednak miało na tyle werwy, by traktować go z należytą uwagą. Eskaubei jako pierwszy podjął sprawę po męsku nagrywając rapowany album po brzegi wypełniony przestrzenią dla muzyki improwizowanej.

Płyta przemawia szczerą pasją i pomysłem. Rzeszowianin intrygująco definiuje „Vibe” posiłkując się motywami autobiograficznymi. Z zaangażowaniem daje upust obserwacjom, emocjom i rozterkom.  Na całe szczęście stroni od górnolotnych i pseudoliterackich wersów przekazując słuchaczowi czytelne do przeanalizowania gawędy. Jak nigdy wcześniej potrafi skupić uwagę odbiorcy, dzięki czemu śmiało można komplementować go charyzmą.

Umiejętności nie sposób również odmówić kwartetowi Tomka Nowaka. Mądrze rozdysponowane proporcje pozwalają przeciętnemu znawcy jazzu wyłapywać kolejne „ulubione momenty” na długo po wielokrotnym przesłuchaniu Będzie dobrze. Filip Mozul mistrzowsko naładował singlowy „Krok w przód”, Nowak z Wykpiszem i bezwstydnie pozamiatali „Chłód vs ciepło”. Popisy Kuby Płużka w „Nic nowego” czy „Regular Funk pt. 2” wspomina się równie długo. Równorzędnym graczem jest gęsto obsadzany Mr Krime, dzięki któremu klimat płyty w znacznej mierze porównywany jest z dokonaniami Native Tongues.

Będzie dobrze z pewnością docenią ci, którzy mają czas na słuchanie muzyki i oczekują od niej czegoś więcej niż chwytliwego refrenu. Pierwsza pełnowartościowa fuzja rapu i jazzu na polskim podwórku wyszła powyżej naszych oczekiwań. Jest dobrze!

Recenzja: Electric Wire Hustle Love Can Prevail

Electric Wire Hustle

Love Can Prevail (2014)

Every Waking Hour

Debiut EWH wywołał niemałe poruszenie w 2009 roku. Trio z Nowej Zelandii obok Fat Freedy’s Drop stało się wizytówką nowych brzmień rodem z Antypodów. Nienachalne zapowiedzi drugiego albumu, które ukazały się już w zeszłym roku budziły jednak pewne rozterki. Były one spowodowane odejściem z zespołu perkusisty Myele’a Manzanzy, będącego kręgosłupem EWH. Wraz z premierą Love Can Prevail okazało się, że obawy były niepotrzebne. Nowozelandczycy nagrali najwyższej kategorii album – wielopoziomowy, dopracowany, intrygujący i znacznie dojrzalszy od poprzednika.

Czterdziestopięciominutowa podróż rozpoczyna się przejmującym „If These Are The Last Days” skomponowanym w znanym dla EWH tonie. Podobne skojarzenia wywołuje „The Spirit”, „By & Bye czy „Numbers and Steel”. Najbardziej atrakcyjnymi punktami wycieczki są jednak nowe ścieżki wyznaczane przez EWH. Fantastycznie wypada jazzowy sznyt „Light Goes A Long Way”, skrzyżowanie soulu z subtelną inspiracją Pink Floyd w „Loveless” czy rozmarzone „Look In The Sky”, które mógłby swobodnie pobłogosławić sam Marvin Gaye.

To zdecydowanie najciekawsze z tegorocznych wydawnictw okołosoulowych. Jeszcze miesiąc temu stawiałem, że Mara z Dave’em  ulegną i dadzą się z miejsca zaszufladkować jako kolejni wykonawcy PBR&B. Na całe szczęście nie miałem racji. Darując sobie i Wam kolejnych dawek szlachetnych epitetów – poświęćcie uwagę tej płycie, po stokroć warto.

Recenzja: Slakah the Beatchild Soul Movement Vol 2

Slakah The Beatchild

Soul Movement Vol 2 (2014)

BBE

Zapowiadana od dwóch lat kontynuacja debiutanckiego albumu Beatchidla w końcu ujrzała światło dzienne. Niepośpieszne tempo pracy Kanadyjczyka, który na przestrzenni czasu uwikłany był w kilka projektów jednocześnie, pozwoliło mu nie zawieść entuzjastów Soul Movement Vol 1. Płycie daleko od zakalca, jednak nie spodziewajcie się piramidy smakołyków. Slakah wybiera te same ścieżki i korzysta z podobnych patentów. Nie zmienia to faktu, że wciąż jest pierwszorzędnym producentem, solidnym wokalistą i dobrze czującym groove raperem.

Sequel to godny następca części pierwszej, a fakt, że Kanadyjczyk wydał ją dopiero teraz, wyraźnie działa na jej korzyść. Integralna brzmieniowo, jest niezłym prezentem dla wielbicieli J Dilli, Ampa Fiddlera czy pierwszych płyt The Black Eyed Peas. Beatchild napomknął przed kilkoma miesiącami, że Soul Movement ukaże się w aż pięciu odsłonach. Fani gatunku soulful hip hopu – możemy spać spokojnie, do 2026 roku będziemy mieli czego słuchać.

Recenzja: Ten Typ Mes Trzeba było zostać dresiarzem

Ten Typ Mes

Trzeba było zostać dresiarzem (2014)

Alkopoligamia

Ten Typ Mes to raper praktycznie niezawodny. (więcej…)

Recenzja: MØ No Mythologies to Follow

No Mythologies to Follow (2014)

Sony Music


Podczas gdy mainstreamowe R&B kurczowo trzyma się wypracowanych przed laty schematów, powtarzając te same banały, co najwyżej w odrobinę zmienionej tonacji, prężnie rozwijający się kontrruch, który śmiało możemy określić jako alternatywne R&B, od kilku lat zalewa słuchaczy kolejnymi propozycjami redefinicji brzmienia drugiego bieguna gatunku. Paradoksalnie współcześni twórcy w poszukiwaniu wymyślnych sposobów manifestacji swojej indywidualności, często nieoczekiwanie wpadają w zgoła podobną pułapkę — chroniczny brak charakteru.

Ku przestrodze wszystkim aspirującym twórcom, właśnie ukazał się debiutancki album duńskiej piosenkarki ukrywającej się pod niewiele mówiącym, a jeszcze bardziej zagadkowym w kwestii wymowy, pseudonimem MØ. No Mythologies to Follow odkrywa kulisy zawartości krążka jeszcze na poziomie samego tytułu, bo w istocie jest to instynktowna fuzja wszystkiego, na co można było się natknąć w niezależnej muzyce popularnej w ciągu ostatnich kilku lat. Są ukłony w stronę brytyjskiej sceny R&B, flirt z indietroniką, a całość przenika bezwarunkowa fascynacja popem ery cyfrowej.

Różnorodność rzecz jasna jest w cenie, a dywersyfikacja źródeł inspiracji oczywiście nie jest niczym złym, ale im dalej w las w pożyczaniu kolejnych elementów od otoczenia, tym większe ryzyko, że efekt końcowy okaże się trywialny i bez wyrazu, zwłaszcza, jeśli nie potrafimy się zdecydować czy chcemy brzmieć bardziej jak Florence + the Machine, Lykke Li, The Weeknd czy AlunaGeorge. I właśnie już w samym tytule No Mythologies to Follow tkwi jego największa tragedia — że z przekąsem posłużę się tak głęboko osadzonym właśnie w mitologii słowem. To symbol, idea, może nawet doktryna nakreślona wyraźnie i jednoznacznie, której skutkiem jest modnie oprawiony produkt na nowe czasy dla nowego odbiorcy. Tutaj należy doprecyzować, że chodzi o współczesnego odbiorcę globalnego, któremu na każdym kroku wmawia się, że jest wyjątkowy i potrzebuje dla siebie równie niepowtarzalnych gadżetów. A jednym z nich, na pewnej płaszczyźnie nawet najważniejszym, bo niejako pozycjonującym resztę, jest właśnie muzyka.

I tu z pomocą przychodzą Sony Music i MØ. Wielkie wytwórnie już dawno temu odkryły potencjał internetu i przeliczyły na dolary gusta wychowanej w jego ramach grupy odbiorców. A skoro najpewniej nie uda im się sprzedać nowego singla Katy Perry, to już rozważna inwestycja w pracowitego i do pewnego stopnia samokreującego się młodego wykonawcę najpewniej okaże się znacznie bardziej efektywna. Nie szukając daleko, wystarczy przypomnieć sobie głośny debiut Lany del Rey, która niezależna była co najwyżej od ograniczeń w rotacji jej singli w stacjach radiowych, a za jej songwriterskim geniuszem czaił się cały sztab pracowników kreatywnych i specjalistów od tworzenia wizerunku w Interscope.

To nie żaden precedens, ani tym bardziej szablon, który moglibyśmy przyłożyć bezwiednie do MØ, a jedynie dowód, że to, co współcześnie niejednokrotnie próbuje się sprzedać odbiorcom jako jedyne w swoim rodzaju, bardzo często jest jedynie marketingową kreacją, a na poziomie faktycznej treści okazuje się wydmuszką.

To co prawda nie przeczy temu, że No Mythologies to Follow może się podobać, ale rzuca pewien cień na i tak już niedoskonały materiał naszpikowany takimi zagwozdkami jak „Don’t Wanna Dance”, które niemal żywcem pożycza frazę w refrenie z przeboju Mando Diao o podobnym tytule, czy „Dust Is Gone”, będącym pod każdym względem idealną imitacją wydumanych ballad wspomnianej Lany del Rey. W tej sytuacji z werdyktem czy MØ ma od siebie coś ciekawego do zaoferowania, najbezpieczniej będzie poczekać do jej kolejnej płyty.

Recenzja: Takuya Kuroda Rising Son

Takuya-Kuroda-Rising-Son

Takuya Kuroda

Rising Son (2014)

Blue Note

Kielce, 7 marca 2014.

Drogi Milesie,

Co słychać, byku? Mam nadzieję, że podtrzymujesz dietę, biodro Ci nie dokucza i trzymasz się blisko z Evansem i Trane’em — Wasze nagrania do dziś sprawiają, że kapcie spadają. Wierzę też, że pogoniłeś Betty i Cicely, odnajdując upragnioną harmonię z Frances.

Sporo zmieniło się od czasu, kiedy nas opuściłeś. Muzyka przeobraziła się diametralnie, sam nie wiem czy na lepsze. Coraz rzadziej korzysta się z instrumentów, cyfrowe metody dominują. Nuty potrafi przeczytać co pięćdziesiąty gość. Z jazzem nie jest jednak tak źle. Shorter wciąż robi swoje, Hancock, Jarrett i Stańko również trzymają fason. Z powodzeniem uświadczysz też świeżych, prawdziwych cwaniaków. Groźnych i głodnych skurczybyków, którzy zasługują na rozgłos. Jednym z takich asów jest Takuya Kuroda, dla którego Twój dorobek stanowi źródło największej inspiracji.

Japoński trębacz, kojarzony dotychczas głównie z twórczością José Jamesa, wyznaczył przed sobą niełatwe zadanie. Proponując Jamesowi stanowisko producenta wykonawczego, zakasał rękawy i wziął na siebie odpowiedzialność lidera oraz głównego kompozytora. Debiutancki album Kurody w szeregach Blue Note miał okazać się najtrudniejszym sprawdzianem w jego karierze. Pewnie już się domyślasz, dla pewności napiszę jednak — Takuya spisał się medal, tworząc niezwykle wyważony, wyrafinowany i kunsztowny materiał.

Japończyk wyklarował na albumie bogatą mieszankę gatunków. Jazzowy konar wypuszcza silne soulowo-funkowe gałęzie, gęsto pokryte liśćmi w odcieniach R&B, afrobeatu i hip hopu. Nikogo nie powinny dziwić skojarzenia z warstwą muzyczną No Beginning, No End — wszak Kuroda zbudował Rising Son z pomocą klawiszowca Krisa Bowersa, basisty Salomona Dorseya, perkusisty Nate’a Smitha  i puzonisty Coreya Kinga. Różnica polega jednak na tym, że Kuroda pozwolił im zagrać przestronniej i śmielej. Zwróć uwagę na Bowersa — często ma pole do popisu, a w „Green and Gold” i „Sometime, Somewhere, Somehow” gra jak nawiedzony. Wystarczy, że posłuchasz „Afro Blues”, a zrozumiesz, co mam na myśli.

Kuroda stawia na melodyjność i harmonię. Solówki Japończyka nie są przekombinowane — staranne i przemyślane. Umiejętnie gra na emocjach. Brzmienie oddycha i trafia w czułe punkty. Sprawia, że chce się nagle zatrzymać, by za chwilę ruszyć z kopyta — w końcu wzorował się na najlepszych.

Nie mam wątpliwości, że jesteś w tej chwili w trakcie odsłuchu Rising Son. Zdolny gracz, nieprawdaż? Trzymaj za niego kciuki.

Do następnego, K.Zięba

Recenzja: Matana Roberts Coin Coin Chapter Two: Mississippi Moonchile

Matan Roberts

Matana Roberts

Coin Coin Chapter Two: Mississippi Moonchile (2013)

Constellation Records

W drugiej części jazzowej sagi, Matana Roberts muzycznie i tematycznie sięga ponad pół wieku wstecz do opasłej szuflady pełnej wspomnień swojej babci. Wzloty i upadki, święta i dni powszednie na tle walki o równość rasową i polityczno-społecznych zawiłości ilustruje niesamowicie uduchowiona muzyczna kreacja.

W czasach, gdy nawet afroamerykański jazz zazwyczaj odcina się od swoich muzycznych korzeni na rzecz miejskiej elegancji, Coin Coin Chapter Two: Mississippi Moonchile wydaje się być projektem możliwie jeszcze bardziej niezwykłym — mimo awangardowego charakteru płyty, jej bluesowo-soulowo-gospelowe podszycie jest bezdyskusyjne. To swoisty seans spirytystyczny — osadzony głęboko w tradycji rytuał o znaczeniu niemal religijnym, uroczyście odprawiany przez Matanę i jej znamienitą nowojorską świtę. Osiemnaście pozycji w spisie utworów składających się na ponad trzy kwadranse muzyki to raczej jedna długa kompozycja podzielona na części według intuicyjnego klucza. Niezwykle pełne i działające na wyobraźnię doświadczenie wypełniają serie na wpół improwizowanych tematów, mieszające się z recytacją fragmentów rodzinnej historii i hipnotycznymi partiami tenora — wszystko zgodnie ze ściśle ustalonym obrządkiem.

To tradycja przełamana awangardą — kreatywna i natchniona opowieść — kolejna rewelacyjna pozycja w katalogu Matany Roberts.

Recenzja: Washed Out Paracosm

Washed Out

Paracosm (2013)

Sub Pop

Trudno uwierzyć, że mijają właśnie cztery lata od definiującej ramy chillwave’u epki Life of Leisure. Cztery lata to w dobie internetu cała wieczność dla muzycznych trendów i fadów. W tym czasie rodzą się i umierają całe subkultury. Żaden hype nie trwa tak długo. A jednak — podczas, gdy koledzy po fachu uciekają w nu disco, Washed Out wydaje właśnie kolejny chillwave’owy album.

Zgodnie z nazwą i brzmieniem chillwave to muzyka, która ma przynosić orzeźwienie w gorące letnie dni. Tak przynajmniej rozumieli ten koncept Beach Boysi, zanim jeszcze go nazwano czterdzieści lat później, i tak rozumiem go ja obecnie. Szczęśliwie mamy tego roku idealne warunki meteorologiczne, by sprawdzić Paracosm w praktyce. Bez chwili wahania postanowiłem więc przetestować płytę w plenerze w losowo wybranych 40 stopniach Celsjusza w pełnym słońcu. Zaczyna się… Skąpana w słońcu złota plaża, lazurowe niebo, rajskie tropiki… Otwieram oczy, rozglądam się dookoła — w jednej chwili dociera do mnie nieznośny gwar zakorkowanej ulicy, powietrze pełne duszącego dymu i zdaję sobie sprawę, że moje trampki coraz bardziej integrują się z roztopionym betonem. Czas uciekać z miasta.

Paracosm to album do słuchania za dnia, gdzieś między świtem a zachodem słońca — najlepiej oczywiście w słońcu na plaży. Na wpół oniryczny, mglisty, budujący swoje brzmienie z wielu nakładających się na siebie warstw — trochę jak w shoegazie, ale bez odkurzaczy. Nie jest to rzecz jasna nowy koncept, ale jeden z tych, które dają naturalnie brzmiące owoce, zwłaszcza gdy tworzy się muzykę, która z założenia ma odprężać. Dźwięki zlewające się — jeden w drugi, leniwie ewoluujące melodie, psychodelicznie płynące syntezatory — to w telegraficznym skrócie arsenał Washed Out na Paracosm. To przyjemna, słoneczna muzyka, którą przed banałem chronią niebezpośrednie rozwiązania melodyczne i nieoczywista, brudna (może nawet odrobinę lo-fi’owa?) produkcja. Koncepcja co prawda wciąż pozostaje taka sama, ale jednak jest inaczej niż we wcześniejszych nagraniach Amerykanina — przestrzeń, tak niezbędna w chillwavie, wydaje się być tu kreowana w inny sposób — wciąż bardzo kompetentny, kto wie, być może nawet bardziej wyważony i przemyślany.

Paracosm bez cienia wątpliwości trzeba określić jako świeży, ale raczej nie ze względu na wyjątkowość, a orzeźwienie, jakie niesie i niezwykle harmonijny, prawdziwie chilloutowy świat, jaki kreuje przy pomocy dźwięku. Obowiązkowy soundtrack na ostatnie tygodnie tegorocznego lata.

Recenzja: Pretty Lights A Color Map of the Sun

Pretty Lights

A Color Map of the Sun (2013)

8 Minutes and 20 Seconds Records

Pisząc o odsłuchu kilka dni temu byłem bardziej pozytywnie nastawiony wobec nowego wydawnictwa Pretty Lights — dziś natomiast jest nieco inaczej. Powracający na scenę po trzech latach Derek Smith swoim nowym albumem wniósł wiele świeżości, ale także powielił kilka wcześniej sprawdzonych schematów. Okres 36 miesięcy to szmat czasu na różnego rodzaju eksperymenty, próby i zabawy w nowe metody produkcji. Będąc dotychczas tylko i wyłącznie producentem opierającym się na samplingu, Smith postanowił rozwinąć swój artystyczny wachlarz i pójść w kierunkach wcześniej przez siebie nieodkrytych.

Na przestrzeni lat 2011-2013 podróżował wzdłuż kraju, zatrzymując się m.in. na Brooklynie i w Detroit, aby tam na długie tygodnie zamknąć się w studio z grupą muzyków sesyjnych i rozpocząć proces tworzenia surowego materiału. W celu pozostawienia starych zwyczajów w tyle — Smith postanowił zerwać z tradycyjnym wykorzystywaniem fragmentów cudzych utworów. Na zasadzie organizowanych jam sessions zdecydował się napisać muzykę, którą najpierw zarejestrował na staromodnych taśmach, a następnie przeniósł na ponad trzydzieści winylowych płyt. Ostatnim etapem procesu kreacji było pocięcie i przearanżowanie wszystkich nagranych fragmentów, dodając do nich szczyptę elektroniki i syntezy dźwięku. Brzmi kreatywnie, prawda?

Interesujące i innowacyjne podejście do stworzenia nowej muzyki dało artyście zdecydowanie wiele korzyści. Pierwsza i najważniejsza z nich to malutki krok w stronę statusu producenta à la Quincy Jones. Kierowanie grupą muzyków i przelewanie usłyszanych w myślach melodii na papier to z pewnością cięższa praca niż wrzucanie sampli na pady. Jakkolwiek by to jednak Derekowi nie pomogło, jego nowatorskie metody niekoniecznie przełożyły się na nowatorskie brzmienie. Podczas gdy płyta pełna jest ciepłych, analogowych dźwięków, całość może być co najwyżej nazwana solidnie zrealizowanym albumem, w którym piękna historia bluesa i soulu spotyka się z surowym brzmieniem syntezatorowych leadów. Jazzowe melodie występujące u boku mocnej elektronicznej stopy i werbla funkcjonują bardzo dobrze, ale nie jest to coś, czego już wcześniej nie słyszeliśmy. Odwzorowując pewne schematy lat 90. artysta jakby nieco zapomniał skupić się na przyszłości, zbytnio zajmując swój umysł tym, co w muzyce już za nami. Minimalizm, za którym producent starał się podążać, jest także niezbyt słyszalny — większą uwagę od powyższego nurtu zwracają duże ilości instrumentów, warstw i dźwięków użytych na płycie.

To bardzo dobrze skomponowany album, w którym czuć inne, alternatywne podejście do procesu tworzenia muzyki. Za wysiłek i wkład należą się artyście słowa pochwały, aczkolwiek efekt końcowy mógłby być nieco lepszy i bardziej zaskakujący. Z pewnością na płycie znajdzie się kilka perełek, które będą towarzyszyć nam podczas letnich imprez nie raz, nie dwa. Album zdecydowanie spodoba się wszystkim fanom połączenia elektroniki z rapem opartym na elementach jazzu i bluesa.

Recenzja: Dj Czarny/Tas Time to Build

Dj Czarny/Tas

Time to Build (2013)

Self-released

Dj Czarny i Tas przygotowywali swój drugi album przez dwa lata. Pozytywne oceny Passion, Music, Hip-Hop oraz występy na Mistrzostwach IDA w 2011 roku, pozwalały założyć, że Time to Build ponownie rozbudzi aplauz w ich kierunku. Poznaniacy zapowiadali, że płyta będzie wypadkową nowych inspiracji, które w połączeniu ze znanymi już patentami z debiutu, utworzą materiał podszyty bardziej zróżnicowanym szwem.

Słuchając krążka można odnieść wrażenie, że dwójka producentów rozpieszcza słuchacza, oferując mu kolaż kilkunastu stylów. Problem jednak w tym, że owe bogactwo może zniecierpliwić tych, którzy po instrumentalnym albumie oczekują płynnej i bardziej stonowanej konstrukcji. Z drugiej strony, poznaniacy wypracowali rozpoznawalny dla ich produkcji styl, który na Time to Build można traktować jako wspólny mianownik. Charakterystycznie pocięte sample i gęsto wkomponowane skrecze solidnie dopełniają podstawę programową utworów, dając poczucie przestrzennego wyważenia dźwięków. Stanowi to jednocześnie dowód na to, że ta dwójka ma bardzo podobną wrażliwość i muzyczną estetykę. Chemię między Czarnym i Tasem da się wyczuć w każdym z numerów.

Większość płyty płynie w tempie około 95 uderzeń na minutę, jednak zdarzają się momenty, gdzie Czarny podwaja szybkość, przywołując skojarzenia z produkcjami ze stajni Hospital Records. Na uwagę zasługuje nowojorskie „Once Again”, które z pewnością docenią fani Pete’a Rocka. Egzotyczne „Escape” zapada w pamięć, „Too Close” skłania do niewymuszonej refleksji, natomiast fenomenalne „Dreaming at the Surface” gwarantuje najwyższej próby relaks.

Time to Build to porcja przyzwoitych produkcji, które mogą się podobać. Jest dobrze, a byłoby jeszcze lepiej, gdyby płytę wypełniało więcej tak nieprzewidywalnych i wielowarstwowych utworów, jak „Where Is My Heaven” i „Dreaming at the Surface”. Fanów samplowanych instrumentali jest coraz mniej, a pojedyncze eksperymenty z emerytowanym drum’n’bassem nie wzruszają już zupełnie. Mimo tego jest to pozycja warta uwagi, ukazująca niebywałą chęć rozwoju Czarnego i Tasa. Wierzę, że kolejne produkcje duetu nie pozwolą na jakiekolwiek marudzenie.

Recenzja: Mavis Staples One True Vine

mavis

Mavis Staples

One True Vine (2013)

Anti

Mavis Staples, znana głównie jako wokalistka kultowej formacji The Staples Singers, to kolejny z głosów przeszłości podtrzymujących przy życiu ideę klasycznego soulu w naszych dziwnych czasach obok Sharon Jones, Charlesa Bradleya czy Lee Fieldsa. Po latach przerwy piosenkarka w 2004 roku wróciła do tworzenia muzyki gospelowym krążkiem Have a Little Faith, który został dobrze przyjęty, ale jego odbiór był raczej ograniczony. Trzy lata później wydała przełomowy dla niej artystycznie i komercyjnie album We’ll Never Turn Back mieszający południowy soul, gospel i blues w najlepszym wydaniu. Od tego czasu Staples porusza się z powodzeniem właśnie w takiej stylistyce.

Nowa płyta One True Vine jest drugą, po You Are Not Alone sprzed trzech lat, stworzoną z pomocą Jeffa Tweedy’ego, lidera indie rockowej grupy Wilco. Tegoroczny album, podobnie jak jego poprzednik, jest zmyślnym zestawem coverów i oryginalnych kompozycji. Podobieństwa w repertuarze, wymowie czy aranżacji są jednak naturalną konsekwencją współpracy na linii Staples-Tweedy, która, trzeba to podkreślić, przynosi wyjątkowo owocne rezultaty. Natchniony głos Staples i stonowana, klimatyczna produkcja Tweedy’ego przekładają się na płytę, która bierze swój początek w zupełnie innym muzycznym świecie, a jednocześnie wciąż pozostaje adekwatna dla współczesnego słuchacza. Countrująca interpretacja wczesnego klasyka Funkadelic „Can You Get to That”, intymny oryginał Tweedy’ego „Jesus Wept”, gospelowy standard „What Are They Doing in Heaven Today” i siedem innych, równie solidnych kompozycji współistnieje tutaj na równych prawach, uzupełnia się i składa w harmonijną całość.

One True Vine to prosta płyta w starym stylu, wypełniona prawdziwymi emocjami i podskórnie — czy to w opowiadanych historiach, czy w głosie Mavis — życiową mądrością. I to właśnie jest jej największą siłą, nawet jeśli mieliśmy okazję niejednokrotnie słyszeć już podobne krążki, także w dyskografii Staples. Cóż, Mavis znowu to zrobiła!

Recenzja: J. Cole Born Sinner

jcole-born-sinner-standard-e1369067285564

J. Cole

Born Sinner (2013)

Roc Nation/Columbia

Kiedy ukazała się debiutancka płyta J.Cole’a, krytycy nie szczędzili mu pochwał, a sam raper pretendował do tego, by stać się jednym z najlepszych młodych graczy w rapie. Słuchając drugiego krążka Jermaine’a odnoszę wrażenie, że recenzenci zbyt pochopnie ocenili jego możliwości. Born Sinner powtórzył komercyjny sukces poprzednika, ba, wyniki sprzedaży pokazują, że płyta już w pierwszym tygodniu rozeszła się w większym nakładzie niż Cole World: The Sideline Story, ale wątpliwy jest fakt, że Cole zawdzięcza to artystycznej wartości krążka.

Już na samym początku J. Cole zaznacza, że album jest bardziej mroczny niż debiut. Konsekwentnie trzyma się tego zdania przez całą długość płyty — jest to jednocześnie zaleta i wada. Na próżno szukać tu klawiszowo-perkusyjnych kawałków pokroju „Lights Please” czy „Work Out”. Jasne punkty zostały zastąpione bardziej mglistymi i leniwymi produkcjami — wystarczy wymienić „Power Trip” z Miguelem. Jednym z nielicznych numerów, które podobnie jak wyżej wymienione, mają potencjał radiowy, jest singiel „Crooked Smile”. Zapewne z powodu tekstu odnoszącego się do kompleksów na tle wyglądu i refrenu wyśpiewanego przez Tionne „T-Boz” Watkins, numer został już nazwany, w mojej opinii niesłusznie, rapową wersją „Unpretty” TLC. Podczas gdy w kolejnych kawałkach Cole sztywno przechwala się swoimi sukcesami, brakuje luzu i poczucia humoru, do którego raper przyzwyczaił nas wcześniej. Momentami ginie gdzieś „ludzki aspekt Jermaine’a” — (nie)zwykłego chłopaka, który z lekkością opowiadał o relacjach damsko-męskich czy drodze na szczyt.

Tylko jednym numerem J. Cole potrafił przekonać mnie, że tam, na górze chwały, pomimo wielu udogodnień, czasem nie jest łatwo. Szczere wyznanie rapera o tym jak „zawiódł Nasa” — choć remiks sprzed kilku dni daje nam jednoznaczną odpowiedź, że jest inaczej — przywraca wiarę w dwa rodzaje możliwości artysty: pisanie dobrych story tellingów i odpowiednio wyważoną produkcję. Podkład z gorzkim dźwiękiem saksofonu w tle doskonale oddaje bolesny charakter „Let Nas Down”.

Cole ma nie tylko problemy z Nasem, ale z całą resztą swoich idoli z dzieciństwa. Utknął gdzieś niezręcznie z myślami, że choć ma szansę, by stanąć, przykładowo z Jayem-Z, ramię w ramię, z szacunku do „żywych legend”, nie robi tego. Tym samym hamuje swój potencjał. Z drugiej strony, słuchając „Land of the Snakes”, który zawiera sample z kultowego „Da Art of Storytellin’ (Pt. 1)” OutKastu, mam w głowie pytanie: to odwaga cechująca się ponadprzeciętną wyobraźnią czy może jej brakiem?

Dobrze przyjęte Cole World: The Sideline Story nie było wcale innowacyjnym materiałem. Powtarzało znane już wcześniej rozwiązania, ale wielkim atutem twórczości J. Cole’a było pewne solidne rzemiosło. To coś, czego zabrakło na Born Sinner. Album powiela schematy w sposób, który sprawia, że krążek nie tylko nie zapada w pamięć, ale również, nie czuje się potrzeby, by do niego wracać. Zawsze jednak pozostaje debiut i nadzieja, że następnym razem będzie tylko lepiej.

Recenzja: Chrisette Michele Better

chrisette-michele-better-lead

Chrisette Michele

Better (2013)

Motown / Universal


Chrisette who?” ciśnie się na usta po usłyszeniu tego, co zaserwowała nam na najnowszym krążku Michele. Uzupełniła nim zestawienie „przesłuchać i zapomnieć”. Wyjątkowo to rozczarowujące,  zwłaszcza, że artyści zdają się w 2013 kasować na powroty, muzyczne petardy, a i kilku pretendentów do miana „album roku” już by się znalazło. Chrisette niestety w szranki z nimi stawać nie będzie, a szkoda, bo potencjał posiada.

Miało być Better, a wyszło gorzej, monotonnie,  odwrotnie proporcjonalnie, nudno. Przy takim nasyceniu rynku jak obecnie, nie wystarczy już wypuścić solidnie wyprodukowany materiał od strony technicznej. Potrzebny jest element zaskoczenia, nowatorstwo, jakiś smaczek, który zdefiniuje miejsce artysty na muzycznej scenie. Można też podjąć się umiejętnej eksploatacji klasyki, nadania jej własnego sznytu i zagrania na sentymentalnej strunie słuchaczy. Tego wszystkiego tu brakuje. Nie ma nawet jednego porządnego muzycznego kopnięcia, które sprawi niczym Apokalipsa św. Jana, że przez kilka godzin zapętli się go w celu odnalezienia wszystkich wymiarów. Każdy dźwięk jest tak przewidywalny, że równie dobrze mogła go wyprodukować Salome, żądając przy tym głowy każdego współczesnego Jana Chrzciciela, który zbuntowałby się przeciwko panującym zasadom. Grając bezpiecznie Chrisette zgubiła swój jazzowy polot na rzecz poprawnych, szkolnych wokali. W roli dźwiękowej grzesznicy pokroju Marii Magdaleny mogłaby uratować to wydawnictwo. Nawet featuringi, które zazwyczaj mają na celu urozmaicenie materiału, okazały się jedynie wygodnym romansem, o którym nikt nie będzie plotkował tygodniami.

Ustaliwszy, że na grzeszenie nie ma co się nastawiać, porzucić można rolę Heroda i zabawiwszy się w miłosiernego Samarytanina poklepać Michele za profesjonalizm. Cały swój potencjał wyczerpała chyba na teksty, tworząc spójną całość z pozytywnym przekazem. Żyletek do krążka dołączać nie będzie, gdyż obrała kurs dodatni. Same kompozycje w całej przewidywalności również zdają się rządzić prawem naczyń połączonych.  Dosłownie zlewając się prowadzone są całkiem przyjemną linią basu.

Jedyne co pozostało, to nadzieja, że kolejny talent nie pójdzie na kompletne zmarnowanie w przyszłości. Odrobina ryzyka może i kilku zabiła, ale ci, którzy przeżyli, z pewnością nie stoją w jednym rzędzie z tegoroczną Chrisette.

Recenzja: Disclosure Settle

disclosure

Disclosure

Settle (2013)

Universal Island Records

(Na tę płytę czekała masa słuchaczy. Wśród nich byłem ja oraz mój kolega, Herodsky. Żywiołowe dyskusje na temat dotychczasowych singli oraz oczekiwań wobec całego materiału stanowiły fundament naszych spotkań w ostatnich dniach. Piotrek zna tego typu brzmienia od podszewki, ja natomiast – dopiero się w nich rozkochuję. Przedstawiony poniżej przybliżony zapis naszych rozważań nie jest klasyczną formą recenzji. Mam jednak nadzieję, że w pewnym stopniu zarysuje Wam nasz stosunek do nowego albumu Disclosure.) (więcej…)

Recenzja: The-Dream IV Play

The-Dream

IV Play (2013)

Radio Killa/Def Jam

Po dwóch latach zabawy w kotka i myszkę z żonglowaniem datami, tytułami i singlami wreszcie doczekaliśmy wydania czwartego studyjnego krążka The-Dreama — IV Play. Tytuł płyty jest złudny i znamienny zarazem. Z jednej strony w tytułowym numerze na płycie producent/wokalista deklaruje, że (posługując się eufemizmem) „nie dba o grę wstępną” i chce od razu przejść do rzeczy; z drugiej — cały krążek wydaje się być jedną wielką grą wstępną w oczekiwaniu na ten wielki, zapowiadany od lat album.

To niepodważalnie krążek The-Dreama — obfite syntezatorowe harmonie, stylistyczne aluzje do klasycznego R&B, wielopoziomowe melodie budowane przez proste, powtarzane motywy i mnóstwo umiejętnie wykorzystanego vocodera. To schemat, który można zastosować właściwie do któregokolwiek z albumów Teriusa Nasha, a który do tej pory funkcjonował bez zarzutu i z pewnością nadal drzemie w nim spory potencjał. Nie miałoby więc najmniejszego sensu wytykać producentowi, że popełnia pewne autoplagiaty czy że jego brzmienie nie ewoluuje wystarczająco wyraziście. O wielkości tej muzyki zawsze decydowały niuanse — mimochodem wtrącony lekki przebojowy hook, uchwycenie momentu niezobowiązującej zabawy muzyką, czy wewnętrzne antagonizmy przy zachowaniu pozornej integralności.

Tymczasem IV Play wydaje się być pozbawiony jakiejkolwiek subtelności — zarówno w warstwie muzycznej, jak i lirycznej. Nash nigdy nie był mistrzem pióra, ani też dyskrecja nie była jego mocną stroną, ale jego teksty zazwyczaj opiewała pewna doza aluzyjności, która dodawała smaku i charakteru, zazwyczaj pięknie wyprodukowanym, piosenkom. Na nowym krążku Dream jest zdecydowanie bardziej bezpośredni traktując płciowość wulgarnie i obcesowo („I just wanna fuck you, fuck a love song, I need to fuck you” w „Michael”, które w jakiś sposób ma najpewniej nawiązywać do osoby króla popu; czy „Got my left hand on that booty, got my right hand on that pussy” w numerze bezpardonowo zatytułowanym „Pussy”). IV Play jest zdecydowanie bardziej zmęczone niż cokolwiek, co dotąd wyszło spod ręki Dreama; brakuje mu inspiracji i zaangażowania, a niewielkie zróżnicowanie w tempie czy brzmieniu poszczególnych kompozycji skutkuje niemalże godziną mechanicznej monotonii, spośród której, nieśmiało po kilku odsłuchach, wyłaniają się jednak bardziej wartościowe fragmenty.

Przez cały album przewijają się nawiązania do klasycznego R&B początku lat 90. — refren „Where Have You Been” (które nie jest coverem przeboju Rihanny i udziela się w nim wokalnie Kelly Rowland — prezentująca się zresztą na płycie zdecydowanie korzystniej niż jej koleżanka z Destiny’s Child — Beyoncé) ma magiczny potencjał najlepszych rhythm & bluesowych ballad w historii muzyki; zestawienie popowej, syntezatorowej melodii, gitarowej solówki à la wczesne lata 80. i wokali w stylu chopped & screwed w „Too Early” wypada nadzwyczaj atrakcyjne; „Equestrian” z refrenem nawiązującym do znakomitego „Ride” Ciary, mogłoby spokojnie znaleźć się na którymś z klasycznych albumów Jodeci; a najbardziej dynamiczny moment albumu — podwójne „Loving You”/”Crazy” brzmi jak wariacja na wczesnym Justinie Timberlake’u.

W otwierającym krążek „High Art” The-Dream przedstawia swoją muzykę i styl życia jako sztukę wysoką — „I make love to my girl, I get high with my niggaz” — śpiewa w zapętlonym refrenie. Nie ma wątpliwości, że producent wciąż jest zdolny do tworzenia rzeczy, które w istocie będą kształtowały historię muzyki rozrywkowej w XXI. wieku — czy to wielkich popowych przebojów, czy pierwszorzędnie zrealizowanych longplayów. Wydaje się jednak, że ostatnio ustawicznie rozmienia się na drobne, zupełnie tak, jak palenie trawy czy seks to żadna sztuka wysoka.

Recenzja: Daft Punk Random Access Memories

Daft Punk

Random Access Memories (2013)

Columbia

Od wydania ostatniego studyjnego krążka Daft Punk minęło już osiem lat. Nic więc dziwnego, że oczy całego świata ochoczo zwróciły się w kierunku ich nowego albumu Random Access Memories, którego premierę, po wielu dość enigmatycznych zwiastunach, zapowiedziano na tegoroczny maj. (więcej…)

Recenzja: Shuggie Otis Wings of Love

Shuggie Otis

Wings of Love (2013)

Legacy

Shuggie Otis to kolejny, po Rodriguezie (bohaterze nagrodzonego Oscarem filmu Sugarman), wielki zaginiony amerykańskiej muzyki. Otis zadebiutował jako młody chłopak w 1970 roku, a cztery lata później wydał swój trzeci i jak dotąd ostatni krążek Inspiration Information, który w kolejnych dekadach uzyskał status kultowego jako jeden z najlepszych i najważniejszych albumów psychodelicznego soulu. Od tego czasu Otis nagrywał wyłącznie do szuflady, bo niefortunnie wytwórnia Epic zerwała z nim kontrakt. Teraz dzięki Legacy światło dzienne ujrzał podwójny album, na który złożyła się reedycja słynnego Inspiration Information i drugi krążek Wings of Love z niepublikowanymi do tej pory utworami.

Na Wings of Love znajdziemy trzynaście piosenek, powstałych między 1975 a 2000 rokiem. Wszystkie napisane, a w znacznej większości także zagrane, przez samego Otisa, podobnie zresztą jak w przypadku jego studyjnych krążków z lat 70. Wings, choć powstawało przez całe ćwierć wieku, jest osadzone poza czasem — w tej samej funkującej, psychodelicznej stylistyce co ostatnie opublikowane nagrania Otisa z 1974. Artysta na tyle skutecznie oddalił ze swojego muzycznego pola widzenia wszelkie trendy i mody, że nie sposób rozróżnić, który numer oryginalnie powstał w jakim czasie — np. tytułowy 11-minutowy progresywny opus „Wings of Love”, wbrew wszelkim regułom rynku muzycznego, został nagrany dopiero w 1990 roku. Wciąż natomiast odczuwalne jest, że Wings of Love to jedynie kompilacja utworów pochodzących z różnych bajek i wyrażających różne koncepcje. Mimo szczerych chęci, piosenki nijak nie składają się w jeden spójny muzyczny projekt.

Ale nawet pomimo pewnych mankamentów, Wings of Love stanowi niezaprzeczalnie sporą dawkę pierwszorzędnego oldschoolowego funku fantazyjnie zmieszanego czy to z dyskotekowym vibe’m, czy z gitarową psychodelią. Jeśli więc sądzicie, że to Daft Punk będzie najbardziej funkowym krążkiem tego roku, koniecznie posłuchajcie wcześniej Shuggiego Otisa.

Recenzja książki: Mitch Winehouse „Amy, moja córka”

amy

Mitch Winehouse

Amy, moja córka

(2013)

SQN

Gdy pada nazwisko Amy Winehouse trzy skojarzenia są niemal natychmiastowe — genialna muzyka, oryginalny image i… narkotyki.  Wszystkie te elementy znajdują swoje miejsce w Amy, moja córka. Jest to opowieść snuta przez osobę najbliższą, a jednocześnie najmniej obiektywną, czyli Mitcha Winehouse’a — ojca tej muzycznej ikony. Zarzuca się mu, że pisząc tę biografię miał na celu dorobienie się fortuny kosztem tragicznie zmarłej córki, lecz mało kto wie, że dochody ze sprzedaży przeznaczone są w całości na wsparcie pośmiertnie założonej fundacji imieniem Winehouse. Skoro już niektórzy pokusili się o rzucenie kamienia w stronę autora, czas otworzyć książkę, którą przysłowiowo ocenili po okładce.

Być może Amy, moja córka nie jest przykładem literatury z najwyższej półki, a środki stylistyczne i kunszt literacki autora  miejscami pozostawiają wiele do życzenia, ale powiedzmy sobie szczerze — Mitch nie jest pisarzem. Sposób prowadzenia narracji wprowadza miejscami monotonię, jednak życiorys Amy nie pozwala zasypiać na długo i już za chwilę następuje dramatyczny zwrot akcji, który czasami szokuje, a czasami wzrusza. Momentami mam jednak wrażenie, że całość jest bardziej pamiętnikiem zrozpaczonego i chwilami bezradnego ojca, a mniej biografią zagubionej duszy. Spodziewany brak obiektywizmu można uznać za powód, dla którego cała wina za uzależnienie Amy od narkotyków zrzucona została na jej męża Blake’a.  Wymarzonym materiałem na drugą połówkę nie był, fakt, ale zabrakło mi wnikliwszej analizy samego procesu uzależniania. Stwierdzenie „okazało się, że jednak brała od dłuższego czasu” w tej całej dramatycznej historii wydaje się być niewystarczające.

Jednym z ciekawszych punktów biografii są opowieści o inspiracjach i procesie tworzenia muzyki. Dostajemy swoiste behind the scenes powstawania takich przebojów jak „Rehab” i poznajemy kolejne momenty, które kształtowały awangardowy image artystki. Nie zabrakło również rodzinnych wzlotów i upadków oraz dużej dawki tego, co tworzy fundament całości, czyli relacji ojciec-córka. Odrobina światła rzucona na brukowcową „prawdę” pozwala zapomnieć o skandalach i skupić się na tym co działo się we wnętrzu tej drobnej, zagubionej dziewczyny. Dzięki książce odkrywamy, że muzyka była dla niej nie tylko sposobem wyrażania siebie, ale również swoistym katharsis i najlepszą terapią odwykową.

Nie mamy tu do czynienia z dziełem na miarę trzynastozgłoskowca, ale przecież nie taki był zamysł autora. Dostajemy za to zmieniające się niczym slajdy obrazy z życia nieodżałowanej gwiazdy, której oblicze staje się coraz bardziej ludzkie.

Recenzja: The Delfonics Adrian Younge Presents the Delfonics

The Delfonics

Adrian Younge Presents the Delfonics (2013)

Wax Poetics

Po Adrianie Youngu, producencie młodego pokolenia, z duszą twórcy osadzoną głęboko w czasach minionych, można było spodziewać się czegoś wyjątkowego. Żadnego kiczowatego umieszczania artysty starej daty w dźwiękowych realiach współczesności tu nie znajdziemy. Jest za to oryginalna interpretacja brzmienia, które stylizowane jest na nutę z przeszłości.

Cała płyta nie przypomina wprawdzie ostrego funkowego brzmienia z lat 60. i 70., które promowali w awangardowy sposób Delfonics. Ma jednak cechę wspólną z tamtymi albumami – jest świetnie wyprodukowana. Adrian Younge podchodzi do produkcji z odpowiednim pietyzmem i dopieszcza swoje dzieła, w czym przypomina Williama Harta. Brał udział w pisaniu pięciu z trzynastu utworów oraz zagrał partie na niezliczonej liczbie instrumentów. Umieszczając krystalicznie czysty falset Harta, na swoich kompozycjach, nadał im wyjątkowo osobliwego i ekscentrycznego charakteru. Wszystko za sprawą użycia tak rzadkich instrumentów jak elektryczny sitar, dzwoneczki orkiestrowe czy klawesyn. Hart jest jedynym członkiem z legendarnego składu i cały album wyśpiewuje sam. Można powiedzieć, że każdy z panów jest świetny w swoim rzemiośle solo, jednak połączeni na studyjnych ścieżkach tworzą harmonijny duet.

Ze względu na swoje unikalne brzmienie, nie jest to soul łatwy do słuchania. Niebezpieczny to grunt, kiedy młody artysta bierze się za bary z reputacją uznanego wykonawcy, która jest niepodważalna. Jednak Younge bardzo umiejętnie przekształcił brzmienie Delfonics i wprowadził je na nieodkryte dotąd pole. Rozczaruje się ten, kto myślał, że usłyszy odświeżoną wersję filadelfijskiego zespołu, pełną łagodnych uniesień. Jest to autorskie podejście, na które lider The Delfonics przystał i wyznacza nowy trend w projektach tego typu.