yves tumor

Recenzja: Yves Tumor Heaven to a Tortured Mind

Yves Tumor

Heaven to a Tortured Mind

Warp

Yeah, man. I only want to make hits. [laughs] What else would I want to make? I don’t mean in a radio sense. I don’t mean, like, Usher hits. I just mean a track or song that people constantly need to play over and over and over and over again.

To zdanie, które padło 3 lata temu w wywiadzie Pitchforka z Yves’em Tumorem, wydaje się po premierze Heaven to a Tortured Mind co najmniej prorocze. Pełna radykalnych przemian droga artystycznych ewolucji tego muzycznego kameleona wydaje się bowiem osiągać na tym krążku formę totalną i ostateczną, łącząc w sobie najważniejsze wątki jego dotychczasowego manifestu. Mamy queerową kruchość spod znaku łez w brokacie, enigmatyczny oniryzm odwołujący do Munozowskich sennych utopii oraz afirmację niebinarności w klimacie rozbuchanego glamowego blichtru. No i mamy piosenki. Naprawdę dobre piosenki.

Jeżeli do czegoś na przestrzeni całej dyskografii Yves’a zdążyliśmy się przyzwyczaić, to do konsekwentnego przechwytywania języka dźwiękowej androgynii, za którego enigmatyczną, nieprzeniknioną zasłoną krył się potencjał emotywnych opowieści o wykluczeniu, porzuceniu, nienawiści do samego siebie i ucisku społecznym, jaki w amerykańskim społeczeństwie spotyka osoby ze środowisk LGBTQA+. Wydany dwa lata album Safe in the Hands of Love zagrał na posthorrorową modłę, sięgając po opustoszałe strzępy porzuconego post-industrialu, zawłaszczone i podszyte trip-hopowym pulsem, który przecież od czasów wspaniałego Maxinquaye obnażył doskonały potencjał mnożenia cielesno-tożsamościowych narracji. Tym, co jednak wydawało się najlepiej definiować piekło queerowego piętna w pandemonium ucisku, były, paradoksalnie, szczery, wyzbyty postmodernistycznej ironii smutek i kurczowo trzymana, niemal przejmująco naiwna wiara we frazesową sztampę, że “miłość nas wyzwoli”.

I to nieco przydługie preludium o poprzednich płytach Yves’a przywodzi nas do utopii ucieleśnionej, zrealizowanej, jaką jest Heaven to a Tortured Mind, stojące niemal po przeciwnej stronie emocjonalnego spektrum względem poprzedniczki. Nowy krążek jest jaskrawo ekstatyczny, barokowo przesadzony (choć bardziej na modłę cynizującej diwy niż patetycznego napuszenia) i buchający słodyczą glamowego blichtru. Zważywszy na prawdziwe (podobno) nazwisko artysty stojącego za muzycznymi wcieleniami Tumora, Seana Bowiego, żart wydaje się w tym miejscu tyleż oczywisty, co w pewnym sensie niezbędny. Jakaż bowiem figura piękniej uosabia postulat upadku genderu i hołdowania wolnemu, nieposkromionemu erosowi, co przybywająca z kosmosu, androgyniczna gwiazda rocka. Przejęcie spuścizny Ziggy’ego Stardusta pozwala ostatecznie złamać dyskurs ofiary, ale jednocześnie nie powoduje porzucenia queerowej tematyki. Zamiast pokornego zabiektyzowania się dostajemy jednak pełne dumy obnoszenie się z narzuconą przez społeczeństwo negatywnością w powabnej estetyce okultyzmu (o którym pisałem już przy okazji premiery “Gospel of the New Century”), zamiast lekkości sennej projekcji — blackout po psychodelikach, a zamiast introwertycznej spowiedzi z uczuciowego dna — egzaltowane epitafia na cześć złamanego serca. Najważniejszym punktem wspólnym Ziggy’ego i Tumora pozostają jednak, nadal, kapitalne piosenki.

Wspomniany już przeze mnie kawałek otwierający to nadal bodaj najbardziej przebojowe osiągnięcie artysty. To co wydaje się z początku lekko szarpiącym, niepewnym gestem popowej hypnagogii urasta z czasem do hymnu miary stadionowej, który ostatecznie ogniskuje naszą percepcję przede wszystkim na chaosie rockowego paradygmatu i stwarza fundament dla dalszych artystycznych wariacji. Te, bynajmniej, nie wydają się zawstydzone buńczucznością uwertury i śmiało roztaczają eklektyczne kolaże skojarzeń. “Medicine Burn” bezpardonowo uderza nas space rockowym roztrzęsieniem, snując astralno-mitologiczne przypowieści czytane krautrockową motoryką, “Hasdallen Lights” to hypnagogia i bedroom vibe Tame Impala, ale z glamowym twistem, zaś “Super Stars” to cannabisowa lekkość psychodelicznego soulu poniesionego przez ekscentryczny falset. Dostajemy nawet chwilowy powrót do łask dekonstrukcyjnych, emotywnych zapędów Safe in the Hands of Love na postfunkowym “Folie Imposée”, czy też basowy groove “Asteroid Blues”, który, poza tym że sam się wydaje się biegły w autoprezentacji, serwuje nam wspaniałe, nomen omen, kaskady post-industrialowych tąpnięć. W tych albumowych “deep cutsach” jednak przejawia się bodaj największy mankament płyty, czyli zaprzedawanie chwilami mocnych popowych struktur na rzecz niesprecyzowanego ekscentryzmu i pustej erudycji nawiązań, które, na szczęście tylko chwilami, zdają się nie rekompensować swoich ekscesów.

By skończyć jednak z przytupem (w przeciwieństwie do samego krążka), sięgnijmy ponownie po kategorie soulowe. Najciekawiej jest bowiem, kiedy sonicznie dają o sobie znać naleciałości kolejnej figury androgynicznego panteonu, czy wręcz jego Księcia. Duch Prince’owskiego dramatyzmu funduje nam na Heaven to a Tortured Mind momenty bodaj najbardziej przyswajalne przez mainstreamowe audytorium — przesycone kampową przesadą “Romanticist” (cóż za tytularna subtelność), kończące się, dosłownie, pokazem fajerwerków, oraz, co najważniejsze, “Kerosene!”. “Kerosene!” to kampowy hołd dla teatralności i groteski queerowej zgrywy. Fetyszyzowane powłóczyste gitarowe solówki, buchające przesadzoną dramaturgią wokale i wiązana z nimi poetycka egzaltacja tworzą z niego “Purple Rain” na miarę dwudziestego wieku. Najcudowniejsze jest jednak to, że ta, niemal pastiszowa przesada afektywnie działa bezbłędnie. Odsłania nas samych i podatność na sztuczki rock’n’rollowego cwaniactwa, na które, wpatrzeni z dziecinną naiwnością, chcemy dawać się nabierać. I nie ma w tym absolutnie nic złego, toż to właśnie magia muzyki.

I tak Yves Tumor wraca ostatecznie do punktu wielopoziomowego niedookreślenia, w zawieszeniu między nostalgią słodkiego kiczu minionej ery rockowej świetności a futuryzmem i wyśnioną utopią bezgenderowej miłości. Z tego zawieszenia w dychotomiach potrafią zrodzić się przepiękne manifesty, a dodatkowe uzbrojenie po zęby w zabójcze przeboje stwarza pole do zmasowanego queerowaniu mainstreamowego horyzontu. I choć chwilami tęskno za nieskrępowanym noisem poprzedników, nowe oblicze Yves’a daje nam wiele nadziei na przyszłość.

#FridayRoundup: Thundercat, Yves Tumor, Everything Is Recorded i inni

#FridayRoundup

Jak co tydzień w cyklu #FridayRoundup dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Wiosenne tempo wydawnicze zostało podtrzymane — nowe płyty wydali Thundercat, Yves Tumor, Everything Is Recorded, Nnamdï, Yaeji, Kiana Ledé, Empress Of, a także Quebonafide. Polecamy selekcję poniżej, bo słucha jej się znakomicie! Zostańcie w domu.


#FridayRoundup

It Is What It Is

Thundercat

Brainfeeder

Thundercat to jeden z najwybitniejszych, najbardziej charakterystycznych brzmieniowo muzyków soulowych naszych czasów, który, jakimś cudem, nigdy jeszcze jeszcze nie przekuł swojego potencjału na naprawdę świetny całościowo album. Aż chcę się tutaj rzec sakramentalne „aż do dzisiaj”, bo It is What It is to kapitalny manifest kondycji współczesnego soulu wraz ze wszystkimi jego eksperymentatorskimi zapędami i synthfunkowymi konotacjami. Kocur z jednej strony natchniewa tradycyjne, skostniałe formuły Brainfeederowskim kombinatorstwem stawiając na syntetyczny anturaż i elektroniczną nadpobudliwość Nu-Jazzowego pulsu spod znaku FlyLo, z drugiej jednak ten eklektyczny koktajl spija z charakterystycznym dla siebie, ekscentrycznym poczuciem humoru. Żywotne, nadaktywne kompozycje ubiera zatem w strój subtelnego żartu obdzierającego te formuły z niezręczności pościelowego sensualizmu, zamiast tego serwując takie strzały jak przebojowe „Dragonball Durag”, afirmujące męsko-męską przyjaźń „I love Louis Cole” czy wreszcie wspaniale rozlazłe „Fair Chance” na którym udziela się Ty Dolla $ign oraz nie kto inny jak BasedGod himself. Thudercat zatem zbiera wszystko, co wypracowała przez ostatnią, powiedzmy, dekadę cała żywotna scena soulu i podaje ją z filozofią typu „na przypale albo wcale”. Obiekcje można mieć, ale po co, skoro to tak dobrze wjeżdża?  — Wojtek


#FridayRoundup

Heaven to a Tortured Mind

Yves Tumor

Warp

Wydane labelem Warp Heaven to a Tortured Mind to piąte już wydawnictwo Yvesa Tumora. Muzykowi niedaleko od niebiańskich brzmień, które lekko tylko zakłóca tożsamościowa nieokreśloność i plastyczne eksperymenty. Od okresu wypuszczenia poprzedniego longplaya minęły lata świetlne. Od demona psychodelii do nawiedzonego romantyka-kosmonauty: artysta wystrzela się w kosmos i zaprasza na swoją orbitę, by jako gwiezdny dj zaserwować barwną paletę dźwięków – od surrealistycznego R&B, po singlowe brudne soul „Kerosene”, neo-soulowe „Identity Trade” czy funkowy noise „Medicine Burn” aż do jazzującego rocka. Heaven to a Tortured Mind to przede wszystkim zabawa konwencją brokatowych lat 80. Przykładem bajeczne „A Great Love” z niebiańskimi chórkami, a przy tym spełnienie sennych wizji Tylera, the Creatora. Kiedy już cekiny odpadną, pozostaje pytanie o muzyczne inspiracje. „I only want to make hits. What else would I want to make?” Sami oceńcie, czy misja została zakończona pomyślnie. — Ibinks


#FridayRoundup

Friday Forever

Everything Is Recorded

XL

Richard Russell powraca ze swoim drugim długogrającym albumem, wydanym pod szyldem projektu Everything is Recorded. Krążek Friday Forever opowiada historię zamkniętą w niewielkim przedziale czasowym, rozpoczynającą się o 21:46 w piątek wieczorem, a kończącą o 11:59 następnego dnia. Za pomocą zaproszonych gości, wśród których znaleźli się m.in. brytyjscy raperzy Aitch, FLOHIO oraz Berwyn, irlandzcy wokaliści Maria Somerville oraz Kean Kavanagh, czy najbardziej znany w tym gronie Ghostface Killah, przenosi nas w nocny świat londyńskich klubów oraz melancholii i zadumy panującej dnia następnego, którą przepełniona jest druga połowa albumu. — efdote


#FridayRoundup

Brat

Nnamdï

Sooper

Nnamdi Ogbonnaya, twórca jednej z najbardziej szalonych hiphopowych płyt ostatnich lat, Drool z 2017 roku, wrócił właśnie jako Nnamdï z kolejym freakowych projektem. Krążek zatytułowany Brat tylko pozornie zwolnił tempo wcześniejszych popisów rapera, ale natura muzyki Nnamdiego wciąż pozostaje do szpiku eksperymentalna i kreatywna. Wszyscy ci, którzy lubią wyłapywać rzeczy świeże, niekonwencjonalne i pozbawione hamulców, powinni koniecznie z Ogbonnayą się zaprzyjaźnić. — Kurtek


#FridayRoundup

What We Drew

Yaeji

Yaeji / XL

Mimo że Yaeji jest na scenie od zaledwie kilku lat, śmiało można ją uznać za jedną z ważniejszych przedstawicielek muzyki housowej. Radziliśmy mieć ją na oku już w 2017, kiedy wydała świetną epkę EP2 z takimi mocnymi utworami jak „Passionfruit” czy „Drink I’m Sippin On”. Od początku swojej działalności wypracowała charakterystyczny styl — twórczość Yaeji to ambient-house z wokalnymi wstawkami. Zasłynęła dzięki remiksom, Drake’ i Mall Graba, a teraz konsekwentnie skupia się na własnych produkcjach. What We Drew, czyli najnowszy mixtape Koreanki, został wydany w prestiżowej wytwórni skupiającej takich artystów jak Adele, Radiohead czy, nieco bliższa Yeaji jeśli chodzi o brzmienie, Peggy Gou. Materiał jest zdecydowanie spokojniejszy — house nadal to wciąż jej domena, ale tym razem postawiła na zróżnicowanie. What We Drew jest nieco spokojniejsze i bardziej „domowe” w porównaniu z poprzednimi wydawnictwami, ale dużo ciekawsze produkcyjnie. — Polazofia


#FridayRoundup

Kiki

Kiana Ledé

Republic / UMG / The Heavy Group

W dniu swoich dwudziestych trzecich urodzin Kiana Ledé zaprezentowała debiutancki longplay Kiki. Zawiera on aż siedemnaście uduchowionych utworów, które wspierają ciekawe osobowości w postaci m.in. Ari Lennox, Lucky’ego Daye’a, czy 6Lacka. Na płycie artystka prezentuje swoją osobę jako pewną siebie w swoich obrazach delikatnej miłości i słodko-gorzkiego bólu. Sprawnie odświeża znane brzmienia R&B lat dziewięćdziesiątych w postaci kultowego kawałka “So Fresh So Clean” grupy Outkast, w swoim wiodącym singlu “Mad at Me”. Jej aksamitny wokal i chilloutowe brzmienie są swoistą terapią i lekarstwem na smutki oraz wszystkie dolegliwości. Na albumie KIKI Kiana opowiedziała prawdziwą historię, która jest swoistą ścieżką dźwiękową dla dobrych rzeczy, które robi w życiu, zwłaszcza w złych i podłych czasach. — Forrel


#FridayRoundup

I’m Your Empress Of

Empress Of

Terrible

Trzecia płyta Lorely Rodriguez, czyli Empress Of, zawiera dwanaście popowych bangerów, z lśniąco euforycznymi syntezatorami i prowokującymi refrenami, które pokazują obszary łączące nas na dobre i na złe. I’m Your Empress Of zostało w całości wyprodukowane i napisane przez artystkę oraz jest jej powrotem do korzeni. Jest odważnym wyrazem jej indywidualności, wskazując na jej dziedzictwo w Hondurasie, ale także na jej miłość do muzyki elektronicznej i chicagowskiego house’u. Potrafiła sprawnie przemienić tematykę o złamanym sercu w ponad trzydziestominutowy prawie klubowy didżejski set, utrzymując ciało w ruchu. Teksty nie są przesadzone, raczej zwięźle podsumowują emocje, które Rodriguez odczuwała, kiedy je pisała. I’m Your Empress Of, pomimo tanecznego klimatu, jest niezwykle osobisty i obnaża emocjonalną stronę artystki. — Forrel


#FridayRoundup

Live and Stripped

Banks

Capitol / Harvest

Utalentowani artyści śmiało powinni prezentować swoje studyjne utwory w wersjach live. Banks, oprócz talentu, posiada również charakterystyczny i charyzmatyczny instrument w postaci swojego wokalu. Nagrała więc genialne EP Live and Stripped, w którym zaprezentowała cztery utwory ze swoich trzech albumów. Epka została nagrana w słynnym hollywoodzkim Capital Studios, w ramach serii 1Mic 1 Take, czyli tylko artystka, mikrofon, w jednym ujęciu, bez zbędnych korektorów dźwięku. Jillian podczas występu harmonizuje się z płynącym rytmem w podnoszącym na duchu brzmieniu, po czym zanurza się w swoich lirycznych akordach, by rozjaśnić swój występ niespodziewanymi zwrotami akcji, tworząc tym samym piękne arcydzieło. Ilość utworów na Live and Stripped pozostawia duży niedosyt, ale jakość wykonania, rekompensuje braki ilościowe. — Forrel


#FridayRoundup

ROMANTIC PSYCHO

Quebonafide

QueQuality

O tej płycie jeszcze przed premierą można było powiedzieć, że została świetnie sprzedana. Oprawa oprawą, a co jednak jest jej zawartością? A no pierwsze primo właśnie tracklista biegnąca od chillu do bangerów. Po drugie primo grono nietypowych gości, które zaskoczyło chyba każdą słuchającą osobę. Trzecie, zaskakujące gdzieniegdzie boom bapowe produkcje. Trochę odniesień do amerykańskich i rodzimych inspiracji Quebo, prorocze prawie-przeniesienie igrzysk w Tokio na 2021 przez autora materiału (odsyłam do super odcinka Hejt Parku na YouTube), a także nieco rozciągnięty zakres gatunków — nie jest to album koncepcyjny, ale z pewnością jest to udany eksperyment Kuby Grabowskiego i jeśli miałbym określić, czy jest możliwość dostrzeżenia wzajemnej korelacji tej płyty z jej autorem, to jak najbardziej jest ona zauważalna. — Kuba Żądło


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Nowy utwór: Yves Tumor feat. Diana Gordon „Kerosene!”

yves tumor kerosene

yves tumor kerosene

Yves Tumor realizuje własne fantazje

Yves Tumor to przewodni eksperymentator na światowej muzycznej scenie, który szokuje każdym nowym projektem. Tym razem dzieli się drugim singlem z zapowiedzianego na 3.04 nowego krążka Heaven To a Tortured Mind. Utwór zaskakuje klasyczną formą. Po romansie z gospelowym jazzem, jaki zaserwował w „Gospel For A New Century”, artysta zmienia zupełnie klimat i przedstawia nagranie „Kerosene”. Numer o destrukcyjnej miłości o zapachu nafty to psychodeliczno-gitarowa muzyczna jazda w iście kravitzowskim stylu. W kompozycji — w której można usłyszeć sampel z „Weep In Silence” Uriah Heep — muzykowi partneruje znana czytelnikom soulbowl Diana Gordon. Wokalistka zachwyca skalą głosu i dodaje całości zmysłowego sznytu. Uwaga! 27.05 muzyk wystąpi w warszawskiej Hydrozagadce. Kto się odważy opętać przez scenicznego demona?

Gospel nowego stulecia wg Yves Tumora

Yves Tumor szokuje po raz kolejny

Ewangelia według nieświętego Tumora rozpoczęła kolejny, jeszcze bardziej obrazoburczy rozdział.

Yves Tumor to muzyczna persona Seana Bowiego, który w ramach swojej działalności artystycznej wykreował chyba najbardziej radykalny i pasjonujący queerowy performance ostatniej dekady. Wydany przez niego 2 lata temu krążek Safe in the Hands of love to manifest skrajnego eklektyzmu artystycznego, zarówno w warstwie muzycznej (na podstawie z post-industrialnego neo-soulu zbudowany zostaje monument łączący wykwasowany rock psychodeliczny, hardy nosie, trip hopową motorykę i odpryski abiektalnego field recordingu) jak i w warstwie tekstowej (Ibinks w naszej recenzji krążka wspaniale rozłożyła znaczenie poszczególnych symboli, czerpanych zarówno z Biblii i bliskowschodnich tradycji, jak i astrologii). W tym zawieszeniu pomiędzy delikatnością ludzkiej tragedii a wampiryczno-narkotyczną estetyką reprezentującą najbardziej wywrotowe, radykalne oblicze queeru tkwił ogromny potencjał, który, jako fan, bardzo liczyłem, że zostanie odpowiednio wykorzystany. I jeżeli po premierze wulgarnego, post-rock’n’rollowego „Applaud” ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości, oto „Gospel of the New Century”.

Sam Bowie mówił o swojej muzyce jako o odzwierciedleniu jego tożsamości, gdyż tak jak on, będący osobą niebinarną o wyjątkowo enigmatycznie budowanym wizerunku, tak jego muzyka bardzo mocno wymyka się szufladkom kategoryzującego dyskursu. I to doskonale widać na najnowszym singlu, który z jednej strony sięga po intensywność rodem z narkotycznych grud oblepiających całą scenę amerykańskiego psychodelicznego rocka lat 70, z drugiej natomiast gdzieś w tle pulsuje specyficzną, delikatną sensualnością i intymnością wyznania. Prosta opowieść o odrzuceniu i złamanym sercu nabiera w satanistycznym anturażu wymiaru rytualnego wyklęcia, które najintensywniej kipi w cudownie wkręcającym się w uszy i duszę refrenie. W tle całości brzmią intensywne, agresywne brzmienia soulowych dęciaków, które z jednej strony nadają tej okultystycznej rewii organicznego wymiaru, z drugiej zaś wprowadzają chwilami wspaniałą dysonansowość.

Pikanterii dodaje całości, oczywiście, przewspaniały teledysk w reżyserii brytyjskiej wizażystki i artystki wizualnej Isamaya’i Ffrench. Tak jak „Apploud” ogrywało estetykę spod znaku hedonistycznego, zwyrodniałego „juissance”, tak tutaj powraca wątek utożsamienia się ze złem i negatywnością. Yves występuję w nim jako… szatan (jakby reszta dzieła nie była już wystarczająco antychrystyczna), któremu towarzyszą postaci ucharakteryzowane na antropomorficzne bestie z ciałem ludzi i głową krowy. Dużo w tym z shock-rockowego kampu (w tym wypadku rozumianego w najbardziej pierwotnym, nieheteronormatywnym kontekście), ale bije też po oczach fascynacja łączeniem salonowego blichtru i seksualnej emancypacji z sakralną (czy, w tym wypadku, antysakralną) estetyką. Całość jest cudownie agresywna w swoim obrazoburstwie, a jednocześnie tak rozkosznie wysmakowana, że nie można oderwać wzroku.

Ale dobrze, wystarczy już peanów (by nie rzec- litanii). „Gospel of the New Century” będziecie mogli usłyszeć na albumie Heaven to a Tortured Mind, który ukaże się 3 kwietnia nakładem WARP records, zaś na żywo Yves Tumor będzie do złapania na koncercie 27 maja w warszawskiej Hydrozagadce. Link do wydarzenia tutaj.

Blood Orange i Yves Tumor w remixie „Smoke”

Czy straciłeś kiedyś kogoś? Uciekłeś dokądś? Odczuwałeś kiedyś pustkę? Blood Orange zabawia się w psychoanalityka i serwuje nam remix ostatniego tracku z longplaya Negro Swan. Wersja ta różni się znacznie od kameralnej albumowej. Auto-tune i przestery szybko przechodzą w nastrojowy kawałek. W remixie muzyka wspierają Ian Isiah i Yves Tumor. Blood Orange zaskakuje swoim rapem i wspomnieniem swojego przyjaciela, zmarłego tragicznie Maca Millera. Przeróbka „Smoke” to tak naprawdę hołd dla artysty.

Recenzja: Yves Tumor Safe in the Hands of Love

Yves Tumor

Safe in the Hands of Love (2018)

Warp Records

Młoda kobieta z modną krótką fryzurą stoi samotnie, schowana za okularami przeciwsłonecznymi i wyraźnie prowokuje do podejścia dwóch nieznajomych. Zachęcony jej wyzywającą postawą, młody mężczyzna podchodzi do niej w wiadomym celu. Kobieta ekspresyjnym ruchem zdejmuje ciemne okulary i nachyla się nad jego szyją, by raptownie zatopić w nich zęby i zerwać płat skóry. Kiczowata czerwona krew wytryska na wszystkie strony. Zszokowany facet upada, a jego przerażony kumpel ucieka, ścigany szyderczym spojrzeniem kobiety wampa.

Scenę z powstałej w latach 80. niskobudżetówki Demon Queen wyreżyserowanej przez Donalda Farmera można śmiało uznać za jedną z głównych inspiracji dla trzeciego albumu Yvesa Tumora.

Safe in the Hands of Love to trzecie wydawnictwo amerykańskiego muzyka. Nowy krążek Yvesa Tumora to acid-jazzowa, surrealistyczna i psychodeliczna muzyczna przygoda pełna ekspresyjnej siły. Album otwiera króciutka instrumentalna kompozycja „Faith in Nothing Except Salvation”, którą poprzedza nonszalancko wypowiedziane pragnienie, by zbawienie nadeszło.

Na potrzeby płyty Tumor łączy siły z przedstawicielami noise’owej sceny — Loke’m Rahbekiem ukrywającym się pod szyldem Croatian Amor i Frederikke Hoffmeier znanej jako Puce Mary. Dwójka muzyków jest związana z kultową wytwórnią Posh Isolation. Wpływy tej dwójki muzyków słychać szczególnie w „Economy of Freedom”, gdzie tkwi wyraźny podział na „my” kontra „oni”, pojawiają się też echa nadchodzącego rozstania. Natomiast w ekstatycznym „Hope in Suffering (Escaping Oblivion & Overcoming Powerlesness)” wspomagany przez Oxhy i wspomnianą Puce Mary Tumor pokazuje, jak cierpienie przetworzyć w zapomnienie i stać się potężnym i pełnym miłości. Magiczna, opętana, chwilami niekomfortowa – taka jest właśnie muzyka Tumora. Yves staje się tutaj strażnikiem umierającej rasy, malując przed słuchaczem upiorne obrazy urn i mętniejącego morza, nienarodzonego boga i alkoholowego upojenia, a całość brzmi niczym psalm lub swobodny zalew strumienia świadomości.

Z otchłani glitchowej elektroniki wyłaniają się urokliwe linie wokalne. Na wyróżnienie zasługuje szczególnie „Honesty”. Trzecia kompozycja na krążku stanowi wyśnione przez Deva Hynesa alt R&B, opowiadające o zatraceniu się w drugiej osobie oraz pewnej niepewności — czy na pewno zatracamy się właśnie w niej, czy nie czasem w jej osobowości, duszy? „Honesty” traktuje o miłości od pierwszego wejrzenia i szczerości w związku, przechodząc płynnie w „Noid”.

Pierwszy singiel przynosi kalejdoskop halucynogennych wrażeń, łącząc w tekście strach przed życiem, presją, chorobą i depresją. Tytułowy paranoik dotyka kwestii własnego zdrowia psychicznego, przyznając się do niedopasowania do „zabójczego szaleństwa”, jakim jest życie. Co ciekawe, „urodzony frajer” powołuje się na anielski numer 911, wiązany potocznie z karmą i spirytualizmem. Liczba 911 kojarzy się z pojęciem Misjonarza Światła skupiającego pozytywną energię skierowaną na świat.

Podobnie nierealny klimat zachowuje orientalne i hipnotyzujące „Licking an Orchid”. Swoisty geekowy psalm opowiada o toksycznej miłości, strachu i eskapizmie, głęboko skrywanym cierpieniu i chęci powrotu do łona matki. Utwór wypowiada przypuszczalne niepokoje osób dopiero odkrywających własną seksualną tożsamość, na które czeka akceptacja świata i nowego siebie. Rozmarzony wokal James K pomaga w ucieczce do wykreowanego świata umysłu, pobudzając wyobraźnię.

Wytchnienie od emocjonalnych wrażeń przynosi acid-jazzowe „Lifetime”. Powtarzane natrętnie słowa podbijają atmosferę fantastyczności, a bohater utworu przypomina znów trochę zamkniętego w zakładzie dla umysłowo chorych maniaka. Tumor, chowając się za podmiotem lirycznym, zmusza do zadawania trudnych pytań: czy to miłość czasem nie sprawia, że tracimy nad sobą kontrolę? W „Lifetime” muzyk posługuje się symboliką Skorpiona, który może przedstawiać chcącego go powstrzymać wroga lub toksycznego człowieka. Zodiakalny Skorpion symbolizuje także skrajność i waleczność, natomiast mitologiczny Skorpion to śmiertelny wróg przeszkadzający w spełnieniu własnych celów. Skorpion był w końcu czczony w Egipcie i wciąż jest kojarzony z bóstwami, przez muzułmanów określany np. jako mieszkaniec piekła. W Afganistanie natomiast Skorpion utożsamiany jest z seksualnością, pożądaniem i płodnością oraz homoseksualnymi praktykami. Zabójczy jad pajęczaka w wielu kulturach stanowi ekwiwalent narkotyków, pozwalając na osiągnięcie wyższego stanu świadomości. Symbolika Skorpiona może mieć bezpośredni wpływ na zrozumienie utworu, którego tytuł odsyła nas do mistycznego świata życia po życiu.

Tematyczną kontynuację „Lifetime” stanowi w pewien sposób „Recognizing the Enemy”. Zanurzone w strumieniu świadomości przeciwstawia pierwotność z nowoczesnością, prowadząc do finałowego rozpoznania wroga. W przejmującym tytułowym numerze wrogiem okazuje się własne ja i jego ograniczenia, skutkując takimi kwestiami: „Kiedy nie mogę siebie rozpoznać”. Nawiązując do problematyki z „Honesty”, zajmuje się kwestią zatracenia własnej tożsamości na rzecz drugiej osoby i zatrzymuje się na dłużej przy gasnącej miłości i zauważonych zmianach w ukochanej osobie. Pojawiają się słowa o własnym życiu w piekle i braku rozpoznania, sugerujące schizofrenię, dramatyczne rozdwojenie osobowości. Czy czasem nie jesteśmy własnymi wrogami, czy jest nimi tylko opinia publiczna? „Recognizing the Enemy” to najmocniejszy punkt na longplayu, bolesna spowiedź osoby uwięzionej we własnym ciele, jeszcze nieukształtowanej, zamkniętej w kokonie własnego teraźniejszego „ja”.

Na Safe in the Hands of Love oprócz trudnej tematyki i momentów autorefleksji znalazło się także miejsce na transowe, klubowe bangery. Takie jest właśnie „All the Love We Have Now”, opowiadające o finalnie uzyskanej w związku pewności siebie oraz zamykająca bomba „Let the Lioness in You Flow Freely”.

Na sam koniec Yves Tumor uwalnia lwa drzemiącego w zielonym demonie, jego domniemanym alter ego. Outro w postaci „Let the Lioness…” to już czysta energia zaklęta w hałaśliwym, prodidżowskim numerze, w którym podmiot liryczny utożsamia się z kobietą. Zamykająca album kompozycja zawiera zwariowany sampel z „Angel Fire” Jana Halflina, pochodzący z soundtracku do wspomnianego filmu Demon Queen. Główna bohaterka filmu Lucinda to kobieta sukub, wampirzyca miłości, zimna i wyrachowana, urządzająca krwawe orgie i wyżywająca się na śmiertelnych kochankach. Chore, szokujące, stylowe – może być pewnym kluczem do zrozumienia całego longplaya i tematyczną klamrą go zamykającą.

Safe in the Hands of Love to jazda bez hamulców, w której można łatwo się zatracić. Wiara w zbawienie, wolność i szczerość przeplatają się z tęsknotą, depresją, zwątpieniem i niepewnością. Jednoosobowy performens zielonego demona, acidowej wróżki, demonicznej królowej – Tumor zabawia się ze słuchaczem, pozostawiając go w zawieszeniu.

#FridayRoundup: Masego, Yves Tumor, Seinabo Sey, Lenny Kravitz i inni

Kolejny weekend obfitujący w ciekawe premiery płytowe. Jak zwykle mamy dla Was przekrój przez różne gatunki i z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie. Zaczynajmy!


Lady Lady

Masego

EQT Recordings

Czy wam też okładka Lady Lady wydaje się wyrafinowaną wariacją na temat okładki Take Care Drake’a? Ale spokojnie. Micah Davis na debiutanckim albumie dostarcza nam wszystkiego tego, czego się po nim spodziewaliśmy. W pełni rozwija tu autorską koncepcję „żywej”, soulowo-jazzowej muzyki, podszytej hip-hopem czy trapem. Znajdziemy więc na Lady Lady subtelne utwory, ale w bogatych i bezpretensjonalnych aranżacjach. Album jest oczywiście poświęcony kobietom, które muzyk przedstawia jako najważniejsze źródło inspiracji. Na płycie gościnnie m.in. Tiffany Gouché, SiR czy FKJ w dobrze już znanym „Tadow” (w obu wersjach). Nie tylko posiadacze biletów na warszawski koncert powinni być zadowoleni. — Maja Danilenko


Safe in the Hands of Love

Yves Tumor

Human Re Sources

Bezpieczny w rękach miłości. Miłość u Yvesa Tumora to pojęcie złożone, które przetwarza w swojej obecnej twórczości na własny użytek. Traktowane ironiczne wzniosłe uczucie posiada w jego eksplikacji wiele aspektów. Zanurzając się w Safe in the Hands of Love podążamy wraz z Tumorem po najgłębszych zakamarkach jego umysłu i poznajemy kolejne aspekty miłości. Wiara w zbawienie, wolność, szczerość, paranoja, nadzieja – tworzą to finalne pojęcie. Klasyczne instrumentarium współgra z glitchową eksperymentalną estetyką, przynosząc ekscentryczny wytwór artystycznej wyobraźni eskapisty-ekstrawertyka. Uwolnijcie Wewnętrznego Lwa i odlećcie z nową muzyką Yvesa Tumora! — ibinks


I’m a Dream

Seinabo Sey

Saraba AB

Szwedzka wokalistka o afrykańskich korzeniach zadebiutowała mocnym albumem Pretend, który odniósł znaczący komercyjny sukces. Druga płyta Seinabo Sey może nie zawiera radiowych hitów, ale jest dojrzałym i świadomym zapisem ostatnich lat artystki. Podróż do rodzinnych stron, przemyślenia i obcowanie z tamtejszą kulturą, pozwoliły Szwedce zrozumieć swoje pochodzenie, w pełni je zaakceptować i podążać wyznaczoną przez siebie ścieżką, nie uginając się pod naciskami zachodnich trendów. Słychać to na krążku I’m a Dream, na którym mniej jest popu, przeważającego na debiucie, a więcej R&B, soulu i naleciałości muzycznych z Afryki. Słychać również świadome wyrażanie własnych myśli, bez zbędnych obaw i strachu przed ewentualną cenzurą, dzięki czemu z albumu bije wolność liryczna i dźwiękowa, tak potrzebna w obecnych czasach. — Forrel


Raise Vibration

Lenny Kravitz

Roxie / BMG

Lenny Kravitz ogłosił wrześniowy termin premiery jedenastego już studyjnego krążka Raise Vibration jeszcze w maju i honorowo go dotrzymał. Trzy promujące płytę single klimatycznie i tematycznie nie miały wielu stycznych punktów, ale stylistycznie zazębiały się w jednym — wszystkie stanowiły mocny powrót Kravitza do brzmienia połowy lat 90. Szukając potwierdzenia we wczesnych płytach artysty, po 12 nowych utworach można więc spodziewać się zarówno gitarowych popisów, jak i soulujących ballad.— Kurtek


Dancehall

The Blaze

Animal 63

Jeśli marzy wam się Young Fathers w bardziej klubowej odsłonie, to klaustrofobiczny house francuskiego duetu The Blaze ma szanse się wam spodobać. Po dobrze przyjętej zeszłorocznej epce Territory bracia Alric przekładają swoją minimalistyczną, ale niezwykle intensywą wizję muzyki na długogrający projekt Dancehall. Jako że zwiastujące projekt single niczym nie ustępowały ich wcześniejszemu materiałowi, z pełną odpowiedzialnością polecamy.— Kurtek


Indigo

Kandace Springs

Blue Note / UMG

Przed dwoma laty dość szeroko rozpisywaliśmy się o długogrającym debiucie wokalistki jazzowej Kandace Springs Soul Eyes, który przenosił jej soulowe inspiracje w świat subtelnego jazzu. Teraz piosenkarka wraca z drugą płytą Indigo i wraca do soulowych inspiracji, które na pierwszym albumie zostały dość zaskakująco stłumione. Indigo kontynuuje drogę inspirowanego jazzem soulu po śladach takich piosenkarek jak Lizz Wright, India.Arie czy Amel Larrieux. — Kurtek


Mothe

Kilo Kish

Human Re Sources

Gdyby Lana del Rey chciała rozpocząć karierę hip-hopowej księżniczki, brzmiałaby jak Kilo Kish. Po zaliczeniu udanych featuringów u Gorillaz i jej starego kolegi Vince’a Staplesa, Lakisha Kimberly Robinson powraca z mini-albumem Mothe. Po intrygującym „Elegance” Kish wyskakuje ze stroju baletnicy, by przeobrazić się w ćmę i sięgnąć po inteligentne disco, wyeksplorowane przez jej koleżanki Kelelę, Ojerime czy Abrę. Na Mothe delikatność jak u Rey przyćmiewa miks bassu, ambient popu i elektroniki z barokowymi wstawkami. Zwolnione tempo w stylowym „San Perdo”, duszne „Like Honey” oraz pozostałe kompozycje tworzą playlistę do wypadów do klubów i sennych powrotów autobusem. — ibinks


Language

MNEK

Digital Teddy

Powiedzieć, że MNEK przespał swój moment sławy to nie powiedzieć nic. W końcu jednak doczekaliśmy się premiery jego debiutanckiego krążka pt. Language. Hity takie jak „Every Little Word” czy „Ready for Your Love” to niestety echo zamierzchłych czasów, jednak w rekompensacie brytyjski wokalista przygotował dla swoich fanów aż 16 świeżych utworów. Single „Colour”, „Crazy World” czy „Correct” zwiastują dużą różnorodność i sporo pozytywnej energii. Miejmy nadzieję, że na płycie nie zabraknie jednak popowych ballad, które są idealnym tłem dla imponujących popisów wokalnych artysty. Liczę na naprawdę porywające wydawnictwo i powrót MNEKa w formie sprzed lat — Adrian


Love, Loss, and Auto-Tune

Swamp Dogg

Joyful Noise

Już za chwilę minie 10 lat od wydania 808s & Heartbreak, po którym Kanye West musiał się tłumaczyć z nadużywania auto-tune’a, a to narzędzie wciąż wzbudza silne emocje. Soulowy tytan Jerry Williams Jr., czyli Swamp Dogg, wykorzystuje auto-tune jako pretekst do swoistej dekonstrukcji czystej krwi rhythm and bluesa. Niby nic imponującego, ale chyba jeszcze nie było nikogo, kto z taką ostentacją przedstawiałby to urządzenie jako jednego z głównych bohaterów albumu. Niepotrzebna fanaberia czy ciekawy zabieg stylistyczny? Zachęcamy do sprawdzenia na własną rękę, bo Love, Loss and Auto-Tune łatwo przeoczyć w natłoku premier, a to zdecydowanie pozycja, którą szkoda przegapić. — Maja Danilenko


Lover’s Rock

Estelle

VP Records

O najnowszym albumie Estelle napisaliśmy wcześniej już wiele słów, mało pochlebnych. Wokalistka z każdym kolejnym projektem schodzi w dół artystycznej drabiny. Jej najlepszemu krążkowi Shine wciąż nic nie dorównuje z dotychczasowej dyskografii. Lovers Rock również nie podoła temu zadaniu. Nowy wakacyjny kierunek muzyczny, który Estelle obrała na wydawnictwie, wpasowuje się w popularny wciąż nurt reggae, ale z pewnością nie dorasta do pięt największym płytom tego gatunku. Lovers Rock pozostaje daleko w tyle, a za nim jest tylko wspólna płyta Syleeny Johnson i Musiq Soulchilda. Nie bez powodu album był wielokrotnie przekładany, a single ginęły gdzieś w eterze. Wierzę jednak, że longplay Brytyjki znajdzie fanów, którym jej rytmy przypadną do gustu. — Forrel


Ringo’s Desert

ZHU

Mind of a Genius

Przedsmak drugiego longplaya jednego z najbardziej tajemniczych, ale również utalentowanych producentów muzyki elektronicznej, został zaprezentowany w kwietniu tego roku. Ringo’s Desert Pt. 1 zawierał siedem kompozycji i wszystkie znalazły się na płycie Ringo’s Desert. Oprócz wspomnianych kawałków z epki, do grona unikalnych i hipnotyzujących melodii, dołączyły między innymi kawałki z gościnnym udziałem TOKiMONSTA, Majid Jordan czy Karnaval Blues. ZHU przenosi słuchacza tym razem na pustynię, na której hipnotyzujące „brudne” synthy mieszają się z wyrazistymi elektronicznymi dźwiękami, przywołującymi na myśl pustynny pejzaż, z dującym wiatrem na czele. Wybierzcie się w muzyczną podróż z ZHU, podczas której będziecie tylko wy, muzyka i pustynny krajobraz. — Forrel


The Difference Between Me & You

Black Joe Lewis & The Honeybears

self released

Choć Black Joe Lewis i jego grupa The Honeybears nie stawiają już w centrum swojej twórczości klasycznego rhythm & bluesa, ale raczej garażowy rock, w ich żyłach nadal płynie ciekły funk, a dusze aż kipią soulem. Wydany dziś piąty długogrający album zespołu The Difference Between Me & You to uduchowione gitarowe granie stawiające duży nacisk na wyrazistą rytmikę i emocjonalne wokale. Dla sympatyków The Black Keys i The Dirtbombs.— Kurtek


Young Sick Camellia

St. Paul & The Broken Bones

Records

St. Paul & The Broken Bones zachwycili miłośników klasycznego soulu w 2014 roku niezwykle natchnioną i wyważoną wizją południowego odłamu gatunku na debiutanckim Half the City. Teraz amerykański kolektyw wraca z trzecim krążkiem Young Sick Camellia, przełamując swoje organiczne brzmienie klasycznym funkiem i disco. Miłośnicy złotej ery Motown nie będą zawiedzeni.— Kurtek


Passion Like Fire

Tamia

Puls1

Na swoim siódmym albumie Tamia niezmiennie kroczy wyznaczoną wcześniej ścieżką celebracji szczęśliwego małżeństwa. Tematyka Passion Like Fire, zaczerpnięta z prawdziwego życia artystki, obraca się między bezgraniczną miłością do męża, pasją, seksem i – jak bywa w każdym związku – kłótniami, które w konsekwencji umacniają relacje. Krążek zawiera dwanaście kompozycji spod znaku R&B, wyprodukowanych przez długoletnich przyjaciół Kanadyjki Salaama Remi, Lil Ronnie’go oraz Shepa Crawforda, a szczyptę latino dodali Andres Torres i Gray Hawken. Na Passion Like Fire Tamia zdecydowanie zaprasza do sypialni na romantyczny wieczór wśród świec. Jej długoletnie małżeństwo z Grantem Hillem tylko potwierdza, że wokalistka wie jak nieustannie rozpalać i podsycać uczucie. — Forrel


Even More

Major.

BOE / Empire

Jeśli pseudonim Major. mówi wam niewiele, śpieszymy wyjaśnić, że to mniej więcej ta sama kategoria piosenkarza R&B, co Musiq Soulchild, Dwele czy Raheem DeVaughn, który robi swoje po cichu i niekoniecznie należy spodziewać się po nim świeżego brzmienia czy innowacyjnych rozwiązań. Może za to liczyć na to, że będzie grało go radio. Tak było przed dwoma laty z „Why I Love You” z debiutanckiego krążka piosenkarza. Teraz wrócił z nową płytą Even More, która z pewnością nie odkryje Ameryki, zwłaszcza jeśli macie już pojęcie o współczesnej scenie R&B.— Kurtek


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Nowy utwór: Yves Tumor „Lifetime”

Sean Lee Bowie alias Bekelé Berhanu aka Yves Tumor to jedna z ciekawszych osobowości na amerykańskiej muzycznej scenie. Jego nowy utwór „Lifetime” to hybryda art rocka i jazzu podlana psychodelicznym sosem. Czas życia, wszechogarniająca tęsknota i powtarzane jak mantra słowa budują ponury tekstowo klimat. „Lifetime” to trzeci singiel, po ekscytującym „Licking an Orchid” i plastycznym „Noid” promujący przypuszczalnie nieogłoszone jeszcze nowe wydawnictwo muzyka. Występy na żywo związanego z modowym środowiskiem Tumora należą podobno do intensywnych przeżyć. Okazję do podejrzenia go w naturalnej sferze będziemy mieli na Avant Art Festiwalu, odbywającym się w stolicy.

Nowy teledysk: Yves Tumor feat. James K „Licking an Orchid”

Zastanawialiście się kiedyś, jak brzmiałby duet Alejandra Ghersiego (znanego jako Arca) i Kinga Krule’a? Poznajcie Yvesa Tumora! Sean Bowie swoją twórczością udowadnia, że nie jest tylko kolejnym modnym zjawiskiem na muzycznej scenie alternatywnego R&B i pogranicza industrialnego hip-hopu. Znany wcześniej z projektu Teams członek kolektywu Trump$America zdążył już zasłynąć dźwiękowymi kolażami. W jego muzycznych pracach klasyka kontrastuje z elektroniką, pierwotność z modernizmem, a humanizm zestawiony zostaje z technologią. Wystarczy wspomnieć niepokojący cover „Slow” Kylie Minogue, gdzie sztuka spotyka się z komercją. W świeżo wydanym singlu „Licking an Orchid” wydanym pod labelem Warp Records — znalazło się tu miejsce dla twórczości Flying Lotusa, Gaiki, Keleli czy Mount Kimbie — chilloutowe zabrudzone lo-fi splata się z mocno wybijajacą się perkusją. Umiejętne połączenie industrialnych partii z psychodelicznym wokalem w stylu Young Fathers czy TV on the Radio podkreśla sugestywny klip. Za krwawe wizuale pełne masek, figur i deformacji, wyrażających kształtowanie się seksualnej tożsamości odpowiada Daniel Sannwald. Gościnnie możemy natomiast usłyszeć James K. Yves Tumor obecnie supportuje Deva Hynesa na trasie promującej jego Saint. Na szczęście będzie okazja zobaczyć go także w naszym kraju. Yves zagra na tegorocznym Avant Art Festiwalu w Warszawie.

© 2015 soulbowl.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone

Projekt i wdrożenie: Soulbowl.pl