„Myślę, że mam kontakt ze swoją powiedzmy „czarnością”” – Monika Mariotti dla soulbowl.pl

Data: 22 maja 2013 Autor: Komentarzy:

wywiadzzz

Rynek Nowego Miasta w Warszawie, wnętrze nowo powstałego Teatru WarsSawy, dawniej Teatru Konsekwentnego, w tej chwili puste, tylko na scenie odbywa się próba jednego ze spektakli. Otaczająca nas atmosfera sprzyja rozmowie na temat ostatniego wcielenia Moniki Mariotti w postać Niny Simone. Włoski temperament daje o sobie znać nie tylko na deskach teatru. Wita nas uśmiechnięta, przyjazna osoba, która chętnie i z niesamowitą energią opowiada o pracy nad spektaklem „Moja Nina”, swojej fascynacji twórczością i życiem Simone, innych projektach, podróżach, muzyce i teatrze. Ci z Was, którzy jeszcze nie mieli okazji zobaczyć przedstawienia, niech szybko sprawdzają najbliższe terminy. Gwarantujemy, że czas spędzony na widowni nie będzie zmarnowany. Tych natomiast, którzy obejrzeli już Monikę na scenie, zachęcamy do podzielenia się wrażeniami. Dodatkowo serdecznie zapraszamy na koncert „Inna Nina„, 23 maja w Warszawie, o którego szczegółach przeczytacie poniżej. Tyle mianem wstępu, a teraz z przyjemnością prezentujemy Wam od Moniki zdań kilka.

Spektakl „Moja Nina” oparty jest na twórczości i życiorysie Niny Simone. Współpracowałaś z Adamem Sajnukiem przy tworzeniu scenariusza. Dlaczego Nina? Czy był to Twój pomysł, czy została Ci ta rola zaproponowana po tym, gdy już pomysł powstał?

Pomysł spektaklu „Moja Nina” był mój, mój własny. Około 10-15 lat temu usłyszałam utwór Niny Simone. Zafascynowała mnie.  Pamiętam jej głos, taki czarny, ale byłam wtedy przekonana, że to facet. Dopiero później na Youtubie zobaczyłam kim ona jest. Wcześniej to były inne czasy, tego jeszcze nie było. Później w prezencie dostałam biografię. Następnie są już zbiegi okoliczności, które pchają Cię do tego, żeby to w końcu zrobić. Jeszcze wtedy byłam we Włoszech, nie wiedziałam, że tu przyjadę, w życiu!  Znam się z Adamem, powiedziałam mu, że mam taki pomysł, że Nina Simone, on jej nie znał, nie wiedział kim ona jest.

Dlaczego właśnie taka, a nie inna ekipa? Dlaczego Adam Sajnuk?

Tutaj (Teatr Konsekwentny – przyp. autora) zagrałam w przedstawieniu „Kompleks Portnoya”, to był mój polski debiut, bo wcześniej grałam we Włoszech. Z nim właśnie pracowałam. Moim zdaniem jest bardzo dobrym reżyserem, do tego się znamy, więc wiedzieliśmy o co chodzi. Potem los pchał nas i pchał, aż do projektu zbliżyła się Kasia Groniec. Muzykę robił Michał Lamża. Ale tym wszystkim kierowałam ja, to ja przekonałam wszystkich do tego projektu.

Tłumaczeniem utworów zajmowała się właśnie Kasia Groniec, dlaczego nie zdecydowaliście się na utwory w oryginale?

Dwie piosenki są zostawione w oryginale. Co do Kasi Groniec, to przyjechałam do Polski 4 lata temu i to właśnie wtedy usłyszałam Kasię pierwszy raz. Zrobiła m.in. „Listy Julii” z utworami Costello. Jak dowiedziałam się, że „Listy Julii” były przetłumaczone przez nią, to wtedy już wiedziałam, że chcę jej zaproponować współpracę. Chciałam przekazać Ninę Polakom, a tekst oryginalny nie dla wszystkich byłby zrozumiały.

W przypadku ikon formatu Niny Simone trudno jest sprostać oczekiwaniom widowni. Co było dla Ciebie najtrudniejsze w procesie przygotowywania oraz co jest największym wyzwaniem na scenie?

Dopóki nie było pomysłu „Moja Nina”, w sensie, że ona jest właśnie moja, o czym w spektaklu mówię, to pierwsza nie banalna przeszkoda to było to, że nie jestem czarna, jestem pół Polką, pół Włoszką, nie miałam niby z nią nic wspólnego, a jednak w głębi duszy jestem jej bliska. O wiele łatwiej było mi ją odnaleźć w sobie, niż na zewnątrz, gdzie wyglądam tak inaczej. Wyzwaniem było jak to przekazać. To nie jest tak, że ja grałam siebie, absolutnie nie, ale myślę, że mam kontakt ze swoją powiedzmy „czarnością”. Na scenie musiałam natychmiast oddalić się od tego, że gram Ninę. Ta postać wizualnie jest tak mocna, że za każdym razem cokolwiek robiłam, było źle dla mnie, źle, źle, źle. A potem, dzięki też Adamowi,  zaczęłam się tym martwić, już po 10 latach słuchania tego wszystkiego i czytania. Wiadomo, najpierw się naśladuje, potem się odnajduje w sobie. Nie wszystkie procesy są takie, ale tutaj poszło właśnie tak. To jest postać, która już istnieje. W „Kompleksie Portnoya” gram matkę Portnoya, to jest literatura, gram tu „swoją” matkę, przeniosłam na tę postać swój typ. A z Niną musiałam zacząć od naśladowania, to jest normalne. Kto zrobił film o Ray’u Charlsie, ten musiał być jak Ray Charles a dopiero potem, swoim Rayem Charlesem.

Jeśli chodzi o formę, to monodramy same w sobie stanowią niemałe wyzwanie, czy nie zastanawialiście się nad włączeniem większej ilości aktorów do przedstawienia? Dlaczego właśnie monodram?

Monodram jest bardzo trudną formą. Na początku w mojej głowie był pomysł włączenia większej liczby aktorów, ale jak już się spotkałam z Adamem, to nie. Było wiadomo, że ja gram Ninę i że będzie muzyka, dużo muzyki. Dlatego to nie jest monodram, może to jest monodram muzyczny. Nie jest recitalem, bo gram postać, nie jest też koncertem, bo jest teatr. Jeden dziennikarz nazwał to „muzo dram”. A nie mieć etykiety to zawsze zaszczyt. Monodram – to bardzo trudna forma, nie ma nikogo, jesteś tylko Ty. Jak się pomylisz, to się pomylisz, sama się uratujesz. Trochę smutne ale hartuje.

Skąd pomysł na przeistoczenie się na moment w siebie w trakcie spektaklu? 

To Adam miał ten pomysł, który właśnie rozwiązał cały spektakl. To jest ciekawe, bo takie pomysły przychodzą podczas pracy. To jest najpiękniejszy moment, kiedy nie wiadomo jak to ma wyglądać. Wtedy przez 2 – 3 tygodnie są wizje, codziennie. Ta wizja się rozpada na kawałki i znowu powstaje, to jest najpiękniejsze, ten proces twórczy. Pamiętam jak siedzieliśmy z Adam, myśląc i myśląc, on wtedy rzucił ten pomysł podczas jakiegoś swojego strumienia świadomości i dopiero po dwóch sekundach zmieniła mu się twarz i w tym labiryncie myśli, uśmiechnął się.  To wystarczyło. A potem praca nabrała własny kształt. Trochę mi szkoda, że było za mało czasu. Byłam przyzwyczajona we Włoszech, żeby pracować rok albo półtora roku nad jednym przedstawieniem.

W trakcie przedstawienia próbujesz nawiązać kontakt z publicznością, przez moment nie jesteś Niną Simone, a po prostu sobą. Jakie są Twoje odczucia jeśli chodzi o polską publiczność? Co możesz nam powiedzieć o frekwencji czy reakcjach widzów?

Powiem Ci szczerze, ja wiem jakie jest moje miejsce, gdzie ja jestem. Przez pierwszy rok strasznie się starałam być taka jak Wy, bo człowiek chce się integrować, chce być z innymi ludźmi, to jest normalne. Chciałam być Polką w 100%, wiedząc, że ta moja włoska część jest mocna. Z drugiej strony wydaje mi się, że Polacy są tak jakby bardziej zjednoczeni kulturowo. Jedna moja połowa pochodzi z kraju, gdzie Neapol, Palermo, Rzym nie mają nic wspólnego ze sobą. A tutaj robi się, wydaje mi się więcej  polskiego materiału, albo sztuki napisane przez żydowskich autorów lub jeszcze spektakle na podstawie historii Polski: to mi się podoba, są świetne teksty, uwielbiam tutaj teatr, wtedy się ludzie odnajdują. U mnie wiem, że natomiast coś zgrzyta, ok., fajnie fajnie, ale skąd? Co? I nie chodzi o zrozumienie konwencji czy tekstu, ani o przyjmowanie innych tematów, tylko o przyzwyczajenie i o brak mieszanego narodu, co powoli następuje.

A nawiązać sam kontakt z publicznością nie jest trudno, bo jestem też komediową aktorką. Zrozumiałam jedno, że jak ja wyciągam jakby bez powodu dla nich, włoski temperament, to jest za mocne. Polak od razu reaguje na zasadzie „hej, powoli”. Zupełnie inaczej muszę grać, zupełnie inaczej niż we Włoszech. Publiczność włoska reaguje bardziej żywiołowo, tylko że z kolei śmieją się często, więc naprawdę nie wiesz czy to jest śmieszne czy nie. Rozumiesz? Rzeczywiście jest bardziej wyluzowana. Nie to, że czuję nerwową atmosferę, nie, ale polska publiczność jest specyficzna. Z jednej strony bardziej grzeczna a z drugiej strony odważna, żeby przyjmować niesamowicie przenikliwe i śmiałe poczucie humoru razem z mocną groteską.

We Wrocławiu, na PPA, publiczność była przygotowana i otwarta, było pieknie. Dodam jeszcze, że ludzie często nie znają Niny Simone. Tzn. ktoś zna, ale bardzo mało osób.

Duże wrażenie sprawiają wizualizacje wyświetlane w trakcie przedstawienia. Skąd ten pomysł?

Zrobiła je Monika Czajkowska . Był to pomysł Adama. On w ogóle uwielbia komiksy i ja też. Lubię też bardzo filmy animowane. Wizualizacje były przygotowywane tylko i wyłącznie na potrzeby przedstawienia.

Powiedz proszę coś więcej na temat kostiumów użytych w spektaklu.

Kostiumy są bardzo ważne, zrobiła je Katarzyna Adamczyk. Zmieniają się one wraz z historią. Każdy kostium jest symbolem, obrazuje to co mówię. Początki kariery  lata 50, jest szczyt jej złości i walki o prawa dla czarnoskórych w latach 60, potem jest dekadencja, bardziej elegancka. Każdy strój nosi treść w sobie, co jest też bardzo ważne.

W przedstawieniu towarzyszą Ci niesamowici muzycy. Dodatkowo za świetne aranżacje odpowiedzialny jest Michał Lamża. Czy brałaś udział w doborze muzyków? Jak Ci się z nimi współpracuje?

Zacznę od tego, że aranżacje zrobił właśnie Michał Lamża. Jest muzykiem od kiedy ma 7 lat czyli od zawsze. Lodówka dla niego jest w b(śmiech). Praca z nim jest bardzo ciekawa, on wszystko słyszy w głowie a ja próbuję mu przekazywać o co mi chodzi dziwnymi dźwiękami. Beckett byłby zachwycony naszymi rozmowami. Z Michałem się znałam, a on gra w Gadającej Tykwie, bardzo dobry zespół, który używa też instrumentów etnicznych, jest to projekt autorski Gwidona. Gwidon Cybulski gra właśnie na tych instrumentach, balafon, ngoni i jeszcze bluesowe instrumenty jak gitara, harmonika, itd, specjalizuje się w tym. Grają razem z Nikodemem Bąkowskim, który ma ogromny warsztat na wszystkie kubańskie instrumenty. Ludzie, którzy oprócz tego, że dobrze grają, proponują, nie są na tak zwanego „dżobie”, świetnie się z nimi pracuję, ja się od nich dużo uczę. Uwielbiają to co robią, a to nie takie oczywiste! A takie instrumenty i tacy muzycy są, bo Nina Simone jest czarna, bo Afryka, ale jest też Michał, który trzyma całą część klasyczną, co dla Niny było bardzo ważne. Bach był jej guru. Michał trzyma fortepian i kontrabas, to czym jest zachód tak naprawdę. Aranżacje są bardzo dobrze zrobione, Michał miał świetne pomysły.

Jeszcze w tym tygodniu będziemy mieli możliwość usłyszeć i zobaczyć Cię na koncercie. Czy możesz nam powiedzieć coś więcej na temat tego projektu? Jakiego repertuaru możemy się spodziewać?

Tak, będzie koncert pod nazwą „Inna Nina”. Repertuar jest kompletnie, totalnie inny od spektaklu. Pierwsza różnica: śpiewam po angielsku, tylko jedna piosenka jest po polsku. Oprócz tego jest o wiele więcej muzyki, jest to koncert, jak trzeba grać to się gra. Aranżacje też są odważniejsze, to nie jest już pod scenariusz, więc wolno pójść bardziej w muzykę. Do tego są jeszcze ilustracje trzech grafików, z Włoch, Kanady i Polski. Chodzi o to, żeby usłyszeć tę muzykę zupełnie inaczej przearanżowaną. Ja nie będę mówiła na scenie, jestem tam Moniką Mariotti, nie ma tam Niny. Ale ona się pojawia tak czy siak. Są wywiady, kawałki i te właśnie ilustracje – jak każdy kraj widzi swoją Ninę. Ja zrobiłam moją Ninę, więc na pewno każdy gdzieś w sobie ma swoją Ninę, tak jak gdzieś indziej ma swojego Toma Waitsa.

Dobrze, jeszcze miejsce i data.

Czwartek 23 maja o 21:00. Klub Komediowy Chłodna , w klubokawiarni Ukryte Miasto, Ulica Noakowskiego 16.

Co jeszcze w zanadrzu ma Monika Mariotti? Czy istnieją kolejne ikony muzyki, które chciałabyś odegrać na scenie? Może jakieś autorskie przedsięwzięcia?

Mam, ale nie mogę powiedzieć. Myślę, że mam bardzo ciekawy pomysł i dopóki nie będę z nim bezpieczna to nie mogę nic zdradzić.

Czego w życiu prywatnym słuchasz? Jaka muzyka ma na Ciebie największy wpływ, najbardziej Cię fascynuję i napędza? A może poza muzyką i teatrem istnieją inne źródła inspiracji?

Słucham etnicznej muzyki, ale też słuchałam wszystkiego, bo jestem z „grunge generation”, punk rock.  Miałam czarną szminkę (śmiech) i długie czarne płaszcze. Ale tańczyłam też flamenco, taniec brzucha. Moja prawdziwa pasja to jest Syberia, do której jadę już za miesiąc trzeci raz, drugi raz sama. Teraz jadę do Jakucji. Zafascynował mnie zespół AYARKHAAN, który słyszałam niedawno w Warszawie. To są drumle, jak one to robią to jest niesamowite. Co mnie bardzo interesuje to jest poszukiwanie głosem, lubię słuchać jak te kobiety naśladują konia albo sowę, to jest wręcz nieludzkie. Interesuje mnie wszystko to co jest syberyjskie, szamańskie. Poza muzyką i teatrem uwielbiam podróże. W tym momencie Syberię szczególnie. W dalszych planach na pewno jest Afryka, ale nie północna, bo tam już byłam, ta tak zwana „Black Africa”. Zrozumiałam ok. 2 lat temu, że ja nie mogę już tak jeździć „po prostu”. Muszę mieć jakiś cel. Teraz jadę tam, bo będę po wioskach podróżować i śpiewać z bardami na największe święto w Jakucji.  Dla mnie ważni są ludzie, to co jest dookoła, przyroda, architektura, to jest moja własna, osobista rozkosz. Ale najważniejsze jest dla mnie spotkanie i rozmowa z ludźmi godzinami w najdalszym kąciku świata.  Żeby wrócić i się odnajdować za każdym razem. Jadę po prostu tankować duszę!

Jeśli chodzi o polską scenę zarówno muzyczną, jak i teatralną, kogo i co możesz polecić naszym czytelnikom?

Polska to jest jedyny kraj, w którym jest piosenka aktorska. To jest dla mnie bardzo ważne, bo nie byłam do tego przyzwyczajona. Wszystko jest dla mnie nowe, uczę się dopiero, czy Kasia Groniec śpiewa, czy Justyna Szafran, czy Natalia Sikora. Tu jest duża tradycja tej piosenki aktorskiej. Jeśli chodzi o zespoły, to słucham tego co się dzieje w Warszawie. Chodzę na koncerty na przykład Babadag Oli Bilińskiej, chodziłam na zespół Płyny. Uważam, że lokalnie dużo się dzieje. Jeśli chodzi o teatr to spodobał mi się spektakl „Ichś Fiszer”, Teatr Imka, Aleksandra Popławska i Marek Kalita. W ogóle Aleksandrę Popławską bardzo lubię jak gra i jak reżyseruje. A w Narodowym polecam spektakl „Mewa”. Jeszcze „Nancy Wywiad” z Magdą Popławską. Albo „Pożar w Burdelu”Michała Walczaka. No i oczywiście spektakle Teatru Wars Sawy!

Powiedz nam jeszcze coś więcej na temat miejsca, w którym się znajdujemy.

Jest to teraz teatr „WarsSawy” . Jest to ta sam ekipa Teatru Konsekwentnego, który istnieje już od około 15 lat, był w Starej Prochowni, w Koneserze, a teraz jest tutaj, w dawnym Kinie WARS, magiczne miejsce.

Dziękujemy za wyjątkowo przyjemną rozmowę.

Komentarze

komentarzy