The Babysitters

Najpopularniejszy spośród niepopularnych albumów

Najpopularniejszy spośród niepopularnych albumów

Najpopularniejszy spośród niepopularnych albumów: The Baby Huey Story

Zebraliśmy się tutaj wszyscy, ponieważ w równym stopniu kochamy muzykę soul, prawda? Tylko czy potrafimy bez chwili zawahania wskazać punkt na osi czasu, w którym nastąpił początek tego wspaniałego gatunku? Datę premiery singla, bez którego być może nigdy nie poznalibyśmy Beyoncé, Eryki Badu czy nawet Kanyego Westa? Wbrew pozorom nie stoi za tym Ojciec Chrzestny Soulu, choć niewątpliwie niejedna pozycja z katalogu Jamesa Browna przysłużyła się rozwojowi muzyki duszy. Soul miał też swój Rapper’s Delight, ale piętnaście lat wcześniej. Został umownie zapoczątkowany w 1964 roku przez A Change Is Gonna Come, którego autorem był Sam Cooke. Epokowy, przełomowy (nie tylko dla jednej z odnóg muzyki) i ponadczasowy utwór, który — co nie może dziwić — doczekał się na przestrzeni lat mnóstwa reinterpretacji. Jedna z barwniejszych wersji, bardziej wyrazistych i znacznie różniących się od oryginału pochodzi z albumu The Baby Huey Story: The Living Legend.

Ostateczny kształt debiutu Baby Huey’a na zawsze pozostanie zagadką

Album ten to ponad czterdzieści minut doskonałej muzyki, którą zamknięto w ośmiu nagraniach. Nie trzeba więc być matematycznym bystrzachą, aby wiedzieć, że można się spodziewać tego, co misie lubią najbardziej, czyli długich i rozbudowanych aranżacyjnie utworów. Oczywiście nigdy nie otrzymalibyśmy płyty tak idealnie wyważonej pomiędzy soulem a funkiem z rockowym rodowodem, gdyby nie sprawca całego zamieszania — Baby Huey. Tak naprawdę nazywał się James Thomas Ramey i nie dożył nawet swojego pełnoprawnego debiutu, którego historia jest tak niejednoznaczna, że z całą pewnością nie można o niej powiedzieć, że była próbą typowego wypełnienia kontraktu. Aż chciałoby się zacząć od zebrania muzyków sesyjnych w studio, a skończyć na dystrybucji krążka w najlepszych sklepach muzycznych.

Prawdę mówiąc, The Baby Huey Story: The Living Legend to jedyna szansa na przekonanie się, z jaką skalą talentu mogliśmy mieć do czynienia. Trudo w świecie muzyki soul znaleźć bardziej niedocenioną i tragiczną postać. Ramey zmagał się z problemami zdrowotnymi. Z ich powodu w pewnym momencie ważył 160 kg. Muzyka była naturalną ucieczką od wszelkich kompleksów i zmartwień, lecz możemy sobie tylko wyobrażać, ile dodatkowych z nich stwarzało koncertowanie. Mimo to przekornie przyjął pseudonim po gigantycznym, acz sympatycznym kaczątku z kreskówki Paramount Pictures. Przyjaźnił się z Jimim Hendrixem i niestety podzielił jego los. Toczył nierówną walkę z uzależnieniem od heroiny, przerwaną przez zawał wywołany przedawkowaniem. Jego zwłoki znaleziono w pokoju motelowym w Chicago. Skończył 28 lat, lecz na zawsze zagadką pozostanie ostateczny kształt jego debiutu, nie zdołał bowiem nigdy go dokończyć. Być może rozwiązanie mógł znać sam Curtis Mayfield, który najpierw zakontraktował Rameya, a później został producentem jego dzieła. Jak to się w ogóle stało, że muzyk o znaczącej już wtedy pozycji na scenie wyciągnął dłoń do z pozoru nieznanego artysty?

Najpopularniejszy spośród niepopularnych albumów: The Baby Huey Story

zdj. Ujmę To Tak

Baby Huey w wieku 19 lat przeprowadził się do Chicago i pracował jako piosenkarz w kilku lokalnych zespołach. W 1963 roku został współzałożycielem The Babysitters, w którego skład wchodził jeszcze gitarzysta Johnny Ross oraz klawiszowiec i trębacz Melvyn „Deacon” Jones. Panowie nieźle sobie poużywali w chicagowskich klubach, podobnie jak kilka lat wcześniej macierzysta formacja Mayfielda — The Impressions. Co prawda The Babysitters wydali kilka singli, ale znani byli głównie z koncertów. Ich jakość zaprowadziła zespół na małe paryskie sceny. Stało się to przez zaproszenie przez członka wpływowej rodziny Rothschildów. Tak czy inaczej występy w Paryżu zaowocowały wyróżnieniem w magazynie Vogue. Pod koniec lat 60. James wraz z kolegami zafascynowali się twórczością Sly & The Family Stone. Nic dziwnego, że ich repertuar zaczął podążać w stronę psychodelicznego funku. Podczas jednego z wieczorów pod sceną obecny był aranżer Curtom — wytwórni należącej do Curtisa Mayfielda. Materiał tak bardzo mu się spodobał, że nazajutrz zaciągnął do klubu samego właściciela. Tym aranżerem był Donny Hathaway, na tym etapie wiadomo więc było, jakie brzmienie miał obrać pełnoprawny album grupy. A może solowy debiut Rameya? Ponoć Curtis był zainteresowany podpisaniem umowy wyłącznie z Jamesem, a po jego śmierci w celu ukończenia płyty, członków The Babysitters zastąpił muzykami sesyjnymi z Curtom Records.

Porcja osobliwej muzyki, którą prędzej czy później warto poznać

„Listen to Me” skomponował bliżej nieznany Michael Johnson. Gospodarz na wstępie ładnie się przedstawia i każe po prostu się posłuchać, słuchamy więc z zaciekawieniem, co ma do powiedzenia. Utwór idealnie oddaje charakter pozostałych. Psychodeliczny soul łączy się z rockiem, gitary z dęciakami, a wszystko to spaja Baby Huey i jego chropowaty głos. Sam zdążył napisać na swoją płytę tylko dwie kompozycje — obficie zaaranżowany i zainspirowany wczesnym Jamesem Brownem numer „Mama Get Yourself Together” oraz „One Dragon, Two Dragon” będący idealnym zamknięciem albumu, a zarazem instrumentalnym popisem świty Mayfielda — podobnie jak „California Dreamin'”, w którym chyba najbardziej słychać jego rękę — cover jednego z najsłynniejszych nagrań na świecie, który dopiero po kilkunastu sekundach przywołuje skojarzenia z oryginałem. Dominujący flet, podkreślany raz po raz przez sekcję dętą, wywołuje w słuchaczu niezwykle silne emocje. Wszystkie peany do wygrywania życia przez współczesnych hip-hopowców wybrzmiewają z niego bez żadnych słów. Można go podawać jako substytut antydepresantów. „Hard Times” to z kolei gorzka pieśń o strachu przed wyjściem na ulicę w czasach, w których miłość nie istnieje. Od pierwszych taktów można odnieść wrażenie, że gdzieś się już to słyszało. To jednocześnie zdecydowanie najpopularniejszy utwór z płyty. Nie wiadomo, czy James Ramey zaprzyjaźnił się z Janis Joplin, ale wykonanie wspominanego coveru „A Change Is Gonna Come” przypomina ruch, na który zdecydowała się Joplin przy swojej interpretacji „Ball and Chain”. Z tą różnicą, że ona wzięła na warsztat nikomu nieznaną bluesową piosenkę od Big Mamy Thornton. Analogicznie jednak w obu przypadkach sposób wykonania jest bardziej oszczędny pod względem dobranego instrumentarium, bogatszy zaś, jeśli idzie o ekspresję wokalistów w stosunku do pierwowzorów, sprawiając wrażenie zapisów wykonań koncertowych.

The Baby Huey Story: The Living Legend to najpopularniejszy wśród niepopularnych albumów. Jeżeli ktoś codziennie przed snem szuka odpowiedzi dlaczego Maggot Brain zostało wydane pod szyldem Funkadelic, a nie Parliament i częściej używa słowa Stax niż „sex”, zapewne go zna. Pozostali, którzy do obiadu włączą Peję, do prasowania Deep Purple, a w autobusie słuchają Bruno Marsa, albumu mogą już nie skojarzyć. Albumu, którego zaraz po premierze nie przyjęto z gorącym entuzjazmem, by po kilkudziesięciu latach uznać go za klasykę gatunku. Abstrahując od wszelkich kontekstów i znaczeń, to porcja bardzo osobliwej muzyki, którą prędzej czy później warto poznać. Osobliwej jak sam ekscentryczny Huey, który spogląda na nas z okładki i swoim wzrokiem pokornie prosi, aby wysłuchać jego historii.

© 2015 soulbowl.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone

Projekt i wdrożenie: Soulbowl.pl