Od wczoraj walczę ze sobą i próbuję zdecydować czy coś napisać, i co to w ogóle mogłoby być. Większość rzeczy, o których myślę już zostało powiedziana i przetworzona tyle razy, że zaczyna zamieniać się w banał: król popu, geniusz, inspirujący miliony artysta, kontrowersyjny ale wielki człowiek. Nie pozostaje mi zatem nic innego jak opisać moje osobiste przeżycia związane z Królem.
Nie pamiętam, żeby w mojej edukacji muzycznej był ktoś przed Michaelem. Zakładam, że wcześniej były tylko piosenki dla dzieci. Domyślam się jak to się stało, że to właśnie on „uczył mnie muzyki”. On był wtedy u szczytu sławy a ja nie miałam innych muzycznych wzorców. Nie pochodzę z domu, w którym kochano muzykę. Nikt mi nie kupował płyt, nie chodził na koncerty i nie fascynował się żadnymi artystami. Byłam wówczas bezkrytycznie nastawiona do muzyki, a Jackson był jednym z niewielu międzynarodowej sławy artystów, o których wówczas mówiono w naszym postkomunistycznym kraju. I jak miliony na świecie zakochałam się w marzeniu, jakim wówczas był Michael. Były kasety, plakaty, koszulki i zeszyty wyklejane jego zdjęciami. Śledząc teraz jego śmierć prawie na żywo w Internecie, zastanawiałam się jak my to wszystko robiliśmy. Nie było telewizji muzycznej, nie było miesięczników muzycznych, nie było wymiany wiadomości i muzyki w sieci. Były oszukane wydania kaset, do których wkładki składały się ze zdjęcia artysty i spisu listy utworów. To i te jego wspaniałe amerykańskie teledyski, puszczane rzadko w nielicznych programach telewizyjnych.
W miarę upływu lat zdążyłam zdradzić Michaela, kiedy znalazł się na życiowym zakręcie, kiedy jego muzyka odnosiła mniejsze sukcesy. Były to czasy nagonki na króla i wątpliwości jakie towarzyszyły chyba wszystkim fanom. Na nieszczęście dla niego to miało się już nigdy nie skończyć, bo nadeszła wówczas nowa era. Era strącania wielkich gwiazd z piedestału. Ja wówczas wyrażałam swoją potrzebę buntu słuchając zupełnie innej muzyki i obracając się w kręgach, w których Jackson był obciachowy. Przepraszam Michaelu…
Teraz dopiero, jako dorosła osoba zdałam sobie sprawę, że w muzyce zatoczyłam koło i zupełnie nieświadomie wróciłam do Jacksona. Bo przecież Ci wszyscy artyści, których teraz uwielbiam, których teraz podziwiam, oni wszyscy uczyli się od Michaela. Teraz dopiero zrozumiałam co uczynił dla muzyki, jak był wielki. Dokładnie miesiąc temu sięgnęłam w sklepie muzycznym po moją pierwszą płytę kompaktową Michaela Jacksona – „Off The Wall”. Pomyślałam sobie wtedy, że naprawdę wciąż go uwielbiam i że muszę uzupełnić swoją kolekcję o jeszcze kilka pozycji z jego dyskografii. Bo my, lecący pod 30-stkę obywatele najmniej ważnego kraju w Europie wciąż bawimy się na imprezach w domu przy utworach Jacksona.
Tak właśnie od wczoraj żegnam się z Michaelem – słuchając jego muzyki i tańcząc. Inaczej się chyba nie da.
Żegnaj Jacko! Obyś po śmierci znalazł to szczęście, którego szukałeś bezustannie tu na ziemi.
P.S. Przepraszam za zablokowanie wpisu i usunięcie komentarzy ale pozwolę sobie potraktować ten wpis jako osobiste pożegnanie w związku z czym uważam, że wszelkie komentarze odchodzące od tematu są nie na miejscu.



Komentarze