
Zwykle okładki płyt i singli to jedynie dodatki do muzyki i faktycznych informacji i tej zasady staram się trzymać, ale kiedy tylko zobaczyłem cover nowego singla Rihanny, nie mogłem się powstrzymać przed jego publikacją. Czy może raczej przed publikacją tych słów: o co chodzi? Od samego początku promocji, jeszcze nienarodzonego nowego muzycznego dziecka barbadoskiej piosenkarki, wydaje się mieć na siebie milion pomysłów, a zarazem żadnego. Nie tylko nie dowiedzieliśmy się w końcu czy Rihanna w swoim nowym scenicznym wcieleniu jest kobiecą wersją Zorro, kapitana Haka czy reinkarnacją Grace Jones, ale z każdym kolejnym opublikowanym skrawkiem tego wizerunku narasta coraz większa konfuzja. W teledysku do nowego singla-nie-singla „Wait Your Turn” zakapturzona w czarno-białej stylizacji z opaską na oku, jawnie próbuje nas nabrać, że jest postacią z jakiegoś taniego amerykańskiego filmu grozy, aż wreszcie teraz na okładce do tej samej piosenki pozuje toples w podartych jeansach na niebieskim tle. Czy tylko ja tego nie łapię? Może tu po prostu nie ma czego łapać, bo koncept jest taki, że nie ma konceptu? W każdym razie patrząc na te zdjęcia i klipy i porównując je z nową muzyką R, dochodzę do wniosku, że mamy tu definitywny przerost formy nad treścią. Czy ubieranie miałkich popowych pioseneczek w mroczne i dziwne obrazy, naprawdę dodaje im artyzmu? W tym wypadku nawet Miley Cyrus wydaje się być bardziej prawdziwa i koherentna wizerunkowo.


Komentarze