wywiad

„Chcielibyśmy, by ludzie odebrali ten materiał jako historię” — Sonar dla Soulbowl.pl

Rozmowę z Leną Osińską i Łukaszem Stachurko, tworzącymi zespół SONAR, przeprowadziliśmy tuż przed premierą ich drugiego, długogrającego albumu. W trakcie wywiadu poruszyliśmy wszystkie ważniejsze kwestie, dotyczące wywoływanego Torino, a także podpytaliśmy o inne wątki poboczne, które mają dziś wpływ na ich twórczość i postrzeganie branży muzycznej. Zapis tej ponad półgodzinnej dyskusji znajdziecie poniżej. Zapraszamy do lektury!

 

Soulbowl: Zanim wyszła wasza płyta wypuściliście tylko jeden singiel, który — oprócz krótkiego filmiku promo — był w zasadzie jedyną zapowiedzią Torino. Czy był to z góry przemyślany ruch?

Lena: Mieliśmy założenie, że tę płytę należy traktować jako całość i tak też warto jej słuchać. Wiemy, że teraz jest moda na słuchanie singli, ale chcielibyśmy, by ludzie odebrali ten materiał jako pewną historię.
Łukasz: Najważniejsze w Torino jest to, że ta płyta jest spójna i nie jest właśnie zlepkiem singli. Z drugiej strony ciężko nam by też było wytypować konkretne utwory do reprezentowania samego albumu. A z trzeciej strony, chcieliśmy wypuszczać wszystkie single od razu z teledyskami. Także mogę już zdradzić, że kolejne klipy w drodze. Jest to poniekąd też powrót do takiego oldschoolowego słuchania płyt, bez skakania po numerach, tylko wnikliwego słuchania od początku do końca.

Więc od razu nasuwa mi się pytanie, czy w chwili obecnej sprawdzają się w ogóle koncept albumy? Zwłaszcza na tym elektronicznym gruncie?

Łukasz: To się pewnie okaże z czasem, natomiast nie bardzo znamy inną drogę. Nie planujemy naszej twórczości pod jakieś ruchy marketingowe, być może to błąd, ale robimy swoje, kierując się instynktem. Jest oczywiście sporo rzeczy promocyjnych, które wydarzają się po wydaniu płyty, jednak to wciąż wszystko są działania, nad którymi od początku do końca trzymamy pieczę, co nas też bardzo fascynuje i jest nijako przedłużeniem procesu kreacji. Reasumując, to nie ma chyba złotego środka czy idealnego sposobu na wydawanie płyty i promocję wokół niej. Zwłaszcza, że moje poprzednie projekty pokazały, że czasami wszystko się dzieje samo, niezależnie od działań promocyjnych lub ich braku. RYSY pokazały, że można zaistnieć dosyć szeroko, będąc niezależnym i wydając w niewielkiej wytwórni bez gigantycznych nakładów na promocję.

Wasza najnowsza płyta została nagrana we Włoszech, gdzie spędziliście kilkadziesiąt dni u twojego (Łukasza – przyp. redakcja) znajomego. Jednak nie był to wasz pierwszy wspólny wypad na Półwysep Apeniński. Włochy są dla was szczególne?

Lena: Tak, byliśmy w Mediolanie. Ale to było przy okazji tego samego wyjazdu.

Rozumiem. Myślałem, że upodobaliście sobie jakoś szczególnie Włochy.

Łukasz: Ja uwielbiam Włochy. Za dzieciaka jeździłem co roku z rodzicami na południe. Ostatnie kilka lat to eksploracja północy przy okazji wizyt u mojego przyjaciela, u którego teraz nagrywaliśmy Torino. Kiedyś jak byłem u niego w Turynie, to zjechaliśmy całe wybrzeże, aż do Marsylii. To są piękne, niezwykle inspirujące rejony. Wciąż mnie tam ciągnie.

To chyba zresztą tak jest, że miejsce w którym się nagrywa, determinuje później samo brzmienie.

Łukasz: Zdecydowanie. Do tego naprzeciw wychodzi technologia – sprzęt studyjny jest teraz na tyle mobilny, że jestem w stanie zapakować go ze sobą w bagaż podręczny. Także spokojnie mogę nagrywać gdziekolwiek, bez strachu, że ucierpi na tym jakości materiału. Kolektywne tworzenie jest również ogromnym atutem. Jak się jest razem, odpoczywa się razem, podróżuje się razem i nagrywa się później też razem. Dzięki temu zbliżamy się do siebie, jesteśmy w podobnym stanie ducha i umysłu, więc i sam proces tworzenia przebiega w bardziej naturalny sposób.

Znam oczywiście historię okładki, która znalazła się na Torino. I chciałem was spytać, czy nie kusiło was, by jednak zamienić to BMW na jakieś włoskie auto? W końcu nagrywaliście płytę w stolicy włoskiej motoryzacji.

Lena: Nie wiem czy wtedy nie byłoby to za bardzo wprost.
Łukasz: Ja też nie przepadam za taką dosłownością. Torino jest fajną nazwą, wydaje mi się, że ten pomysł się dobrze broni. Natomiast co do okładki, to ja jeszcze przed tym jak wyjechaliśmy do Turynu i pojawił się pomysł na nazwę płyty, to wiedziałem, że to zdjęcie, a następnie przeniesienie go na płótno będzie świetnym pomysłem. Może to dziwne, ale tutaj są wszystkie emocje, których szukam w muzyce. Jest jakaś groza, niepokój, a z drugiej strony morze, plaża i wakacyjny vibe. Samo zdjęcie wydaje się nierealne, a przecież to wydarzenie miało miejsce naprawdę. Dodatkowo dochodzi wątek mojej metody tworzenia, która bazuje na samplingu, a więc szukaniu dźwięków na starych winylach i nadawaniu im nowej formy. Dlatego ta okładka to trochę taki sampling rzeczywistości. To zdjęcie się pojawiło, ja je wypatrzyłem, poczułem, a Zbiok Czajkowski umieszczając je na płótnie nadał mu nowego wyrazu. To jakby odbicie mojej muzycznej metody w graficznym świecie. Z finalnego efektu – okładki i nazwy – jestem bardzo zadowolony.

Wasz materiał w notce prasowej zapowiadany był jako imprezowy, lekki, bardziej przystępny od pierwszej płyty. Natomiast patrząc, a w zasadzie wsłuchując się w słowa, to gryzie mi się to trochę z takim przekonaniem, że to jest łatwa w obiorze płyta. Jest tu wiele gorzkich tematów, chociaż kompozycje niemal taneczne.

Lena: Jasne, wakacje są super odprężające i miłe, jednak swoje się przeżywa i nie zawsze są to pozytywne emocje. Dlatego też paleta tematów na wydawnictwie jest bardzo różnorodna. Te emocje, które miałam w sobie, przelałam na tekst.
Łukasz: Zarówno w warstwie lirycznej jak i muzycznej wciąż interesuje nas środek. Nie chcemy dawać odbiorcy rzeczy dosłownych: podniosłych czy nazbyt przejmujących, bo to wieje patosem, z drugiej strony rzeczy, które są nazbyt lekkie i zwiewne, bo mogą wydawać się zbyt błahe, więc jest ryzyko otarcia się o banał. W związku z tym zawsze stoimy w rozkroku i szukamy drogi środka.
Lena: Zależy też nam, by tekst i muzyka nie były jednoznaczne, i można z nich było wyciągnąć różne stany emocjonalne. W końcu w różnych stanach ludzie będą też tego słuchali – chcemy im wyjść naprzeciw.

No właśnie, Lena, jeśli chodzi o teksty, to ty zaczynałaś przygodę z muzyką tak na serio od The Voice of Poland. W sieci można też znaleźć covery twojego autorstwa. Przy Pętlach z kolei teksty podzielone były mniej więcej pół na pół – część była twojego autorstwa, część od zaprzyjaźnionych artystów. Teraz, przy okazji Torino, większość wyszła spod twojej ręki. Ja w tym widzę naturalny rozwój i pewną konsekwencję.

Lena: Jeśli chodzi o ten początkowy etap mojej przygody z muzyką, to ja już wtedy pisałam swoje utwory, ale i wykonywałam covery. Mam też masę piosenek napisanych tylko do szuflady, których nawet nigdy nie nagrałam, a które były zapisane wyłącznie na kartkach. Idąc również do Voice’a miałam przygotowanych kilka autorskich numerów i myślałam już powoli o znalezieniu odpowiedniego producenta, który pomógłby je ożywić. Więc jest trochę inaczej niż to przedstawiasz, ale faktycznie dopiero teraz zabrałam się za warstwę liryczną tak na serio, zwłaszcza jeśli chodzi o utwory pisane po angielsku.

A sądzisz, że właśnie programy typu The Voice of Poland otwierają drzwi do wielkiej kariery?

Lena: Nas (Lenę i Łukasza – przyp. redakcja) połączył, więc w sumie otwiera. (śmiech) Poza tym pokazujesz się ogromnej ilości ludzi, także te drzwi da się otworzyć, trzeba tylko skorzystać ze swojej szansy.
Łukasz: Temat programów typu Voice jest o tyle ciekawy, że niekoniecznie trzeba być w finale, żeby wzbudzić czyjeś zainteresowanie. Samo pokazanie się tam może być wiele warte. Ja o Lenie dowiedziałem się na przykład przez znajomych, którzy widzieli jeden z jej występów. Także polecałbym producentom, którzy chcą w ten sposób szukać ciekawych wokalistów do współpracy, by przede wszystkim szukać wśród ludzi, którzy pojawiają się we wcześniejszych etapach, a niekoniecznie dochodzą do ścisłych finałów.

Jak się z kolei zapatrujecie na nowe formy promocji swojej muzyki w Internecie? Chodzi mi na przykład o cross promocje z youtuberami oraz inne akcje marketingowe, mogące pokazać waszą muzykę zupełnie nowemu odbiorcy.

Łukasz: Bardzo pozytywnie. Do promocji naszej pierwszej płyty w znacznym stopniu przyczyniła się osoba Krzysztofa Gonciarza, który umieszczał nasze utwory w swoich filmikach. Półtora roku temu zagraliśmy w Warszawie na jego imprezie, w zamian za co zrobił o nas fajny hałas na swoim kanale. Poza tym ciągle jesteśmy z nim w kontakcie i np. przy ostatniej wizycie Leny w Tokio, gdzie kręciliśmy klip, wpadł na plan zdjęciowy, pomógł z lokacjami, zrobił o nas materiał na swoim vlogu. To naprawdę fajne móc współpracować z takimi ludźmi jak Krzysiek. On, podobnie jak my, stawiając na jakość sam stworzył swoje narzędzia i znalazł sposób na siebie, więc taka forma partnerskiej współpracy wydaje się bardzo naturalna. Youtuberzy mają obecnie gigantyczne zasięgi, a przy okazji trafiają do kumatych odbiorców. Jako zespół mamy nawet specjalną ofertę dla vlogerów, także bardzo przyjemne jest to, że ten dystans między twórcami różnego typu tak się zmniejszył i można z tego swobodnie korzystać. Bez jakichś osób trzecich czy typowych panów w garniturach.

Skoro poruszyliśmy temat świadomych odbiorców, to myślicie, że słuchacze jeszcze podchodzą w pełni świadomie do twórczości danych artystów, czy tej muzyki obecnie jest tak dużo, że ciężko przysiąść i porządnie wsłuchać się w dane wydawnictwo?

Lena: Ja jako odbiorca czuję się czasami zagubiona. Mam wtedy świadomość, że omija mnie masa świetnej muzyki, której już nigdy nie przesłucham, a może jest tam zespół, który mógłby stać się moim ulubionym, a na który nigdy nie trafię. Z drugiej strony, już jako twórca, uważam że jest tyle ludzi, że jeśli sama muzyka się broni, to znajdą się osoby, które będą jej słuchać. Do tego funkcjonuję w przeświadczeniu, że jeśli za muzyką stoi pozytywne nastawienia twórców…
Łukasz: …to my tu niczego nie oszukamy. Jak nie będziemy w zgodzie z samym sobą, to będziemy na straconej pozycji. Zwłaszcza w naszej niszy musimy stawiać na szczerość. Sami to zresztą widzimy patrząc na nasz stale rosnący fanbase, który nie jest jeszcze może zbyt duży, ale jest bardzo skrupulatnie budowany, między innymi właśnie przez tę autentyczność. Poza tym widać, zwłaszcza na koncertach, że nasi odbiorcy są bardzo świadomi, że nie są to przypadkowe osoby. Ja, podobnie jak Lena, zdecydowanie lepiej czuję się jako twórca niż jako słuchacz, dlatego często mnie to przeraża, czuję się zagubiony i wyrywkowo wyłapuję coś do przesłuchania. A tak już reasumując, to sądzę że jest coraz więcej osób, które w pełni świadomie słuchają muzyki.

Często w świecie sportu, zwłaszcza w piłce nożnej, mówi się, że drugi sezon weryfikuje drużynę i trenera. Podobną analogię dostrzegam w muzyce, gdzie to nie debiut, a drugie wydawnictwo mówi o sile danego artysty czy zespołu. Sądzicie, że wasza druga płyta dobrze się broni, a przy okazji broni też was?

Łukasz: W ogóle drugi album każdego zespołu to jest bardzo trudna kwestia. To jest ogromne wyzwanie, dużo większe niż debiut. Jest to przede wszystkim chęć sprostania wszystkim oczekiwaniom, bo w końcu to od słuchacza pochodzi najważniejszy feedback. Zdajemy sobie przy tym sprawę, że budowanie własnej marki to jest dłuższa droga, w trakcie której wiele się może wydarzyć, że nic nie dzieje się ot tak, dlatego – co jeszcze raz powtórzę – robimy swoje i staramy się przy tym jak najmniej kalkulować i analizować.

A jesteście wciąż alternatywni, czy zaczynacie – chociażby tym albumem – starania o odbiorcę bardziej masowego?

Łukasz: Całe życie w rozkroku (śmiech). Cała moja dotychczasowa twórczość była właśnie taka „pomiędzy”.
Lena: U nas w kraju ten rozłam między alternatywą a mainstreamem jest też o wiele większy niż na Zachodzie. Widać to wyraźnie po repertuarze naszych stacji radiowych. Na świecie te granice już dawno się zatarły.
Łukasz: Zdecydowanie. Wystarczy chociażby spojrzeć na Wyspy i to, co promuje chociażby BBC Radio. Tacy artyści jak James Blake czy Caribou u nas są traktowani jako alternatywa, chociaż liczby odsłuchów mają jak wykonawcy popowi i tak też są w UK są traktowani. Dlatego ten podział moim zdaniem przestał już być aktualny, z kolei bardzo aktualne jest wciąż dzielenie muzyki na dobrą i złą. Poza tym, zobacz, tacy artyści jak chociażby Beyonce korzystają i czerpią inspirację z tego, co dzieje się w awangardzie. Współpracują też z producentami, którzy tworzą w offie. Nawet sposoby promocji są coraz bardziej nieoczywiste, co kiedyś było wyłącznie kojarzone z alternatywą. Wszystko się więc miesza i bardzo dobrze, że tak się dzieje.

 

„Chciałbym kiedyś nagrać coś z Andersonem .Paakiem” – GrubSon dla Soulbowl.pl

fot. Mateusz Szeliga

GrubSon w piosence „Dziennikarze”, która promowała płytę Holizm, punktował żurnalistów od „siedmiu boleści”, którzy „zadają pytania wciąż te same, zjadają mój czas cenny jak diament”. Idąc na rozmowę z Tomkiem, miałem więc na uwadze jego zabieganie, ale traktowałem ten wywiad przede wszystkim jako niezwykłą przyjemność podyskutowania z artystą, którego z mniejszą lub większą częstotliwością słuchałem na przestrzeni ostatnich lat. Pytania krążyły oczywiście wokół wydanego na jesieni albumu Gatunek L, jednak udało nam się poruszyć też kilka innych wątków, które same prowokowały do kolejnej wymiany zdań. Dlatego ode mnie BIG UP za bycie normalnym, pomimo takiego rozgłosu. Zapraszam do lektury.

Soulbowl: Z tego co podpowiedział mi Facebook oraz spięte z nim serwisy muzyczne, to wczoraj minęło 24 lata od wydania płyty Midnight Maruders A Tribe Called Quest. Z kolei ty w jednym z numerów nawiązujesz do niestety przedwcześnie zmarłego Phife Dawga, a sam utwór jest jednocześnie hołdem dla jego osoby, jak i sentymentalną podróżą do lat 90. Co w takim razie kojarzy ci się z tamtym okresem?

GrubSon: Tak naprawdę to mój najlepszy okres w dzieciństwie, czy też w dorastaniu. Szczególne miejsce ma w nim oczywiście A Tribe Called Quest, co mogę zawdzięczać bratu, który pokazał mi ich płytę, kiedy miałem te bodajże 10 lat. Mój brat miał w tamtym czasie to szczęście, że pracował wtedy w Holandii. Na miejscu dopadł sklep muzyczny, gdzie kupił dwa egzemplarze płyty Trajbów – dla siebie oraz dla mnie. Jak usłyszałem „Check the Rhyme”, „Jazz (We’ve Got)” i tak dalej, no to się zakochałem momentalnie. Byli dla mnie mega oryginalni, to umiejętne połączenie hip-hopu z jazzem, wykręcone teledyski i pozytywny vibe, strasznie mnie to jarało! Uwielbiałem ich do tego stopnia, że spisywałem ze słuchu wszystkie teksty – wiadomo, że wtedy nie znałem zbyt dobrze angielskiego – i zeszyt z tymi zapiskami posiadam do dzisiaj. Nawet później, jak już Internet stał się bardziej dostępny, to pierwsze co zrobiłem, to wpisywałem w wyszukiwarki właśnie A Tribe Called Quest. Byłem i jestem ich wielkim fanem – wszystkie płyty oryginalne, do tego winyle, a nawet plakaty.

Co sądzisz w takim razie o ich ostatniej płycie – usłyszałeś na niej ten skład, którym tak się zajarałeś? Jakby nie było wydali ją aż po 18 latach…

Słuchaj! Jak ja się dowiedziałem, że wyjdzie płyta, to pomyślałem: no nie, nie wierzę w to! Ale pierwsze, co zrobiłem jak już wyszła, to oczywiście ją nabyłem. No i powiem ci, że na początku mnie zaskoczyła i musiałem ją trochę przetrawić. Oczywiście dla mnie najlepszy numer z tego krążka, który mnie zmiażdżył i słuchałem go w kółko, to featuring z Busta Rhymesem, który moim zdaniem, jeśli chodzi o flow, to totalnie rozjebał całą płytę! Album sam w sobie jest materiałem dosyć ciężkim, zupełnie innym niż ich wszystkie poprzednie, chociażby przez ten wątek polityczny. Poza tym jest połączeniem oldschoolu z nowoczesnym brzmieniem. W ogóle fajni goście, jak chociażby Anderson (.Paak – przyp. redakcja), którego uwielbiam. Mało tego, powiem ci szczerze, że jak się dowiedziałem, że będzie płyta ATCQ, to spodziewałem się, że znajdzie się on na niej. Śmiało mogę powiedzieć, że jest to mój idol. Nawet miałem z nim okazję chwile porozmawiać po koncercie w Warszawie. Dałem mu w ogóle płytę z Woodstocku (występu GrubSona z bandem na Przystanku Woodstock – przyp. redakcja) i spytałem o to, czy nie chciałby pojawić się na mojej płycie. To był jeszcze ten czas przed boomem jego kariery, i mówiąc brzydko spierdoliłem, bo zamiast napisać do niego i domknąć temat, to ja czekałem i czekałem, a w międzyczasie on podpisał kontrakt z Aftermath i jego stawki za gościnne dogranie się poszybowały ostro w górę. Dlatego byłem bardzo zły na samego siebie. Niemniej wciąż marzy mi się, żeby coś z nim nagrać i może kiedyś się to uda.

No dobrze, to kogo jeszcze cenisz z tego nowego pokolenia – z artystów, którzy w ostatnim czasie pojawili się na scenie?

Więc na przykład Mick Jenkins, Childish Gambino, Oddisee, Scholboy Q, Ocean Wisdom, czy chociażby Domo Genesis. W ogóle z racji tego, że siedziałem ostro przy swojej płycie, to się trochę odłączyłem od świata zewnętrznego i omijały mnie wszelkie nowości, ale ostatnio miałem dosłownie jeden dzień cały wolny dla siebie i poświęciłem go na szukanie nowych rzeczy, dzięki czemu mam chyba blisko sto płyt do przesłuchania (śmiech). Do tego, bo też chciałbym o tym wspomnieć, jest po prostu wysyp zajebistych śpiewających i rapujących kobiet!

I kogo masz na myśli?

Poczekaj muszę zerknąć do telefonu (śmiech). Robiłem sobie ostatnio playlistę na Tidalu i tam mam wszystko pozapisywane. Więc po kolei: Nadia Rose, SZA, Jorja Smith, IAMDDB, Kali Uchis, RoxXxane, Fatoumata Diawara, no i Paulina Przybysz jest też bardzo fajna. A przy okazji jak tak zerkam na tę listę, to w międzyczasie przypomniało mi się, że rzeczą, jaka mnie ostatnio totalnie pozamiatała jest Abstract Orchestra. No rozkurw! Zagrali wszystkie najlepsze numery J Dilla. Ja się prawie poryczałem. Cała ta sekcja, chórki, całość pięknie zagrana, no po prostu wow, wow, wow!

Ogólnie nie wiem czy zauważyłeś, ale ostatnio jest bardzo duży wysyp zespołów, które poprzez granie na żywo łączą hip-hop z jazzem, czy też jazz prezentują w zupełnie innej, odświeżonej odsłonie, jak chociażby wrocławski zespół EABS. Pojawiają się też ciekawa funkowe brygady, gdzie warto wspomnieć P.Unity z Warszawy.

No sam widzisz jak to wraca. I jak tu nie być szczęśliwym? (śmiech)

Zresztą u ciebie na nowej płycie też pojawiły się żywe instrumenty, co w zasadzie w twoim przypadku nie jest niczym nowym.

Myśmy na tej płycie (Gatunek L – przy. redakcja) chcieli jeszcze bardziej pójść w stronę instrumentów, niestety nie było na wszystko czasu. Przecież chłopaki nie tylko grają ze mną, ale jeden gra tu, drugi gra tam, trzeci jeszcze gdzieś indziej, no i nie było opcji. To jakby raz, a dwa, że i tak mamy w planach pojechać niebawem gdzieś w góry z całym zespołem, plus Bartek (BRK – przyp. redakcja) i Jarek (Jarecki – przyp. redakcja), i chcemy zrobić płytę razem. Jeszcze oczywiście nie wiadomo, co to będzie, ale celowałbym w nowoczesny blues z soulem i funkiem.

To ciekawe, bo ostatnio miałem okazję rozmawiać z kumplem na temat zarówno twojej płyty, jak i Jareckiego, i wspólnie doszliśmy do wniosku, że musieliście chyba siedzieć razem w studiu tworząc każdy swój materiał, bo to brzmi może nie tyle tak samo, co bardzo podobnie. Śmiało mógłby z tego powstać dwupłytowy album!

Jest to oczywiście „wina” Bartka, który wyprodukował całą płytę Jareckiego, a u mnie odpowiada za ponad połowę produkcji. Poza tym my się znamy już po tych wszystkich latach, jak łyse konie. Cały czas kawałki powstają, czy to w studiu, czy w trakcie trasy, do tego sporo numerów nie weszło na płytę Jarka, kilka pomysłów zostało odłożonych, plus ja jeszcze czegoś nie wykorzystałem.

A jak to jest łączyć życie muzyka, który działa z taką intensywnością, z codziennymi obowiązkami męża i ojca?

Hm… Wcześniej było znacznie ciężej, natomiast teraz nauczyłem się to godzić. Poza tym ostatnio nawet uświadomiliśmy sobie z chłopakami, że my od tych dobrych 10 lat praktycznie non stop gramy, ale to non stop, jak nie trasa, to studio, dlatego rzeczywiście nie było to łatwe.

Myślisz czasem o tym, żeby odświeżyć jakieś swoje stare numery, które póki co leżakują w twojej szufladzie, czy zostawiasz to już raczej za sobą?

Powiem ci szczerze, że zawsze staram się chociaż taki jeden odłożony numer odkopać, odświeżyć lub ostro go przemeblować i zawrzeć na kolejnej płycie. Na przykład na Gatunek L takim utworem jest „Złoty Środek”. Beat do tego numeru ma już chyba z 7 lat i zawsze mi się podobał, dlatego powiedziałem sobie, że jak teraz coś z nim nie zrobię, to już pewnie nigdy z nim nic nie zrobię. Wcześniej niestety nie potrafiłem nic do niego napisać, jednak uważam, że każdy podkład ma swój czas, że przychodzi ten moment, w którym same dobierają się do niego słowa.

Skoro już wywołałeś sam Gatunek L, to słuchając tej płyty, ale i posiłkując się notką prasową, która opisuje zawarty na niej materiał, to przebija się spostrzeżenie, że ten album jest taki przekrojowy. Przede wszystkim definiuje ciebie i ostatnie lata twojej twórczości. Niemniej finalnie najważniejszy jest tytułowy „Gatunek L”, czyli pokazanie zgorzknienia naszego społeczeństwa, gdzie z jednej strony mamy konflikty międzyludzkie, a z drugiej uwydatnienie naszego egocentryzmu i lenistwa. Stąd pytanie nasuwa się samo, czy my rzeczywiście tacy jesteśmy?

Ja w ogóle sam się złapałem na tym lenistwie, dlatego tak powstał „Gatunek L”. Łączy się z tym z resztą fajna historia, której nigdy nie zapomnę. Regularnie mam w życiu takie etapy, w których w nieoczekiwanym momencie nagle sobie coś uświadamiam. Chwile, które zapamiętuje do końca życia i są one przełomowe. U mnie ostatnio takim przebłyskiem był czas zaraz przed moimi tegorocznymi urodzinami, które obchodzę w styczniu. Domykałem już materiał, który miał się znaleźć na nowej płycie, która w tamtym czasie wstępnie nazywała się zupełnie inaczej. Pewnego dnia przyjechałem do Bartka do studia, żeby pokończyć ostatnie numery. Towarzyszył nam zespół, który dogrywał co chwile jakieś partie instrumentów. Po skończonej sesji chłopaki rozjechali się do siebie, a my z Bartkiem jeszcze zostaliśmy, żeby dopracować inne rzeczy. Spytałem go w międzyczasie, czy ma może jakieś nowe beaty, które mogłyby mnie jeszcze zainteresować. Odpowiedział mi, bym otworzył ten i ten folder, bo jest tam kilka nowych produkcji. Odpaliłem i pierwszy poleciał „Front”, który oczywiście jeszcze wtedy nie był „Frontem”, tylko był beatem. Dosłownie po chwili wiedziałem, że muszę mieć ten beat, i że znajdzie się on na płycie. Nie wiem dlaczego, ale po prostu to czułem. Z kolei przed wyjazdem do Bartka słuchałem Milesa Davisa, bo co jakiś czas odświeżam sobie jego dyskografię. No i słucham go sobie, kiedy w pewnym momencie wjeżdża taki motyw, że mówię: no nie! I pociąłem go, zrobiłem dwa loopy, ale nie zrobiłem jeszcze nic oprócz tego loopa, po prostu pociąłem sampel, dopisałem do tego pół zwrotki i pojechałem do Bartka. Na miejscu dopisałem i nagrałem resztę tekstu. Na drugi dzień puściłem go sobie i słucham go sobie i słucham, i tak kurde: to nie jest to, coś tu nie pasuje, jakbym to nie był ja w stu procentach. Dlatego udało mi się nagrać tylko pierwszą zwrotkę, bez refrenu i dalszego rozwinięcia. Po wszystkim pojechałem po ziomka na dworzec PKP, a w drodze powrotnej zajechaliśmy do studia, by zgrać ten numer. Potem do mnie na chatę, urodziny, impreza, dużo ludzi, no i oni mówią do mnie: słyszeliśmy, że kończysz nową płytę, chętnie byśmy coś usłyszeli, puść nam jakieś nowe numery! No i puściłem im już te gotowe typu „Bestia” czy „Tribute to Phife Dawg”. Przy okazji nie zauważyłem, że ten zgrany numer ze studia był tam na tej playliście. No i na drugi dzień wszyscy się obudzili i od razu do mnie: włącz ten numer! Ja do nich: ale jaki numer? O co chodzi? Odpalam więc po kolei – i ten nie, ten nie, ten nie. Nagle mi mówią jakieś skrawki słów, nucą. A ja w ogóle w szoku, że tam był właśnie ten numer. Wtedy usłyszałem od nich, że zajebiste, że to taki 100% ja. Dopiero wtedy sobie w pełni uświadomiłem, że chodzi o ten utwór. No i oni dalej do mnie coś mówią i mówią, a ja czuje że zaczynam się odcinać i właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że Bartek może mieć lepszy czy gorszy dzień, ale to finalnie wpływa na to, co robi. Przekazuje konkretną energię na swoją muzykę. No i po tym powiedziałem sobie: nie jestem leniem i oczywiście zmieniłem trochę ten tekst. Złapałem się na tym, że się zatraciłem trochę z lenistwa i wtedy pojechałem na 3 dni sam do studia, zamknąłem się i dokończyłem ten wyżej wspomniany beat, a także dopisałem tekst do końca. Chciałem po prostu, by był to taki stricte mój numer od A do Z.

I to był numer, który spiął klamrą cały album, czy był raczej jego rozwinięciem?

On mi przede wszystkim podpowiedział, jak się ma nazywać płyta. Że tak naprawdę każdy numer jest o nas. Dlatego na albumie są ciężkie numery, są refleksyjne numery, są wesołe numery.

Ten ostatni utwór z płyty w ogóle jest totalnym kontrastem do tych pozostałych.

Dokładnie, i jest to celowy zabieg. Chciałem pokazać, że mimo tego, że dookoła dzieje się to, co się dzieje, to ja nadal jestem optymistą. Oczywiście do tych pozytywnych numerów trzeba również dorzucić „Restart”, który nakłania do tego, żeby się zrestartować po tych tematach. Ale mimo wszystko jest dużo takiego przekazu, że ciężko przesłuchać tę płytę tak na hop siup.

Rzeczywiście, sporo gorzkich rzeczy można na niej usłyszeć. W takim razie czy to jest ogólny rys społeczeństwa, czy też raczej kierujesz ten przekaz do młodszego pokolenia? A pytam o to dlatego, że na płycie znajduje się chociażby wspomniany utwór „Restart”, gdzie nawiązujesz do tego, że ludzie wolą coś nagrywać i fotografować niż przeżywać, co jakby w prostej linii odnosi się do wszechobecności smartfonów w naszym życiu. Poza tym jesteś artystą, który z pewnością widzi więcej ze sceny, i jak kiedyś widziałeś przed sobą ręce, tak teraz też widzisz ręce, z tym że już trzymające w górze telefon.

Wiesz co, u mnie na szczęście nie ma tego dużo. Bo nie wiem czy oglądasz jakieś relacje z koncertów w Stanach?

Bardzo rzadko.

Tam na przykład na Brooklyn Hip-Hop Festiwal, czy na wielu innych, które ostatnio miałem okazję widzieć, to pojawiała mi się tylko jedna myśl w głowie, że to jest przegięcie. Ja nie widziałem tam jednej osoby, która by w normalny sposób coś przeżywała, tylko wszyscy byli skoncentrowani na tym, żeby nakręcić coś swoim telefonem. Najbardziej mnie śmieszy to, że na takich dużych koncertach w Stanach przecież to nagrywają i będzie relacja, czy to do obejrzenia w sieci, czy w telewizji, czy na Facebooku nawet. Okej, chcesz się pochwalić że byłeś. Dobrze, nagraj w takim razie jakiś ważny dla Ciebie fragment, coś, na co czekałeś, ale nie, że jest morze komórek i wszyscy tak (w tym momencie GrubSon podniósł sugestywnie ręce do góry – przy. redakcja). Ja tego nie rozumiem, i powiem ci, że jak graliśmy na kilku dużych festiwalach w Polsce, to powiedziałem ze sceny, że cieszę się, że na naszych koncertach praktycznie nie widzę tego zjawiska.

A skoro już pojawił się temat koncertów, to jak się domyślam miałeś już okazję zagrać niemal wszędzie w Polsce. Duże miasta, mniejsze miasta, bardzo małe miasta, wszelkiej maści juwenalia i imprezy plenerowe, duże festiwale, w tym granie przed morzem ludzi na Przystanku Woodstock. Czy w takim razie coś cie jest jeszcze w stanie zaskoczyć w graniu na żywo?

Jasne. Nawet ostatnio zaskoczyło mnie to, jak został odebrany materiał z nowej płyty. Byłem ciekaw jak się przyjmie właśnie na koncercie, bo zawsze był ruffneck, kipiała energia, wariowaliśmy na scenie, a teraz numery są bardziej stonowane, jest potrzebne skupienie. I zaskoczyło mnie właśnie to, że ludzie też to tak przeżywają. Bałem się, że reakcje na to, co w tej chwili nagrywam będą zgoła inne, że ludzie będą się bujać, ale gdzieś tam w środku pojawi się myśl: WTF, spoko, ale to nie ten sam GrubSon! I może przychodzi póki co mniej osób niż to było ostatnio, ale widzę, że przychodzą świadomi ludzie. To w sumie nie tylko widać, ale i czuć, i jestem tym strasznie zajarany. Wcześniej tez oczywiście było zajebiście, ale teraz jest trochę inny lot.

Czyli płyta spełnia swoją rolę.

Zdecydowanie! Dzięki temu nie mogę doczekać się każdego kolejnego koncertu.

Gatunek L jest przy okazji pierwszym albumem, który wydałeś stuprocentowo u siebie. No właśnie, powiedz w takim razie, jak to jest być na swoim i czy szykujesz się już do roli wydawcy?

(Śmiech) Przede wszystkim jest to ciężka praca. Krew, pot i łzy, bo nie zajmowałem się niektórymi rzeczami wcześniej, tylko robiła to za mnie ówczesna wytwórnia. Teraz sam jestem wytwórnią razem z chłopakami (BRK i Jareckim – przyp. redakcja) i mimo tego, że mam ludzi od pewnych rzeczy, to na końcu i tak wszystko musi przejść przeze mnie, i to ja podejmuje ostateczną decyzję. Więc jest mnóstwo pracy, ale na szczęście wokół siebie mamy też masę dobrych i pomocnych osób, dzięki którym dajemy radę. W najbliższym czasie oczywiście uruchomimy stronę internetową i wszystko ruszy na serio z kopyta. Z kolei w międzyczasie, tak jak wcześniej wspominałem, chcemy z chłopakami zrobić wspólną płytę, a potem zaczniemy werbować do nas kolejnych artystów.

Docierają do Ciebie już sygnały, że są ludzie, którzy chcieliby z wami współpracować i u was coś wydać?

Ktoś nam już nawet wysłał demo. Ja jeszcze nie słyszałem, ale Bartek miał okazję się z tym zapoznać i podobno zajebiste.

A masz już ogólnie pomysł na tą wytwórnię? To znaczy wiesz, jaką muzykę chcesz a w zasadzie chcecie wydawać, i jakich artystów chcecie do siebie przyciągać?

Wiesz co, jeśli miałbym do czegokolwiek porównywać, do jakiejkolwiek innej wytwórni, to z pewnością byłoby to Stones Throw. Tam każdy artysta jest osobowością, jest oryginalny i ma wizję własnej twórczości. Chcemy, żeby było przekrojowo. Najlepiej hip-hop pomieszany z innymi gatunkami. Oczywiście to tylko założenia, także zobaczymy, co czas przyniesie.

Na koniec mam jeszcze dla ciebie 5 szybkich, i mam nadzieję, że uda nam się to w formie: szybkie pytanie – szybka odpowiedź. Więc:

Najlepszy koncert na jakim byłeś?

Hm… Koncert, który mnie zmiażdżył, to na pewno wcześniej wspomniany Anderson .Paak, ale poza tym Toots and the Maytals, których widziałem w Płocku na Reggaelandzie. Do tego Hocus Pocus zdecydowanie w mojej topce. Jest ogólnie mnóstwo takich koncertów. Ponadto oczywiście Charles Bradley, którego miałem okazję posłuchać na bardzo kameralnym koncercie w Katowicach – mało tego, po występie zszedł do ludzi i gadaliśmy z nim dobre 15 minut. Niesamowite przeżycie.

Twoja pasja pozamuzyczna?

Koszykówka! Do tego konsola z tych mniej aktywnych i góry z tych bardziej aktywnych.

Moje ulubione słowo po śląsku to hasiok, a twoje?

(Śmiech) O kurde, nie wiem czy mam takie jedno ulubione.

Małe rzeczy, które na co dzień dają ci dużo szczęścia?

Głównie to wspólny czas z dziećmi, rodziną. Na przykład ubrać się i pójść z nimi na spacer do lasu. To mnie bardzo uspokaja i cieszy.

I ostatnie, czy jest coś, czego nie umiesz, a bardzo chciałbyś się nauczyć?

Przede wszystkim gra na pianinie. Chciałbym też lepiej grać na perkusji. Do tego nauczyć się robić dobre zdjęcia, nawet pójść na jakiś kurs fotografii.

To wszystko, dzięki za rozmowę.

„Lubię mówić o kimś, kto mnie fascynuje” – Eskaubei dla Soulbowl.pl

eskaubei

Zdaje się, że podejmuje decyzje instynktownie i niepośpiesznie. Dobrze wie, kiedy może się czymś pochwalić. Konsekwentnie realizuje plany. Sprawia wrażenie, że rzadko robi coś niechętnie i nie zmusza się do niczego. (więcej…)

„Jestem mega egoistą i to się nie zmieni” — VNM dla Soulbowl.pl

Screen Shot 07-16-15 at 07.20 PM
Na ten wywiad czekaliście nie tylko Wy, ale i my sami. (więcej…)

Soulbowl Live Sessions #3: Unbuttoned „Shy Cry” & wywiad z zespołem

sblunbuttoned„We’re the band Unbuttoned from Toronto and we are here playing „Shy Cry” for Soulbowl” (więcej…)

Winyl Market vol. 5 oraz wywiad z Riskym

winyl

Od zawsze wspieramy takie inicjatywy! Możliwość grzebania w woskach to wspaniała zabawa dla fanów czarnych płyt i o wiele większa przyjemność niż kupowanie ich online. O tym czym jest winyl market, o kondycji rynku winylowego oraz o tym czego można się spodziewać na następnej edycji, która odbędzie się 14 marca porozmawialiśmy z Riskym – organizatorem całego przedsięwzięcia! Zapraszamy do lektury przy okazji zapraszając do Miłość Kredytowa 9.

Na początek opowiedz szerzej o samej inicjatywie, jaką jest Winyl Market. Skąd wziął się pomysł na organizowanie go w Warszawie?

Winyl Market to alternatywa w stosunku do innych tego rodzaju giełd czy targów winylowych. Chciałem stworzyć coś, czego jeszcze na naszym rynku nie było i wypełnić pewną lukę. Zawsze brakowało mi imprezy, na której mógłbym miło spędzić czas grzebiąc w płytach, słuchając w tle muzyki puszczanej z płyt winylowych i samemu ją puszczać. Taką imprezą jest niewątpliwie Record Store Day Warsaw, który zawitał do Warszawy 3 lub 4 lata temu dzięki współpracy sklepu SideOne oraz wytwórni S1 Warsaw, ale odbywa się on raz do roku i ma trochę inną formę. Zainspirowały mnie targi u naszych sąsiadów zza zachodniej granicy i postanowiłem przenieść to na polskie realia. W Warszawie się urodziłem i tu spędziłem całe swoje życie,  jest tu największe zaplecze sprzyjające tego typu działaniom, znajomi, przyjaciele, ciekawe miejsca, w których mogę organizować  Winyl Market.

 

Jak wygląda lista wystawców podczas WM? Udział wziąć może każdy, czy skupiacie się raczej na znanych źródłach sprzedaży wosków, typu SideOne, Hey Joe itd.?

Impreza ma charakter otwarty, tak więc udział w wydarzeniu może wziąć każdy. Traktuję wszystkich równo. Zgłaszają się do mnie prywatni kolekcjonerzy, którzy chcą sprzedać lub wymienić swoje płyty i przychodzą z ilością 20, 30 czy 100 szt., są tacy, co przywożą ze sobą 1000 i więcej tytułów, ale też osoby, które dopiero zaczynają przygodę z winylami.  Aby urozmaicić ofertę zapraszam również zaprzyjaźnione sklepy, które na naszym rynku istnieją od lat i cieszą się dobrą renomą. Zamysł jest taki, by za wstęp i wystawienie się z płytami nie były pobierane żadne opłaty i tego się trzymam. W przypadku nadchodzącej imprezy jest podobnie, płatna będzie jedynie część nocna, czyli after po zakończeniu części handlowej.

Teraz dosyć istotne dla niektórych pytanie – czym można u Was uzupełnić swoje kolekcje? Wystawcy skupiają się na bardziej określonym temacie, czy preferowana jest gatunkowa różnorodność? Wiem, że są ludzie, którzy nawet ze zwykłego lenistwa czy braku czasu wolą mieć pewność, że znajdą coś dla siebie.

Stawiam na różnorodność i daję sprzedawcom wolną rękę, ale nie ukrywam, że jest kilku, którzy są sfokusowani na konkretne style muzyczne. Myślę, że każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie. Na tej edycji będzie wystawione kilka tysięcy płyt, podobnie jak na czterech poprzednich. Nigdy nie wracałem do domu z pustymi rękoma. Trafiałem na polski i zagraniczny jazz, funk, soul, r&b, hip-hop czy disco i boogie. W kratkach widywałem także płyty z punk-rockiem, metalem, popowymi klasykami, techno i house’em i wieloma innymi gatunkami muzycznymi. Na zeszłej edycji Vinyl Tamka miała ze sobą dwie skrzynki tylko i wyłącznie z hip-hopem, ale jednocześnie informowali klientów, że w sklepie mają wiele innych płyt z różnymi gatunkami. Muzyka Miasta to sprzedawca, u którego w dużej mierze dominuje hip-hop. Płyty Gramofonowe mają w ofercie bardzo szerokie spektrum — od polskich nagrań rozrywkowych po klasyki z U Know Me Records i Nowe Nagrania (wytwórnia prowadzona przez Noona) czy The Very Polish Cut Outs. Znajdziecie też u nich dużo 7” i 12”, EP i LP z soulem, funkiem, jazzem, rockiem czy hip-hopem. Prywatni kolekcjonerzy przywożą dużo rozmaitości z kraju i ze świata.

W ciągu dnia kupujemy płyty, słuchamy muzyki puszczanej przez cenionych DJ-ów, a wieczorem przenosimy się w bardziej imprezowy świat. Od czego zależy lista gości? Planujecie w przyszłości zaprosić jakiegoś zagranicznego DJ-a?

Listę grających staram się dobierać nie przypadkowo. Przede wszystkim są to tradycjonaliści, którzy grają tylko i wyłącznie z płyt winylowych. Są to także kolekcjonerzy, diggerzy, DJ-e, producenci czy właściciele sklepów płytowych. Myślę o ogólnopolskiej, dużej edycji imprezy i wtedy wypadałoby sprowadzić jakąś konkretną personę. Najpierw muszę się jednak postarać o przyzwoitego sponsora. Impreza się dopiero rozkręca, przed nami Vol.5, więc zobaczymy co przyniosą kolejne edycje.

Skoro jesteśmy w temacie płyt winylowych, to musimy zahaczyć też o kilka innych wątków. Czy ktoś prowadzi w Polsce oficjalną ewidencję sprzedaży nowych/używanych winyli? Są jakiekolwiek dane przybliżające konkretne liczby?

Nigdy się w ten temat nie zagłębiałem, ale myślę że każdy zarejestrowany sklep płytowy powinien prowadzić ewidencję sprzedaży, na której podstawie możnaby wyszacować konkretne liczby. Jeśli chodzi o nowe płyty, to takie dane powinni posiadać dystrybutorzy, duże koncerny i wytwórnie, natomiast sprzedaż płyt z „drugiego obiegu” raczej ciężko będzie oszacować. Media trąbią o stanowczym wzroście sprzedażowym i wielkim powrocie płyty winylowej, więc skądś te dane wypływają.

Wszyscy wiemy, że sprzedaż wosków ciągle rośnie, a mimo to DJ-e pozostają przy puszczaniu muzyki w sposób wygodny, czyli serato czy traktorze. Katalogi są przecież obszerne i jest do nich coraz większy dostęp.

Na szczęście ludzie zostają też przy tradycyjnym stylu grania. Mnie osobiście nigdy ta wygoda nie złamała. Jestem przyzwyczajony do diggingu i czuję potrzebę to kultywować. Grzebanie w płytach jest jak narkotyczne uzależnienie, raz spróbujesz i przepadasz. Wolę coś namacalnego, a nie bezduszny plik zapisany gdzieś na komputerze. Z muzyką jest jak z fotografią czy dobrą literaturą. Okładka płyty, albumu czy książki to forma sztuki — po przeniesieniu jej w cyfrowy wymiar staje się płaska, brak jej głębi i wyrazu.

Skoro Winyl Market to „inicjatywa powstała dla diggerów, beat makerów czy po prostu miłośników i pasjonatów winylowego nośnika”, to nie możemy nie zapytać – jakie są najcenniejsze, najważniejsze zdobycze w Waszych kolekcjach?

W mojej kolekcji można znaleźć duży przekrój muzycznych perełek. W diggowaniu kieruję się pewnym kluczem. Dorastałem słuchając hip-hopu, więc sporo takich płyt można znaleźć u mnie na półce. Potem zacząłem poszukiwać oryginałów, z których samplowane były największe klasyki hip-hopowe, więc  funk, soul i jazz także są mi bliskie. Potem zaczęła się moja przygoda z disco i boogie, takie rzeczy najchętniej grywam, ale często w moich setach przewija się też house i electro z lat 80-tych.

Kilka bardzo mi bliskich przykładów, które posiadam w swojej kolekcji :
Coke Escovedo / Eli Goulart E Banda Do Mato – I Wouldn’t Change A Thing / Mestre André

Ciekawostką jest, że nr ten nigdy wcześniej nie wyszedł na singlu. Dopiero za sprawą niemieckiego labetu – Unique w 2006 r. doczekał się tłoczenia na 7”.

Kadenza ‎– Let’s Do It
Ten singiel trafiłem kiedyś na znanym, polskim portalu aukcyjnym za 40 PLN. Znakomite synth-boogie z mojego ulubionego rocznika 83.

Teflon Dons Featuring Gregory Porter – Tomorrow People
12” Teflon Dons dostałem ostatnio od brata, mojego kolegi, któremu ta płyta była zbędna. Podobnie jak kilka innych.

Ptaki  / Maciek Sienkiewicz ‎– The Very Polish Cut-Outs Sampler Vol. 1
1 press Samplera TVPC, który doczekał się już swojego trzeciego czy nawet czwartego dotłoczenia. Dzięki niemu duet Ptaki, za sprawą editu „Krystyna” otworzył sobie drogę do kariery międzynarodowej.

Asha Puthli ‎– Right Down Here / Space Talk

Uwielbiam kawałek „Space Talk” i 7”-ki z Jazzman Rec.
Dla zainteresowanych podsyłam linka do mojej kolekcji.  Jest to niestety dopiero 1/8 kolekcji, którą udało mi się skatalogować na discogs.

Co sądzicie o sprzedaży Polskich Nagrań dla Warner Music Poland?

Ciężko mi się wypowiadać na ten temat, bo wszystko zależy od warunków jakie sobie wynegocjują Polskie Nagrania. Szkoda tylko, że to, co nam się jeszcze ostało, trafi pod rękę obcego kapitału. Niestety taka tendencja panuje od lat nie tylko w przemyśle muzycznym i my, małe myszki nie jesteśmy w stanie temu zaradzić.

Dlaczego w większości przypadków premiery winyli są kilka miesięcy później niż cd (bez przesady, że tłocznie się czasowo nie wyrabiają, szczególnie, że nakłady są niewielkie bądź kolekcjonerskie)?

Przypuszczam, że jest to spowodowane brakiem krajowych tłoczni. Wszystkie maszyny zdaje się zostały już rozprzedane na rynek zachodni. Z tego co się orientuję, to krajowe winyle tłoczymy w Czechach, Francji czy Niemczech. Poza tym wiele dużych wytwórni tłoczy ogromne nakłady płyt i oni są traktowani priorytetowo. Małe nakłady i labele są odkładane w takim przypadku na później, co może mieć duży wpływ na opóźnione premiery polskich wydawnictw.

Czy wiecie dlaczego „Byłaś serca biciem” Zauchy było wydane tylko na kasecie i czy rzeczywiście tak było (ja winyla nigdy nie spotkałem)? Widzieliście kiedyś winylowe wydanie?

Nie, niestety nigdy się nie spotkałem z wersją winylową tego kawałka. Wielka szkoda, bo jest to znakomity album. Faktycznie wyszło to tylko na kasecie. 89 rok to okres, w którym powoli zaprzestawano tłoczenia płyt. Być może miało to duży wpływ na formę, w jakim został wydany ten album. Jest to pytanie na które powinien nam odpowiedzieć wydawca?

Dziękujemy za rozmowę!

 

14.03.2015r. Miłość Kredytowa 9 (Warszawa)
Winyl Market Vol. 5 @ Miłość
Start: 14:00 (część dzienna) / 21:00 (część nocna)
Bilety: 10zł (od 21:00 / część nocna)

WYDARZENIE NA FACEBOOKU

„No jasne, że wolałabym, żeby w mediach było więcej jazzu” – Dorota Miśkiewicz dla soulbowl.pl

dm
W związku z zakończeniem tygodnia jazzowego na naszym facebooku przedstawiamy Wam rozmowę miski z czołową przedstawicielką sceny jazzowej w Polsce — Dorotą Miśkiewicz. (więcej…)

Jesse Boykins III o procesie twórczym, romantyzmie i Yeezusie

jesse bZakochać się w jego muzyce nie jest trudno, a jeśli dodatkowo poczyta się co ma do powiedzenia, wtedy okazuje się, że nawet „prawie 30-sto latka”, niczym podlotka, może zapałać miłością do jednego ze swoich ulubionych artystów. Promując wypuszczoną niedawno EPkę P.O.P [Purpose or People] Jesse udzielił godnego uwagi wywiadu dla VIBE Vixen. Przyjemnie jest przeczytać, że istnieją jeszcze artyści, dla których proces przygotowywania materiału to przygoda równie wielka, jeśli nie większa, jak nagrywanie i promowanie. Jeszcze wspanialej jest przekonać się, że chodzą po tym świecie mężczyźni, którzy wierzą w romantyzm i to nie w stylu „kupię ci kwiatka, to się odczepisz na kilka tygodni”. Jesse opowiada też o swoich ulubionych wykonawcach, wymarzonych kolaboracjach oraz… Yeezusie i Panu Weście. Podążając za tym właśnie linkiem dotrzecie do wnętrza głowy i duszy prawdziwego czarodzieja i okazuje się, bardzo wartościowego człowieka i Artysty (przez duże A).

W ramach przypomnienia cover z jego najnowszej EPki, który najbardziej przypadł do serca Boykinsowi, czyli Coldplayowe „Sparks”

„Myślę, że mam kontakt ze swoją powiedzmy „czarnością”” – Monika Mariotti dla soulbowl.pl

wywiadzzz

Rynek Nowego Miasta w Warszawie, wnętrze nowo powstałego Teatru WarsSawy, dawniej Teatru Konsekwentnego, w tej chwili puste, tylko na scenie odbywa się próba jednego ze spektakli. (więcej…)

The Floacist opowiada o Floetry, nowym albumie i nie tylko

floacistOd czasu do czasu podrzucamy Wam ciekawe wywiady. Godną polecenia jest niewątpliwie rozmowa z Natalie „The Floacist” Stewart (przeprowadzona dla radia NPR). Brytyjka opowiada o współpracy z Marshą Ambrosius, brzmieniu, które stworzyły jako Floetry, oraz powodach, dla których duet się rozpadł. Natalie mówi również o czasie, który spędziła poza muzycznym przemysłem i podróży do solowych projektów. W wywiadzie pojawiają się również ciekawe przemyślenia na temat definiowania gatunków we współczesnej muzyce. Na zakończenie The Floacist opowiada o nowym albumie Floacist Presents: Floetry Rebirth. Tutaj znajdziecie bezpośredni link do fragmentu audycji, natomiast Ci, którzy wolą po angielsku czytać, niech podążają za tym linkiem.

Beyonce otwiera się na świat w dwóch odsłonach

Niespełna kilka godzin przed wyemitowaniem na HBO dokumentu Life Is But a Dream, Beyonce udzieliła ekskluzywnego wywiadu w swoim apartamencie w Londynie, biorąc udział w programie Next Chapter Opry Winfrey. Knowles  otworzyła się nieco przed gospodynią programu, opowiadając m.in. o występie na Super Bowl i presji związanej z tym wydarzeniem. Bee opowiada też o małżeństwie z Shawnem Carterem, ich dziecku Blu Ivy i tym jak zmieniło ono życie ich obojga. Wspomina też o odcięciu się od ojca jako jej menadżera. Wywiad trwa 40 minut i jest wstępem do tego co możecie obejrzeć potem.

Mamy tu na myśli niespełna półtora godziny dokument Life is But a Dream, który Beyonce wyreżyserowała i wyprodukowała. Film traktuje o życiu mega gwiazdy poza sceną. B chciała pokazać się z nieco innej strony niż zwykle. Dzięki temu możemy zobaczyć jak obawia się naruszenia swojej prywatności, jak waha się, ile ze swojego życia prywatnego może pokazać fanom. W założeniu dokument ma nam przedstawić ludzka twarz maszynki do robienia hitów. Stąd dowiemy się więcej o uczuciach Beyonce  na temat jej poronienia, związku z Jayem-Z i ich małżeństwie, jej relacji z ojcem i menadżerem w jednej osobie Matthew Knowlesem. Film jest nie lada gratką dla fanów jednej z najbardziej wpływowych kobiet tego świata. Oprah Winfrey płakała na jego premierze. Gorąco polecamy tę pozycję i zapraszamy do dzielenia się swoimi opiniami na ten temat.

Frank Ocean omawia Channel Orange w BBC Radio 1

W programie Zane’a Lowe’a przez telefon. Nic szokującego – omawia wcześniejszą datę wydania Channel Orange, która jak się okazuje była wcześniej zaplanowana by zapobiec wyciekowi (jak wiemy – udało się), proces nagrywania płyty i przyszłe plany koncertowe (jako support Coldplay, także w Polsce – 19 września). Zawsze miło się słucha zakulisowych opowieści dotyczących tak dobrych płyt. Wypatrujcie naszej recenzji już niebawem.

„Jesteśmy dumni z nowej płyty” – June dla soulbowl.pl

Przez ostatnie trzy tygodnie muzycy z grupy June nieustannie częstowali nas kawałkami z ich najnowszej płyty July Stars. Dziś odbyła się premiera krążka i nie wierzcie nam na słowo – sami sprawdźcie, że to jedna z lepszych pozycji w tym roku. Dobre, bo polskie? Zdecydowanie! O ‚czerwcowych’ początkach, nazwie grupy, gościach na albumie, współpracy z Tomem Conye (zdobywcą Grammy za płytę Adele 21!) i innych równie ciekawych kwestiach rozmawiamy z Janem SmoczyńskimRobertem Cichym. Zapraszam do lektury.

Zacznijmy od czerwcowych początków, jak trafiliście do wytwórni Kayax i co było przed tym?

Jan Smoczyński: Moja pierwsza styczność z Kayaxem to płyta 15 minut projekt Michała Foxa Króla i Janka Młynarskiego. Wówczas byłem po prostu gościem zaproszonym do udziału w jednym utworze. Potem zespół Bisquit, w którego pierwszym składzie grałem i byłem współodpowiedzialny za produkcję debiutanckiego albumu, podpisał kontrakt z tą wytwórnią. Przy okazji tej kolaboracji poznałem moją osobistą narzeczoną – Sylwię Słowatycką, która to w późniejszym czasie przyczyniła się do naszego wstąpienia w szeregi Kayaxowiczów, już jako June. Wcześniejsze dzieje to moja wieloletnia współpraca z Krzysztofem Pacanem, czy to na gruncie jazzowym (moje Trio) czy też producenckim. Potem, przy okazji koncertu z Michałem Urbaniakiem, poznałem Roberta Cichego, który natychmiast ujął mnie charyzmą muzyczną i umiejętnością rymowania, ale takiego bujającego. Zażarło nam od razu i bardzo szybko powstał materiał na pierwszy album. I tu z pomocą pobiegła nam Sylwia, która zaraziła pomysłem wydania naszej muzyki, szefa – Tomika Grewińskiego. Dzięki Bogu – skutecznie :)
Robert Cichy: Tak jak Jasiu wspomniał poznaliśmy się na 5tych urodzinach pewnego klubu gdzie razem z Michałem graliśmy ‚czarne’ dźwięki.. Później na Vena festiwal poznałem Krisa no i razem skleiło się to bardzo ładnie a z Kayaxem była to pierwsza przygoda w moim życiu,która trwa do dziś.

Skąd pomysł na nazwę zespołu?

JS: Jechaliśmy samochodem i właśnie zamęczaliśmy się pytaniem, jaką nazwę nadać naszemu tworowi. I nagle zdałem sobie sprawę, że wszyscy urodziliśmy się w czerwcu. Ja 21, Robert 26 (dokładnie 4 dni po mnie), Sylwia 29 i Krzysztof 30. Wybór był oczywisty. A że czerwiec to najpiękniejszy miesiąc w roku, bardzo nam ta nazwa przypasowała.
RC: Tak jest.

Jak bardzo w Waszym odczuciu zmieniła się twórczość June od czasu wydania debiutu?

JS: Myślę, że zrobiliśmy progres. Dużo słuchamy przeróżnej muzyki, śledzimy nowości ale i cały czas wracamy do starych nagrań, które nas bardzo inspirują. Wiem, że rozwijamy się. Jednak wracając do pierwszej płyty nie mamy poczucia, że się zestarzała, jesteśmy z niej nadal dumni, ale też cieszymy się, że nie stoimy w miejscu, nie powielamy patentów. Myślę, że stylistycznie poszliśmy w ciut inne rejony, ale cieszę się bardzo, że nie zmieniło się jedno – tworząc, nie myślimy o modach, gustach, trendach, o tym jak to będzie odebrane. Myślimy wyłącznie o muzyce.
RC: Debiut zaczął się tak naprawdę od kawałka „Speak 2 U”, który najmniej definiuje stylistykę June. Teraz jesteśmy bardziej pewni tego w którym kierunku ma płynąć ‚czerwcowa’ nuta.:)

Za chwilę premiera Waszego drugiego albumu, stresujecie się?

JS: Jesteśmy dumni z nowej płyty. Stresu nie ma. Jest po prostu nadzieja, że płyta zostanie dobrze przyjęta, bo za tym idą koncerty, a na nich teraz zależy nam najbardziej.
RC: Jesteśmy dumni podwójnie bo to podwójna płyta! A delikatny stres może przyjdzie na pierwszych koncertach..:)

Na albumie July Stars pojawia się kilka znanych nazwisk. Na czym polegała i jak przebiegała współpraca?

JS: Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że tak znakomite nazwiska zgodziły się na udział w naszym albumie. Tym bardziej, że jedyną formą zachęty było wysłanie demo utworu. Przyjęcie przez nich zaproszenia uświadomiło nam, że ma sens to co robimy :). Współpraca przebiegała bezstresowo, nagrania w znakomitej atmosferze.
RC: Z większością gości współpracowaliśmy lub współpracujemy dalej. Problem był w tym czy spodobają się kawałki. Okazało się, że TAK!! No i Mistrzostwo!

Czym się sugerowaliście przy wyborze gości? Czy ktoś Wam odmówił?

JS: Kierowaliśmy się kolorytem, charyzmą artystyczną. Chcieliśmy mieć bardzo wyraźne osobowości na naszej płycie. Udało się :) Odmówił jedynie manager Krzysztofa Krawczyka. Może kiedyś…
RC: Pewnego dnia w trakcie robienia albumu zadzwonił do naszej menadżerki Sylwii nasz boss Tomik i powiedział, że jest szansa podesłania naszej kompozycji Jamesowi Blake’owi bo właśnie w Sobotę wpada do Wawy na jeden dzień. Podpaliliśmy się. Zrobiliśmy kawałek, ale James chyba wypił za dużo polskiej ‚wody’..:) Niestety nie udało się. Ale przypadkiem u Jasia jedna ze ‚Stars’ usłyszała ten kawałek i chce go na swoją płytę..:))

Jak udało Wam się nawiązać współpracę z Tomem Conye?

JS: Przy pierwszej płycie, zamarzyłem by taki ktoś jak Tom Coyne sprawił by nasza płyta zabrzmiała wyjątkowo. Sprawdziłem kto masteringował moje ulubione płyty jak Voodoo D’Angelo i okazało się że był to właśnie on. Reszta to cudotwórstwo naszej manager, która załatwiła, wynegocjowała, spełniła moje marzenie. Przy pierwszym albumie musieliśmy mu wysłać próbkę muzyki, żeby zgodził się dla nas pracować. Przy drugiej, z czego jestem bardzo dumny, wyraził radość z ponownej współpracy. Nawet mam obiecane, że jak płyta pokryje się złotem, to powiesi nas na ścianach swojego studia obok płyt Adele i Beyonce :)
RC: Master jest Master!!!

Kto zajmował się okładką i graficzną stroną albumu July Stars? Czy fizyczna oprawa jest dla Was ważna i jak dużą uwagę do niej przywiązujecie?

JS: Pomysł projektu wyszedł od Sylwii, która to z kolei otacza się wybitnymi grafikami jak Dominika Jagiełło i Maciek Cecotka. Ich wspólna praca dała olśniewające efekty. Jest duma :). Wygląd płyty jest dla nas niezwykle ważny. Dziś coraz trudniej stworzyć produkt, który wyróżnia się na półce. Dziś już widzę, że nam się to udało.
RC: Cały cover design jest po prostu smaczny.. tak jak płyta.:))

Z jakimi artystami z polskiej sceny chcielibyście jeszcze podjąć współpracę?

JS: Uważam, że w Polsce jest jeszcze bardzo dużo ciekawych artystów, siłą są też młodzi, którzy materię śpiewania stawiają w nowym świetle. Myślę, że dalsze kolaboracje pójdą w tym kierunku, choć oczywiście jesteśmy otwarci na propozycje!
RC: Osobiście chciałbym żeby na którymś koncercie kawałek „Everybody’s everybody” zaśpiewał Cheeba z East West Rockers:)

Praca w składzie to niełatwe zadanie. Jak często zdarzały się Wam kłótnie podczas tworzenia?

JS: Choć może trudno w to uwierzyć, nie ma kłótni. Choć każdy z nas to niezłe ziółko, to zdarzają się tylko różnice zdań, które i tak nigdy nie rosną do miary konfliktu, a są jedynie materią napędzającą proces twórczy.
RC: Właśnie takim kompromisem jest na płycie ostatni kawałek – „Ile na Ciebie czekać mam”..:))

Macie jakieś śmieszne historie czy anegdoty z procesu nagrywania albumu July Stars?

JS: Nasza praca to jedna wielka śmiechawa, dobrze się czujemy w swoim towarzystwie i pozytywnie się nakręcamy. Jest wesoło!
RC: Buhaha!!!!

Czego możemy się spodziewać na koncertach? Czy utwory na których pojawili się goście również będą na nich grane? Podejrzewam, że ciężko zorganizować wszystkich w jednym miejscu.

JS: Niedługo koncert promocyjny, na który zaprosimy wszystkich wykonawców, którzy wzięli udział w nagraniach. Mamy jednak świadomość, że są to niezwykle zajęte osoby, więc pewnie tylko niektórzy znajdą dla nas czas. Na zwykłych koncertach chcemy jednak skupić się na pierwszej części albumu, czyli na naszej własnej twórczości. Myślę, że być może zaadaptujemy niektóre utwory z gościnnej części na nasz skład.
RC: Szykuje się kawał roboty by kawałki zagadały tak jak na płycie albo i lepiej.Tym bardziej, że chcemy je grać bez żadnych ‚wspomagaczy looperskich’. Myślę, że będzie bardziej energetycznie niż na płycie…i bardzo mnie to cieszy:))

Często pojawiacie się osobno z różnymi artystami na scenie, czy myślicie w przyszłości o rozstaniu się i pracy solowej?

JS: Ależ my już tak działamy. Krzyś ma swój solowy projekt, Cichy ma Chili, ja też mam swoje składy. To funkcjonuje niezależnie. Rozstanie nie jest potrzebne :) Jest bezpieczeństwo i higiena pracy!
RC: Rozmaita współpraca jest bardzo twórcza i buduje muzyczny fundament na którym powstają oryginalne pomysły…. które później człowiek wykorzystuje w swoich własnych projektach :))

Serdecznie dziękujemy za rozmowę.

Jak kariera Teyany Taylor nabiera rozpędu?

No to jedziemy… piosenkarka podpisała w końcu kontrakt z wytwórnią Pharrella – Star Trak/Interscope i tym samym zdementowała plotki o przejściu do kompanii Kanye Westa. Już 29. lutego, Teyana zamierza wydać mixtape, prawdopodobnie do pobrania za darmo, zatytułowany The Misunderstanding of Teyana Taylor. Oprócz śpiewania, dziewczyna zajmuje się także graniem w filmach i już niedługo zobaczymy ją w projekcjach Gang of Roses 2 (z Amber RoseWiz Khalifa) oraz The Love Section. Taylor ma pełne ręce roboty, ale ja już nie mogę się doczekać efektów. Więcej o pracy, relacji z Chrisem Brownem oraz mody jaką preferuje gwiazda posłuchacie w dość obszernym, poniższym wywiadzie. Po skoku druga część.


(więcej…)

Estelle na planie klipu do piosenki „Thank You”

Po kilkukrotnym przekładaniu premiery All of me, Estelle i jej wytwórnia postanowili (chyba) w końcu ją wydać. A przynajmniej ich medialne działania na to wskazują. Ostatnio gwiazda przypominała o sobie tanecznym remiksem, a teraz możemy podejrzeć ją na planie klipu do singla „Thank You”. Piosenkarka wygląda wspaniale, od czasów amerykańskiego chłopca, wiemy już, że uwielbia futra. Choć mamy nadzieję, że są sztuczne. Generalnie jest to obrazek zrobiony ‚na bogato’ i opowiada miłosną historyjkę. Pełna wersja do wglądu już jutro.

Teairra Marí zza kulisami

Teairra obecnie stara się odnowić swoją karierę. W poniższym ponad pięciominutowym filmiku zobaczycie m.in jej występ w radiu, kulisy nagrywania singla „U Did Dat” a także posłuchacie krótkiego wywiadu o tym jak zaczęła się jej współpraca z Rico Love i dlaczego podpisała z nim kontrakt. Dużo, dużo informacji – fani powinni być zadowoleni.

Janet Jackson w zdrowym stylu na kanapie u Jay Leno

Nie pisaliśmy o najnowszej reklamie ‚nutri-systemowej’ odchudzonej Janet Jackson, bo staramy się skupiać na muzycznych projektach, jednak nie da się nie zauważyć, że wokalistka wygląda nadzwyczaj zdrowo, z czego się oczywiście cieszymy. W programie Jaya Leno opowiedziała o swoich treningach, książce True You którą właśnie wydała oraz o planach jakie ma wobec jednego z dzieci Michaela. Polecam:


21219235942 przez YardieGoals

Brandy w programie Wendy Williams

Wczoraj B-Rocka pojawiła się w programie Wendy Williams z powodu premiery filmu w którym gra o nazwie The Game. W poniższym video posłuchacie o jej przyjaźni z Kim Kardashian, o tym, że cała rodzina Norwood trzyma się dobrze, ze szczególną uwagą zwróconą na dziewięcioletnią córkę oraz o planach wokalistki na przyszłość.

Brandy zamyka erę Bran’Nu…

…która w zasadzie nawet na dobre się nie zaczęła. W poniższym wywiadzie (tak około 5:30) gwiazda definitywnie stwierdziła, że ‚Bran’Nu rest in peace’, więc wszystkich sympatyków chociażby ostatniego numeru „Hot Spot” (w tym również mnie) przepraszamy za usterki. Premiera nowego albumu pani Norwood, płyty na której znajdziecie tylko klasyczne r&b (!) przewidziana jest na okres pomiędzy marcem a majem. Osobiście jednak nie pogardziłabym nieoficjalnym mixtapem z rapowym materiałem wokalistki. Biorąc pod uwagę ogromną liczbę niewydanych utworów, którymi B. częstuje nas od czasu do czasu, uważam tę opcję za całkiem możliwą.