the globetrotters
Z tęsknoty za żywymi instrumentami
W świecie, w którym dostęp do muzyki maści wszelkiej osiąga się jednym kliknięciem, zalewani jesteśmy masą produkcji. Nie mówię, że to źle, zwłaszcza, że jestem przedstawicielką pokolenia, które dorastając musiało się nieźle nagimnastykować (zwłaszcza przy przewijaniu kaset długopisem), żeby móc w każdej chwili posłuchać różnych dźwięków. Bardziej ubolewam nad tym, że za sprawą tegoż postępu technologicznego żywe instrumenty wypierane są przez bit maszyny i samplery. Rzadziej również jakiś projekt jest w stanie zaskoczyć słuchacza do tego stopnia, że dosłownie wbija go w krzesło/fotel/kanapę czy inny mebel na którym właśnie spoczywa. Inną kwestią jest fakt, że wszelkie odmiany gatunków takich jak jazz nadal pozostają poza mainstreamem, choć zdarzają się artyści, którzy zręcznie te gatunki eksploatują w sposób przystępny dla większego grona odbiorców.
Odświeżając ostatnimi czasy twórczość Glaspera, przy okazji oczekiwań na część drugą Black Radio, podryfowałam w kierunku takich właśnie klimatów. Kooperacje Roberta są doskonałym przykładem na to, jak umiejętnie położyć czarne brzemienia na jazzowe aranżacje. Wybór dobrze znanych wokalistów powoduje, że niejeden słuchacz klika „play”, by już za chwile otoczyły go najwyższej jakości dźwięki, wydobywane przez prawdziwych wirtuozów. To właśnie za instrumentalne kompozycję (często covery) cenię Glaspera najbardziej. Chociażby nagrania z serii 1 Mic 1 Take wracają niczym bumerangi, idealnie pasując do jesiennej aury. W duecie z niezastąpionym Derrickiem Hodgem są mistrzowskimi towarzyszami do relaksacji w czystej postaci. Klawisz + kontrabas – niby tylko, ale wystarczy.
Ta wyżej wspomniana reprezentacja to jedynie namiastka tego, co czeka nas, gdy raz postanowimy postawić stopę w krainie czarodzieja zwanego „przystępnym jazzem” . W niej to magia tkwi w instrumentalnych szaleństwach, wokalnych jamach i najprawdziwszej chemii między słuchaczem a artystą. Tam gdzie kończy się elektronika, zaczyna się coraz częściej odchodząca w zapomnienie wirtuozeria. Nie pozwólmy, by prawdziwi muzycy grali jedynie do kotleta czy w knajpach, już nawet nie zadymionych, bo przecież wprowadzono zakaz palenia w miejscach publicznych. Producenci wciąż czerpią z osiągnięć muzyki 20-go wieku, czyż to nie najlepszy dowód na to, że nie wolno zapominać o korzeniach? Kiedyś nawoływano kobiety na traktory, a ja dziś postuluję: muzycy do instrumentów.
