„Podłożem zespołu zawsze był funk” – Brenda Walsh dla soulbowl.pl

Data: 3 października 2011 Autor: Komentarzy:

282085_199887506736495_5917982_n

Długo czekałam na pełnoprawny album grupy Brenda Walsh, nie zawiodłam się. W dzień premiery mamy dla Was niespodziankę. Z czym podaje się album Many Faces of Brenda Walsh, co chłopaki planują na najbliższą przyszłość, skąd się wzięła ekscentryczna nazwa zespołu, co łączy Radka i wzornictwo? Takie i inne smaczki tylko w rozmowie dla miski. Przed Wami, po skoku reprezentacja – Tomasz Kutera, basista i założyciel składu oraz wokalista – Radek Rejsel.

Gadamy w przed dzień premiery Waszego pierwszego krążka, jak się czujecie z pierworodnym dzieckiem w ręku?

RaRe: Jestem bardzo szczęśliwy i dumny z tego, że nasze muzykowanie zmaterializowało się w postać płyty CD. Bardzo lubię badać wszystkimi zmysłami to, co kreuję (może dlatego poszedłem na wzornictwo). Ogromną radość sprawia mi trzymanie w ręku „naszych piosenek”’, wąchanie atramentu świeżo odfoliowanej okładki, wyciąganie i wkładanie dysku ponownie do opakowania, słuchanie płyty z odtwarzacza CD. Muszę przyznać jednak, że bardziej wariowałbym gdyby Many Faces Of Brenda Walsh została wydana na kasecie lub winylu! Mam wrażenie, że nasza muzyka dzięki temu nobilitowała, odczuwam ulgę i mam ochotę na więcej. Trochę też się boję…

Tomek Kutera: Bardzo dumny się czuję. To oczywiście debiutancka płyta Brendy, a jednocześnie moja pierwsza. Niesamowicie jest trzymać w rękach coś, nad czym pracowało się tak bardzo długo. Jestem też ciekaw opinii słuchaczy. Dla mnie, a słucham dużo,ten album jest strasznie dziwny (celowo nie rozwinę, o co dokładnie mi chodzi) i nie do końca wiem, jak na niego zareagują odbiorcy. Mam nadzieję, że dobrze. Chociaż trochę się obawiam… Czas pokaże.

Zacznijmy od… nazwy zespołu. Skąd ten pomysł? Dla mnie jest fenomenalna.

RR: Nie dziwię się, że nazwa do Ciebie trafia. Zapewne zasiadałaś kilkanaście lat temu przed telewizorem oglądać Beverly, które jest symbolem lat 90.. Jasne, chcieliśmy nawiązać do tej dekady, większość członków zespołu była wtedy dzieciakami zajaranymi tym serialem. Dużo ważnych rzeczy wpłynęło w tym okresie na to kim jesteśmy teraz i czym jest nasz zespół. Należy jednak mieć na uwadze, że ‘Brenda Walsh’ użyta została ironicznie. Poza tym, zależało nam na ciekawej nazwie, która spoiłaby ten mnogi gang w jedno. Na szczęście nie wszyscy pamiętają Brendę Walsh i traktują to, jako nowość. Ja np. nie oglądałem BH9210 i nie wiedziałem, kim jest Brenda. Widziałem natomiast tu duży potencjał i plastyczność.

TK: Mówiąc mniej romantycznie, po prostu potrzebowaliśmy nazwy, więc któregoś dnia spotkaliśmy się wszyscy w jednym miejscu, każdy z propozycjami i urządziliśmy mini wybory. Brenda Walsh była jednym z moich i Puocia – naszego rapera – pomysłów, a wpadliśmy na nią… przeglądając Wikipedię. Oczywiście, konotacje nazwy, jak mówi Radek, były baaardzo ważne, więc to nie jest tak, że się wzięło zupełnie od czapy. Swoją drogą – zespół mógł się też nazywać Knight Industries albo Brunet Will Call… Brenda to jednak był dobry wybór. Może to mało romantyczne, ale cóż… Tak to po prostu wygląda.

Opowiedzcie trochę o historii grupy. Długo formował się ostateczny skład? Skąd pomysł na tyle osób i instrumentów?

TK: O Jezus, bardzo długo. Zacznijmy od tego, że zespół kiedyś, dawno temu nazywał się Funk Me Hard. W zalążkach powstał w 2007 roku, kiedy na próbie przypadkowo spotkałem się ja i Kuba Sudół, nasz perkusista. Potem doszedł Wiktor, gitarzysta i kolejne osoby. Ludzie odchodzili i przychodzili. Graliśmy naprawdę różne rzeczy, najpierw bardzo amatorskie, potem coraz bardziej profesjonalne. Ostatecznie doszliśmy do punktu, w którym mogliśmy wydać płytę. Zmieniliśmy nazwę z kilku powodów. Głównie dlatego, żeby zaznaczyć świeży start formacji, która przeszła baaardzo wiele. Zastosowaliśmy metodę grubej kreski.
A czemu tyle osób? Tak wyszło ;) Już na początku z Kubą chcieliśmy mieć dużo osób w bandzie, ale szczerze mówiąc nie sądziliśmy, że to aż tak się rozrośnie. Wyszło świetnie, wielkość Brendy to przecież jeden z jej znaków rozpoznawczych. Pierwszy koncert zagrało 7 osób. Teraz jest 12. Co będzie za rok?

Orkiestra dęta! Łączycie w swojej muzyce wiele gatunków muzycznych, który z nich jest Wam najbliższy?

RR: Myślę, że dla większości będzie to funk. Ja cudownie czuję się w tym naszym muzycznym misz maszu, choć wcześniej wspomniany funk jest tu najbardziej wyzwolony, pierwotny. Lubię, kiedy łączymy instrumenty dęte z syntetycznymi brzmieniami. Nie wiem czy to do siebie pasuje, jednak wtedy najbliżej nam do brzmieniowej autonomii. Myślę, że wbrew pozorom jeszcze za mało eksperymentowaliśmy.

TK: Przyjdzie i na to czas. Odpowiadając na pytanie: podłożem zespołu zawsze był funk (patrz: pierwsza nazwa), ale w którymś momencie bardzo od niego odeszliśmy (patrz: zmiana nazwy). Co teraz nam jest najbliższe? Każdemu co innego. Patrz: nazwa płyty.

Planujecie jakąś trasę koncertową?

RR: Tak, myślę, że uda nam się zwiedzić niebawem parę miejsc w Polsce.

Czy mi się tylko wydaje, że nie było pierwszego oficjalnego singla jeszcze?

RR: Ustaliliśmy, że nasza muzyczną wizytówką w radiach będzie ‘Porn Site’. Nie był to łatwy wybór. Udało nam się zrobić kilka skrajnie różnych kawałków, ale jednak to piosenka o stronach porno wybiła się pod względem przebojowości i kreatywności brzmieniowo-lirycznej.

TK: A ja bym chciał, żeby ludzie słuchali całych płyt, a nie pojedynczych kawałków… Tak w ogóle, nie tylko w naszym przypadku.

To prawda, jednak wiesz jak to jest zazwyczaj, po nitce do kłębka. Od singla do albumu. Jedziemy dalej. Kiedy możemy spodziewać się jakiegoś szalonego jak cała Brenda klipu?

RR: W planach na przestrzeni 2 miesięcy jest realizacja dwóch muzycznych obrazków m.in. do „Porn Site”.

Skąd Wy macie aż tylu fanów, że ciężko było mi gdziekolwiek stanąć na Waszym koncercie? Zawsze tak jest? Z ręką na sercu przyznaję, że zapoznałam się z Waszą twórczością stosunkowo niedawno.

RR: Jest tak, że dzieje się jakaś magia na naszych koncertach, to prawda. Zagraliśmy stosunkowo niewiele, ale na większości z nich brakowało miejsca dla publiki. Znając relacje z drugiej strony, okazuje się, że ludzie czują, że to, co robimy jest autentyczne. Celem naszego grania jest przyjemność, jaką z tego czerpiemy, a to zaraża. Zespół funkcjonuje na zasadzie paczki przyjaciół, która nie ma na celu czerpania jakichś materialnych zysków czy też innych bliżej sprecyzowanych osiągnięć. Po prostu jest nam ze sobą dobrze i cieszymy się z każdej spędzonej na graniu razem chwili. Nie ma w tym spiny, ani frustracji. Musze przyznać też, że internet, jako medium ułatwił sprawę. Dużo osób zainteresowało się nami po tym, jak na YouTube umieściliśmy nagranie z próby, na której wykonujemy „Porn Site”.

TK: Brenda działa tak: jeśli przyjdziesz na jeden koncert, będziesz przychodzić na kolejne. Nie wierzysz? To przyjdź i się przekonaj ;)

Wystartowaliście z bardzo dobrym i mocnym materiałem na początku, jest wiele składów/wokalistów w podziemiach, którzy nie dostali (jeszcze) szansy wydania pełnoprawnego albumu. Jak myślicie, czym to jest spowodowane? Aż tak ciężko jest wypromować w Polsce brzmienia spod znaku naszej miski? Szczerze.

TK: Rozdzielmy dwie sprawy. Wydanie płyty to kwestia mnóstwa uporu, mnóstwa zaparcia, mnóstwa ciężkiej pracy i trochę szczęścia, nie ukrywajmy. Owszem, dostaliśmy szansę, ale też bardzo ciężko na nią zapracowaliśmy. Druga rzecz to promocja: to ciągle przed nami, Brenda jeszcze nie jest ogólnoświatową gwiazdą. Ale to kwestia czasu… Mówiąc poważnie: Internet bardzo ułatwia sprawę, trzeba tylko wiedzieć jak. Niestety z tego, co obserwuję, mało kto wie o co tak naprawdę chodzi.

Wróćmy do płyty. Dlaczego angielskie teksty przeważają? Ciężko jest Wam jeszcze pisać teksty w języku polskim?

RR: Ja jestem odpowiedzialny za to, że większość tekstów jest po angielsku. Nigdy nie słuchałem polskiej muzyki, a ta, która jest naszą inspiracją pierwotnie była pisana po angielsku. Dla mnie śpiewanie takiej muzyki w innym języku jest nienaturalne. Gdyby Brenda grała inną muzykę możliwe, że podziałałaby ona na środki językowej ekspresji. Taka ciekawostka – jeden z kawałków nie trafił na płytę, gdyż był zaśpiewany po polsku. Próbowałem się zmierzyć z tą materią, poniosłem klęskę. Brzmiałem kwadratowo i nienaturalnie.

Pytanie do wokalisty. Radku, odpowiedz mi i naszym czytelnikom gdzie Ty się wcześniej z takim głosem chowałeś? Śpiewałeś gdzieś wcześniej? Uczyłeś się śpiewu?

RR: Jako dzieciak śpiewałem w Pałacu Młodzieży w Szczecinie, na czas okresu buntu próbowałem się odnaleźć w kapelach ciężkich, gitarowych – bezskutecznie. Kilka lat śpiewałem w Gospel Szczecin Choir. To doświadczenie otworzyło mnie na śpiewanie. Można powiedzieć, że pozbyłem się wstydu. Od dziecko ciężko mi było się czegoś nauczyć. Lekcje śpiewu zawsze kończyły się porażką, nie umiałem opanować mojej spontaniczności, dostosować się do ciasnych ram szlifowania warsztatu. Czułem, że jestem mocniejszy w tworzeniu niż w odtwarzaniu. Chyba nigdy nie nauczę się tak do końca śpiewać, ale nie na tym zależy mi najbardziej.

Czym zajmujecie się poza muzyką?

RR: Mam za sobą liceum plastyczne, obecnie studiuję wzornictwo na ASP. Marzę o tym by zająć się tylko muzyka. Wracam na studia po rocznej przerwie dziekańskiej poświęconej rozwijaniem muzycznej pasji. Dobrze mi to zrobiło bo nagrywam już solową płytę.

TK: Grami wideo. Ale poważnie, zajrzyj na Polygamia.pl

Tradycyjne pytanie od nas, jako samozwańczych dźwięko-maniaków. Co sądzicie na temat promocji i sprzedaży muzycznej w Internecie? Ostatnio pojawia się coraz więcej blogów muzycznych. Czy to dobrze, że każdy może usiąść sobie na miejscu krytyka? Jaki wpływ na muzykę w ogóle ma według Was Internet?

TK: Znów: rozdzielmy rzeczy. Promocja (i sprzedaż) muzyki w Internecie pozwoliła wielu niszowym projektom na znalezienie odbiorców, ułatwiła niezwykle wiele także słuchaczom. Ogromna dostępność muzyki pootwierała głowy co bardziej zatwardziałym. To cudowne, że nie mamy już twardych podziałów na zamknięte subkultury, że chcemy to wszystko mieszać, słuchać wszystkiego naraz. To raz.
Dwa: Blogi muzyczne. Jak w ogóle blogi, każdego rodzaju – fajne jest to, że każdy może coś takiego założyć. Na tym polega Internet. Inna rzecz, że dziś w sieci liczy się w dużej mierze jakość, konkurencja nie śpi. Jeszcze kilka lat temu internauci byli mniej wymagający, obecnie nawet amatorskie strony czy blogi muszą być profesjonalnie prowadzone, inaczej upadną. Więc to nie jest tak, że każdy może robić to, co chce. Jeśli będzie to robił słabo, to do nikogo nie trafi. Przetrwają najsilniejsi i najlepsi.
Trzy: Jaki w ogóle wpływ na muzykę ma Internet? To temat na pracę magisterską, co najmniej ;) Z najprostszych przykładów, które od razu przychodzą mi do głowy: chillwave. Ten gatunek nie powstałby bez sieci.

Jedno z moich ulubionych pytań, co macie na swoich odtwarzaczach muzycznych i co się tam nigdy nie zajdzie?

RR: Zawsze: Jamie Lidell, Prince, Czeslaw Niemen, Queen, D’Angelo. Jedno, czego nie jestem w stanie pojąć swoim uchem to Lady Gaga.

TK: Mam mały odtwarzacz, więc muszę cały czas rotować płytami, które tam się znajdują ;). Absolutnie zawsze mam tylko kilka. Łona – „Koniec żartów”, bo zawsze jest w stanie poprawić mi humor, Gas – „Pop”, bo jest w stanie mnie uspokoić i Neutral Milk Hotel – „In the Aeroplane Over the Sea”, bo to po prostu moja ulubiona płyta i nigdy nie wiem, kiedy będę miał ochotę jej posłuchać. Nie znajdzie się tam nigdy Lady Gaga.

Na zakończenie powiedźcie, jakie są Wasze plany na niedaleką przyszłość.

RR: Koncerty z Brendą i dotyczące mojej osoby – premiera projektu RaRe&Kush, i koncerty z Silkiem.

TK: Grać, grać, grać.

Dzięki wielkie za rozmowę chłopcy!

Komentarze

komentarzy