rosalia

Nowy teledysk: James Blake feat. Rosalía „Barefoot in the Park”

Najnowsze wydawnictwo Jamesa Blake’a tworzą przede wszystkim zaproszeni goście. Jednym z najciekawszych punktów na Assume Form jest nagrane wspólnie z Rosalíą „Barefoot in the Park”. Jej hiszpańskie zaśpiewy spychają w cień pomrukującego w tym języku Brytyjczyka. W wideoklipie magiczny realizm spotyka teorię wszystkiego. Otwierające utwór dźwięki jak z sennego koszmaru prowadzą do spaczonego obrazu stojących w płomieniach aut. Połączeni flasbackiem James Blake i Rosalía podążają wymarłymi uliczkami. W mieście dzieci wyjętym jak z Florida Project mijają ich duchy przeszłości…

Rosalía chce latać wyżej

Reggaetonowym samolotem — przynajmniej w nowym utworze i teledysku do wypuszczonego wczoraj wieczorem nagrania „Con altura”. Rosalía porzuca w nim nowe flamenco dla tanecznego reggaetonu i przy pomocy J Balvina i El Guincho, który pomógł jej wypracować unikalny styl na zeszłorocznym krążku El mal querer, burzy zrównoważone połączenie klasycznej piosenki latynoski, alternatywneg R&B i reggaetonu, redukując wymowny repetytywnie recytowany refren „Malamente” do średnio elokwentnego braggadocio, celującego za to w światowe listy przebojów. Gdzie wyląduje ten samolot? A może spadnie przedwcześnie do morza i z reggaetonowej płyty Rosalii nic nie wyjdzie? Jesteśmy ciekawi, tak samo jak wy.

Press Play #27: 13 lat Soulbowl

W ostatni piątek naszej stronie stuknęło 13 lat! O tym, jak to się wszystko zaczęło, rozpisywaliśmy się (być może za bardzo) w serii artykułów przed 6 laty. Tym razem postanowiliśmy reaktywować starą kolumnę Press Play, w której zwykliśmy się dzielić swoimi aktualnymi muzycznymi fascynacjami, łącząc przeszłe zajawki z naszą pracą na stronie. Trochę egocentrycznie, ale bez narcyzmu, przedstawiamy płyty, których nie poznalibyśmy, gdyby nie Soulbowl.pl.


Love vs. Money

The-Dream

Radio Killa

Soulbowl powstał w 2006 roku, ale potrzeba było trochę czasu, by nasza niezobowiązująca zajawka zaczęła nabierać bardziej określonych kształtów — wpisały się w nie m.in. recenzje premier płytowych, które z różną częstotliwością i skutkiem pojawiają się na naszych łamach do dziś. Tekstem, który w moim przekonaniu niejako tę epokę otworzył, była recenzja Love vs. Money The-Dreama sprzed (niemal równo) dziesięciu lat. Wówczas nie miałem świadomości, ale jak miało się okazać w kolejnych lata, to także album, który ukierunkował moje muzyczne zainteresowania i wyznaczył pewien (dość wygórowany) standard dla produkcji współczesnego R&B w ogóle. Bo pod tym względem — dbałości do detale, kreowaniu kilku różnych muzycznych planów jednocześnie i przechodzeniu pomiędzy nimi w obrębie kompozycji, odtworzenia na nowym muzycznym polu koncepcji cyklu piosenek (znanej choćby z What’ Going On Marvina Gaye’a, a ostatnio nadającej pęd najnowszemu krążkowi Solange) — Love vs. Money nie ma sobie równych. Ale to też solidna emocjonalna przeprawa — kompetentne i nieoczywiste rozwinięcie starego jak świat światem dylematu — miłość czy pieniądze. W tym kontekście jednak archetypowe rozterki w muzyce popularnej, historia kariery samego Dreama, moje potyczki z jego dyskografią czy nawet kondycja muzyki R&B są cokolwiek drugorzędne. Dziś w centrum stawiam raczej nieprzewidywalność — pamiętam doskonale ten moment, kiedy kreśliłem recenzję płyty Dreama przed 10-cioma laty — wtedy pod wpływem mojej chyba pierwszej krytycznej przeprawy wyrósł w moich oczach na bohatera sceny, ale nie mogłem spodziewać się, że jego płyta nie tylko zdefiniuje na nową moją percepcję muzyki i w ciągu kolejnej dekady wyrośnie w moich oczach na najznakomitszą pozycję w bogatej historii gatunku. Nie mogłem się też wówczas spodziewać, że 10 lat później Soulbowl — lepione jednak po amatorsku z żywej zajawki i dobrych chęci grupy pasjonatów — przetrwa próbę czasu i będę mógl podzielić się z wami w tym artykule tą spontaniczną, szczerą refleksją.— Kurtek


Section.80

Kendrick Lamar

Top Dawg

Kendrick Lamar – Section.80
2011 był dla mnie rokiem wyjątkowym — nie tylko dlatego, że dołączyłem do zespołu soulbowl.pl. To był niezwykły rok dla muzyki, przynajmniej dla tej czarnej. Obecny stan muzycznego rozkładu sił, to znaczy dominacji hip hopu i r&b nad wszystkimi innymi gatunkami, to efekt rozpoczętej wówczas wymiany pokoleń. W czasie gdy po swoje zaczynał iść trap, cloudowy A$AP Rocky zacierał granice między przeszłością a przyszłoscią, Tyler the Creator czy Lil B zacierali granice między powagą a szaleństwem, Drake przekonywał coraz więcej osób do ostatecznego rozliczenia się ze stereotypem groźnego rapera-gangstera, to na mapie współczesnego r&b znaczenia nabrały takie postaci jak The Weeknd, Frank Ocean i James Blake. W centrum całej tej masy krytycznej dostrzec można było skromnego (ale czy na pewno?), sympatycznego (ale czy na pewno?) chłopaka z Compton. „K-Dot nagrał album, po którym na pewno zrobi się o nim głośno w całej Ameryce.” – tak pisałem w jednej z moich pierwszych, bardzo słabych recenzji na Misce. Ale prognoza była trafiona, Kendrick jest dziś gwiazdą wielkiego kalibru, cholernie sprawnie godzącą ze sobą sukces komercyjny i artystyczny. Emocje związane z kolejnymi odsłuchami „A.D.H.D”, „The Spiteful Chant”, czy „Keisha’s Song (Her Pain)” nakręcały mnie wówczas jak mało co, podobnie jak ukryty featuring na Take Care Drake’a, albo każde nowe doniesienie na temat już przygotowywanego pod okiem Doctora Dre good kid, m.A.A.d city. Bez tego krążka nie byłbym sobą — człowiekiem tak bardzo lubiącym zarażać innych fascynacją kierowaną na współczesną muzykę, jako że może mieć ona jeszcze coś tam ciekawego do zaoferowania. — Chojny


Section.80

Kendrick Lamar

Top Dawg

W 2011 roku ksywka Lamara, choć jeszcze mało znana, zaczęła pojawiać się tu i tam coraz częściej. Jako fan rapowej klasyki w tamtym czasie sporadycznie sięgałem po rzeczy nowsze niż z końcówki lat 90., jednak porównania Kendricka do Tupaca sprawiły, że zrobiłem wyjątek. Oczywiście zacząłem od wydanego kilka miesięcy wcześniej Section.80. Ku mojemu zdziwieniu album nie miał w sobie praktycznie nic z zachodniego wybrzeża, które znałem. Sam Lamar odbiegał również od pozy gangstera, a tekściarski kunszt zdawał się czerpać z przeciwnego końca Ameryki. W dodatku te jazzowe beaty w „Rigamortis” i „Ab-Soul’s Outro”. Dalszą historię Lamara już znacie. I chociaż przez niemalże dekadę K-Dot zdążył wydać już o wiele lepsze wydawnictwa, to bardzo lubię wracać do Section.80. Było to dla mnie wprowadzenie nie tylko do ekipy TDE, ale także do całej ówczesnej nowej rapowej fali. Dzięki Misko!— Mateusz


A Seat at the Table

Solange

Columbia

Kiedy zaczynałam swoją soulbowlową przygodę, byłam zatwardziałą hiphopową głową, której zainteresowania ledwo wychodziły poza dyskografię A Tribe Called Quest i polskich najpopularniejszych raperów. Przez te dwa lata zdecydowanie złagodniałam, a hip-hop ustąpił neosoulowym brzmieniom czy R&B. Zastanawiałam się nad wyborem, bo soulbowl nauczył mnie takich wykonawców jak SZA, Frank Ocean czy Janelle Monae. Jednak płytą, która zdecydowanie przełamała lody, było A Seat at the Table — subiektywnie, jeden z najlepszych albumów ostatniej dekady. To wzruszające, subtelne dzieło, którym Solange na stałe wpisała się w kanon moich ulubionych artystów. To celebracja kultury Afroamerykanów i kobiecej siły. I tried to run it away. Thought then my head be feeling clearer . I traveled 70 states. Thought moving around make me feel better. – „Cranes in the sky” zawsze porusza tak samo. Tydzień po premierze When I Get Home, a ja wciąż nie mogę uwolnić się od A Seat at the Table.— Polazofia


El mal querer

Rosalía

Sony

Gorący występ na rozdaniu MTV European Music Awards i coś z grzesznej przyjemności hiszpańskich telenoweli. Rosalía to kwintesencja współczesnego, perfekcyjnego popu, muzyczny fenomen. Czerpie garściami z tradycji flamenco i łączy ją z nowoczesnym R&B – działa podobnie jak Soulbowl. Dokonujemy starannej selekcji między starym a nowym, nie zapominamy o legendach i klasykach gatunku i szukamy wciąż nowych, wartych odsłuchu brzmień, którymi się z Wami dzielimy. — Ibinks


Channel Orange

Frank Ocean

Def Jam

Dekadencki obraz młodzieży, ignoranckiej klasy wyższej, narkotyków, seksu, toksycznych lub przelotnych relacji, w tym autotematyczny wątek uczucia do innego mężczyzny; synestetyczny motyw lata i nieodwzajemnionej miłości. Channel Orange to kompozycje oparte na popowych, a jednocześnie niebanalnych liniach melodycznych z wykorzystaniem żywych instrumentów. Album przełomowy zarówno dla gatunku, jak i środowiska. Dzięki niemu Frank Ocean z powrotem wniósł neo soul na wyższy poziom, dokonał znaczącego coming outu na scenie hip-hopowej oraz stał się inspiracją dla kolejnych artystów.— Klementyna


Priscilla

JMSN

White Room

Gdy wśród redaktorów Soulbowla, padł pomysł stworzenia Press Play’a dotyczącego albumów, których nie poznali byśmy, gdyby nie Miska, ogarnęła mnie lekka panika, bo jak tu wybrać tylko jeden krążek? Po chwili namysłu przyszedł mi do głowy artysta, którego w gruncie rzeczy, Soulbowl mocno w naszym kraju spopularyzował. Chodzi o JMSN-a i jego debiutancką płytę Priscilla. Premiera albumu w 2012 roku zbiegła się ciężkim okresem w moim życiu. Pamiętam to jak dziś, przeczytałam na Soulu recenzję tej płyty, zaczęłam jej słuchać i uznałam, że jest całkiem w porządku. Jak na kiełkującą wtedy estetykę alt r’n’b zapowiadało się całkiem nieźle. Przyznaje, nie była to głęboka miłość od pierwszego przesłuchania. Dałam Priscilli trochę czasu. Niedługo potem, podczas wielu bezsennych nocy, które mnie w tamtym okresie dręczyły, ponownie przystąpiłam do odsłuchu debiutu JMSN’a. Staring out the window, Waiting for life to stop, Cause everything I been through, Never seems to let up — i dokładnie to w tym momencie robiłam. Była jakaś 4 rano, za oknem lekko świtało, deszcz bębnił w okno. Klisza i banał, scena jak z kiczowatego melodramatu, ale w tamtym momencie było mi to niezbędne. To, co przekazywał w swoich tekstach Christian, to w jaki sposób układał melodie, dodawał instrumentalne smaczki sprawiło, że w tamtym momencie poczułam się bezpiecznie. Jego muzyka i szczera prostota tekstów, dziwnym trafem, potrafiła podnieść mnie na duchu. Nałogowo słuchałam tego krążka. Pomyślałam, jak fajnie, że jest takie miejsce, że są tacy ludzie, którzy odkrywają przede mną i innymi, znakomitą muzykę i genialnych artystów. Parę lat później broniłam pracę licencjacką, która dotyczyła między innymi promocji muzyki urban przez Soulbowl. Ani się obejrzałam jak po castingu na redaktora udało mi się pod szyldem Miski pisać. Myślę, że to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Są ludzie, którym po prostu chce się promować dobrą muzykę. Obyśmy robili to przez wiele kolejnych lat!— Pat

Rosalía fetyszyzuje motocykle i cytuje Aguilerę

Płonące wiatraki, szybkie motory i Rosalía z hiszpańską wokalizą na ustach i w stroju, który nie może nie przypominać klasycznej stylizacji Christiny Aguilery z klipu do „Dirrty”. Z pomocą Diany Kunst i Mau Morgó piosenkarka zwizualizowała właśnie „De aquí no sales” z jej znakomitego zeszłorocznego krążka El mal querer, w którym już na poziomie dźwięków flamenco nuevo spotykało „Gasolinę” Daddy’ego Yankee sfetyszyzowaną w wydaniu glitchowego field recordingu. Całość płonie żywym ogniem nie mniej niż wiatrak z teledysku. Nie przegapcie!

André 3000, Travis Scott, Rosalía na nowym albumie Jamesa Blake’a

James Blake właśnie podzielił się szczegółami dotyczącymi zapowiedzianego już jakiś czas temu następcy The Colour in Anything. Assume Form, czwarty album studyjny Brytyjczyka, ukaże się 18 stycznia. Na płycie znajdzie się 12 utworów, w tym m.in. opublikowane rok temu „Don’t Miss It”. My nie możemy się doczekać, zwłaszcza, że wśród gościnnie zaproszonych wykonawców pojawią się Metro Boomin, Travis Scott, Rosalía, Moses Sumney i André 3000, a ostatnie prace artysty brzmią coraz ciekawiej!

1. „Assume Form”
2. „Mile High” (feat. Travis Scott & Metro Boomin)
3. „Tell Them” (feat. Moses Sumney & Metro Boomin)
4. „Into the Red”
5. „Barefoot in the Park” (feat. Rosalía)
6. „Can’t Believe the Way We Flow”
7. „Are You in Love?”
8. „Where’s The Catch?” (ft. André 3000)
9. „I’ll Come Too”
10. „Power On”
11. „Don’t Miss It”
12. „Lullaby for My Insomniac”

Rosalía z liturgią w „Bagdadzie”

Jeśli mieliście już okazję przesłuchać rewelacyjny tegoroczny krążek Rosalii El mal querer, na którym piosenkarka wraz z El Guincho łączą nowe flamenco i współczesne R&B, najpewniej „Bagdad” zabrzmiał wam znajomo — przynajmniej w części, bo duet posłużył się w nagraniu interpolacją z „Cry Me a River” Justina Timberlake’a. Wszystko oczywiście po hiszpańsku i w klimacie krążka. Sam numer trafił zresztą na siódme miejsce hiszpańskiej listy przebojów bez żadnej promocji zaraz po wydaniu „El mal querer”. Nic więc dziwnego, że postanowiono zwizualizować go teledyskiem i wydać jako czwarty oficjalny singiel. W nowym klipie wokalistka najpierw tańczy na rurze w blond peruce, by następnie (dosłownie) utopić się we własnych łzach w barowej toalecie. Jest w tym wszystkim oczywiście pewna mistyka stosowna brzmieniu i napięciu samej piosenki. Koniecznie zobaczcie!

Recenzja: Rosalía El mal querer

Rosalía

El mal querer (2018)

Sony

Jeżeli chcielibyśmy przyglądać się Rosalíi z perspektywy zeszłorocznego solowego debiutu Los Ángeles, prawdopodobnie musielibyśmy być prawdziwie zafascynowani tradycyjną muzyką Hiszpanii, żeby się na tej płycie odnaleźć. To album przesiąknięty dostojeństwem i powagą flamenco, które potrzebują należytego zapału i uwagi słuchacza, a w ostateczności trafiają do nielicznych.

Żeby zaś porwać tłumy, trzeba prawdziwego ognia. Chcecie ognia? Macie ogień! El mal querer, podobnie jak poprzednik, obfituje w temperamentne utwory. Tu jednak flamenco stanowi jedynie punkt wyjścia do dekonstrukcji, pretekst do nieskrępowanej zabawy współczesnym popem i R&B. To gra na autorskich zasadach, ale proste rozwiązania raczej nigdy nie szły w parze z firmą Rosalía Vila Tobella (sprawdźcie jazzowy kolektyw Kejaleo, z którym pracowała, mając 19 lat). Na drugim solowym albumie idzie z nią za to w produkcyjnej parze El Guincho, co dało najlepsze dzieło w życiorysach obojga.

Tym co do El mal querer przyciąga już na starcie, są detale. Ktoś tu chciał mocno wpłynąć na wyobraźnię słuchacza i uczynić koncept płyty zaczerpnięty ze średniowiecznego romansu namacalnym. Elementy flamenco mają więc interesujące towarzystwo sampli z terenu, jak dźwięk tłuczonego szkła czy odgłosy walki białą bronią. Najbardziej zaskakującym i charakterystycznym z nich jest rytm nadawany przez natarczywy warkot motocykla w „De aquí no sales” (pozdrawiam ludzi zafascynowanych słuchaniem samochodowych silników; nareszcie rozumiem).

Niemniej ciekawe są partie wokalne. Rosalía nie śpiewa solo, ale to ona nadaje ton. I jest to obecnie jedna z bardziej niezwykłych wokalnie produkcji; także przez sposób obróbki. Partie śpiewu to w rzeczywistości mozaiki, wiodące od melodyjnych, gardłowych pasaży do wykrzyknień czy poszatkowanych, polifonicznych fragmentów. Kolorytu dopełniają sample, trap i wystukiwane czy wyklaskiwane rytmy. Nie sposób zresztą zapomnieć barwy głosu Rosalíi — niby kruchej, ale mocnej i niskiej. Nawet auto-tune wydaje się stworzony wyłącznie do wydobycia siły jej wokalu.

El mal querer to album pełen ornamentyki wplecionej w masowy kontekst. Ale już singlowe „Malamente” zwiastowało, że nie może być mowy o standardowym wydawnictwie na skraju popu i R&B z odrobiną flamenco, mimo wyraźnie słyszalnych inspiracji. Mamy ich na płycie sporo. Większość z was pewnie zdążyła już rozpoznać cytat z „Cry Me a River” w „Bagdad” (przechodzącego niepostrzeżenie w utwór pokroju hiszpańskiej wariacji na temat „Like a Prayer” Madonny), internet odkrywa też kartę z fragmentem utworu Arthura Russella. Sama artystka wspomina, że „Di mi nombre” to tekstowy hołd dla „Say My Name” Destiny’s Child, słychać też nawiązania do future gospel spod znaku Jamesa Blake’a. Pod względem środków wyrazu Rosalía plasuje się jednak gdzieś bliżej Björk z czasów Post. Tak jak Islandka łączy niecodzienną, pełną skrajności wrażliwość z eksperymentatorskim rozmachem, momentami bliskim patosowi.

Mnie osobiście wciąż brakuje na El mal querer czegoś, czego nie jestem w stanie doprecyzować, a co czyniłoby tę płytę lepiej zapamiętywalną jako całość. Być może użyta formuła nie jest tak przepastna, jak się wydaje. Mimo to wśród rewolucjonistów muzyki komercyjnej, gdzieś między glitchowymi połamańcami a rozpanoszonymi na dobre tropikalnymi wpływami, Rosalía zdecydowanie kroczy w tym momencie najodważniejszą ścieżką. Czyni to z wielkim wyczuciem i świadomością. Miejmy nadzieję, że nie pozostanie sezonową ciekawostką, choć pogłoski o współpracy z Arcą raczej na to nie wskazują. I dobrze, bo — parafrazując ostatnie dyskusje o polskich wyczynach fonograficznych — to jest pop, jakiego dziś potrzebujemy.

Janet Jackson i Rosalía z występami na MTV Europe Music Awards 2018

Już przed kilkoma dniami, w minioną niedzielę w hiszpańskim Bilbao odbyła się tegoroczna ceremonia wręczenia statuetek MTV Europe Music Awards 2018. Najwięcej, bo aż cztery nagrody zdobyła dla Cameli Cabello „Havana”, a Janet Jackson uhonorowano wyróżnieniem Global Icon. Z tej okazji piosenkarka pojawiła się na scenie i wykonała jej najnowszy wakacyjny singiel „Made for Now„, w który wplotła fragmenty „Rhythm Nation” i „All for You”. Choć w występ włożono sporo pracy, dopracowując każdy szczegół, sceną zawładnęła tego wieczoru Rosalía — objawienie hiszpańskiego flamenco R&B. Piosenkarka wydała w ostatni piątek znakomity longplay „El mal querer”, który, nie mamy wątpliwości, jeszcze przed końcem roku trafi na listy najlepszych płyt 2018 i pod strzechy bardziej świadomych słuchaczy z całego świata. Ogarnijcie oba występy i przemowę Jackson poniżej.

#FridayRoundup: Action Bronson, Rosalía, H.E.R., Vince Staples i inni

W tym tygodniu wjeżdżamy na bogato, ponieważ mamy dla Was aż dziesięć premier, po których najszczęśliwsi powinni być przede wszystkim fani hip-hopu, ale jak zwykle znaleźliśmy również trochę neo-soulu, jazzu a nawet szczyptę klimatycznego downtempo.

(więcej…)

Rosalía z kolejną odsłoną autorskiego flamenco-R&B

U la la! Po odsłuchu zeszłorocznej klasycznej płycie Rosalíi nie sposób było spodziewać się po niej takiego nowego otwarcia w tym roku! Najpierw przyszły duety z C. TanganąJ Balvinem, a następnie już sygnowana własnym nazwiskiem współpraca z El Guincho w „Malamente” — pierwszym singlu zwiastującym nowy projekt piosenkarki. Teraz otrzymaliśmy wcale nie mniej ujmujący drugi utwór z krążka — „Pienso en tu mirá” równie zręcznie łączący flamenco pop z nową falą R&B i lekko reggaetonowym, choć w tym przypadku jednak bardziej bitowym, zacięciem. Niezależnie od na wpół rapowanych zwrotek „Pienso en tu mirá” ożywa w tradycyjnie piosenkowym refrenie, który przenosi materię znaną z ostatnich płyt Natalii Lafourcade na zupełnie nowy poziom. Klasa!