ruby yacht

Recenzja: Milo Budding Ornithologists Are Weary of Tired Analogies

Milo

Budding Ornithologists Are Weary of Tired Analogies (2018)

Ruby Yacht

Minęło już sporo czasu od mojego kontaktu z rapem Milo, a i w życiu samego rapera zmieniło się dosyć dużo: dołączenie do labelu Hellfyre Club, opuszczenie go, otworzenie własnego pod nazwą Ruby Yacht oraz narodziny dziecka. Ostatnie wydarzenie spowodowało, że zacząłem się zastanawiać, jak będzie wyglądała jego muzyka, czy stanie się bardziej przystępna dla ogółu, czy może Milo nadal twardo będzie realizował swoją wizję rapu. Raper wybrał tę drugą opcję, w której jak sam uważa, osiągnął już mistrzostwo, a swoje albumy mianuje arcydziełami. Styl, który Rory nieskazitelnie uformował to ciężko przyswajalna forma rapu, w której nawiązania do gier wideo przeplatają się z tymi do filozofów i nierzadko do zrozumienia wersów jest potrzebny wujek Google, co trochę przeczy słowom, że przekazuje skomplikowane treści w prosty sposób. Bardzo się cieszę, że w świecie opanowanym przez earwormy istnieje miejsce dla Milo, który stoi w opozycji i wymaga od słuchacza poświęcenia trochę więcej uwagi niż zwykle, tym samym powodując, że jego zwykle około półgodzinne krążki potrafią trwać więcej niż dwupłytowe wydawnictwa.

Na tegorocznym albumie raper prezentuje nam się w laid-backowej formie, gdzie swoim wypłukanym z entuzjazmu głosem wypluwa linijki w quasi-energicznym stylu. Mając w pamięci zeszłoroczny album, spodziewałem się trochę żywszej płyty, a tutaj pierwsze skrzypce grają jednak jazzujące bity, które tworzą dla gospodarza zadymione tło. W liryce, chociaż sprawia czasami wrażenie chaotycznej, być może nawet pisanej na siłę, można jednak dostrzec metodyczne dobieranie słów przez człowieka spędzającego całe dnie w bibliotece w poszukiwaniu odpowiedniego rymu. Niestety połączenie tych dwóch składników kompletnie na mnie nie działa. Po przesłuchaniu całej płyty w głowie zostały mi może trzy momenty godne zapamiętania i były to utwory wyprodukowane przez gospodarza, gdzie w pojedynkę bawi się formą, nie pozwalając, żeby nużąca forma spoken wordu pozwoliła zapomnieć o utworze na chwilę po jego wyłączeniu. Na poprzednim wydawnictwie to same flow, ale położone na żywszych produkcjach, skutkowało tym, że album w ogólnym odbiorze wydawał się bardziej dynamiczny pomimo takiego samego bagażu lirycznego.

Jeśli wierzyć raperowi, mamy tutaj do czynienia z ostatnim albumem wydanym pod aliasem Milo, choć dla mnie jego dyskografia zamknęła się już rok temu. Nie uważam, żeby twórczość Milo odcisnęła po sobie piętno jak na przykład dyskografia MF Dooma (do którego raper tak często nawiązuje), ale warto sprawdzić ją chociażby, żeby skontrować dwie szkoły rapu: aktualnie popularną — nastawioną raczej na easy listening i tę drugą, może nie tyle co przestarzałą, co zdecydowanie rzadziej już uprawianą — skupioną na warstwie lirycznej.