Us3 po gdańsko-wrocławsku

Data: 24 kwietnia 2009 Autor: Komentarzy:

us3-19801
*Powyższe zdjęcie ukradzione dzięki trojmiasto.pl. Poniżej wrocławska galeria.

Umówiliśmy się z aaktem, że z polskiej trasy koncertowej Us3 napiszemy wspólną gdańsko-wrocławsko relację. Oto i ona, w zasadzie ,,one”. Jak widać fakt, iż reprezentuje się jedną markę (czytaj: soulbowl.pl), nie wyklucza posiadania zgoła odmiennych opinii. Jest jednak prawdą, że nic lepszego od demokracji jeszcze nie wymyślono.

emm:
Niedzielny wieczór. Gdański Parlament, niczym Sejm Polski, nie grzeszy zatrważającą ilością zajętych miejsc. Us3 wchodzi na scenę ze zwyczajowym, ponad 15 minutowym opóźnieniem. Zawiadujący grupą Geoff Wilkinson oddaje pałeczkę mistrza ceremonii w ręce młodych, nowojorskich MC – Sene’a Yung Brooka, a sam zajmuje bezpieczne miejsce za deckami. Gorąca mieszanka jazzu, acid-jazzu i hip-hopu zaczyna spływać ze sceny, powoli rozgrzewając nieco zziębniętych tego dnia ludzi Północy. Gdzieś przy 3 kawałku lody ostatecznie topnieją, a publiczność ożywczo oraz kompletnie oddaje się w ręce żwawo pląsających po scenie wodzirejów. Zespół gra głównie materiał z ostatniego krążka „stop. think. run”, ale nie daje nam zapomnieć o swoich hitach pod postacią „Cantaloop” czy „Lazy Day”. Widać, że Us3 świetnie się przy tym bawią, cieszą się byciem na scenie, co również udziela się publiczności. Nie żałują sobie popisów na swoich instrumentach, a Pan DJ nawet radośnie stawia sobie gramofon na głowie (ta sztuczka podobnież ma nazwę, ale jestem zbyt wielką ignorantką, aby wygooglać tę specjalistyczną nazwę). Mimo że momentami na scenę nieśmiało wkrada się monotonia, a pozbawione ZYWEJ sekcji rytmicznej brzmienie wydaje się nawet zbyt … syntetyczne, to i tak brzmi to wszystko o wiele żwawiej i bardziej energetycznie niż na płytach. Wychodzi z tego całkiem fajny, bardzo niezobowiązujący koncert, zwłaszcza jeśli nie oczekiwało się po nim zbyt wiele. Na koniec Wilkinson oświeca nas, że przecież Gdańsk (bardzo ładnie zresztą wymówiony) był pierwszym polskim miastem, do którego 12 lat temu zawitało Us3 (z powodów, które można tłumaczyć dobrą dyplomacją, poprawnością polityczną albo po prostu sklerozą, nie wspomniał jednak o tym, że zostali oni wtedy także powitani z prawdziwą północną gościnnością – dostali w papę pod klubem Sfinks w Sopocie)*. Jednocześnie zachęcał do kupowania płyty „stop.think.run”, zapewniając przy tym, że jeśli ją kupimy, pojawią się w Gdańsku z powrotem za mniej niż 12 lat. Niektórzy zostali przekonani i go posłuchali.

* 12 lat byłam bardzo nieletnia, co oczywiście nie tłumaczy tego, że ten fakt … może wcale nie być faktem. Poinformowanych i oświeconych proszę o ewentualne poprawnie mnie w ww. kwestii.

aaktt:
Jazz-rapowy kolektyw Us3 dał we wrocławskiej Strefie WZ ponad półtoragodzinny koncert i muszę przyznać, że zupełnie nie spodziewałem się tego, co ostatecznie było mi dane zobaczyć. Po lekturze obowiązkowej w postaci klasycznego już „Hand on the Torch” i kilku nowszych propozycjach grupy, nie przypuszczałem, że koncert będzie aż tak mocno hip-hopowy.

Zespół wystąpił w ośmioosobowym składzie wliczając w to, poza oczywiście producentem i mózgiem projektu – Geoffem Wilkinsonem, DJ’a, basistę, trębacza, saksofonistę, klawiszowca i dwóch młodych MC, którzy dołączyli do grupy przy okazji powstawania najnowszego „stop. think. run.”, tj. Brooka YungaSene. Zaczęło się bardzo energetycznie i stricte rapowo, od utworów z ostatniego wydawnictwa i minęło dobrych kilka kawałków zanim fanom „Hand on the Torch” było dane usłyszeć „I Got It Goin’ On”„I’m Thinking About Your Body” czy już w dalszej części koncertu legendarne „Cantaloop (Flip Fantasia)”. Przez cały występ zdecydowanie dominowały utwory z ostatnich kilku płyt, ze szczególnym wskazaniem na ostatnią. Jeśli ktoś przyszedł zobaczyć dobry hip-hopowy koncert ze świetnymi beatami, dobrymi rymami i dużą dawką energii, to z pewnością nie wyszedł zawiedziony, czego nie można powiedzieć niestety o miłośnikach jazzu, który został zdecydowanie zdominowany przez charyzmatycznych raperów i spłycony wręcz do roli podkładu muzycznego. Trąbka, saksofon i klawisze towarzyszyły co prawda prawie każdemu utworowi, ale raczej tylko jako tło. Na palcach jednej ręki można wymienić utwory, w których partie instrumentalne wysuwały się na pierwszy plan (były to głównie starsze kompozycje). Rola kontrabasisty została natomiast ograniczona do jego obecności na scenie, bo zagłuszany przez syntetyczne beaty, nie miał żadnej siły przebicia.

Minusem był także brak jakiegokolwiek kontaktu z publiką, który w bardzo prosty sposób można było uzyskać, choćby przez zaangażowanie jej do wykrzykiwania prostych fraz powtarzających się w charakterze refrenu w większości piosenek. Odczucie zmęczenia powodował brak jakichkolwiek interlude’ów między kompozycjami. Na sam koniec jako bis, zespół zafundował nam aż trzy utwory zaczynając od klasycznego „Lazy Day”, podczas którego przygaszono światła i poproszono publiczność o zapalenie zapalniczek. Zakończono karnawałowo brzmiącym imprezowym „Kick This”, które to dopiero w pełni porwało ludzi do zabawy.

Nieuchronne wydają się porównania kolektywu do The Roots, w których muzyce także ogromną (a nawet większą) rolę odgrywają żywe instrumenty. Teraz pozostaje pytanie dlaczego mimo dobrego startu z debiutancką ep-ką „Flip Fantasia” Us3 nie udało się z podobnym stylem muzyki osiągnąć tak spektakularnego sukcesu jak grupa z Filadelfii? Odpowiedź na szczęście pojawiła się sama jeszcze w trakcie koncertu – utwory Us3, mimo że brzmiące ciekawie jako pojedyncze fragmenty, w obrębie całości zlewają się ze sobą, są zbyt podobne i oparte na tym samym patencie: instrumentalny podkład + hip-hopowy beat + rapowane zwrotki + prosta chwytliwa fraza powtarzana kilkakrotnie jako refren + krótka solówka, któregoś z dostępnych instrumentów pod koniec utworu.

Mimo wszystko występ był bardzo energetyczny, zarówno MC, jak i muzycy dali radę porwać wrocławską publiczność.


fotki: sensiside

Komentarze

komentarzy