wywiad

T-Boz w wywiadze dla radia Lighter Shade

W tym krótkim video, które zostało nam udostępnione zobaczycie Tionne Watkins występująca dla radia Lighter Shade. Wokalistka TLC opowiada o Lisie, filmie, który jest właśnie tworzony przez stację Vh1 i swojej ulubionej piosence Jacksona. Oglądam to i myślę sobie, że formalnie oprócz wieku ta kobieta wciąż jest dwudziestoletnią dziewczyną śpiewającą o bezpiecznym seksie. Niezmienne i dobre poczucie humoru to nieodłączna cecha charakteru T-Boz!

„Polska może się pochwalić artystami grafikami” – Kissey Asplund dla soulbowl.pl

Kissey Asplund w 2008 zaskoczyła wszystkich swoim debiutanckim, rewelacyjnym albumem Plethora. Teraz powoli szykuje się do wydania drugiego krążka. Czy płyta pozostanie w klimatach kosmicznego soulu? Na te oraz inne pytania znajdziecie odpowiedzi po skoku. Dla miski Kissey zdradziła kilka sekretów, ale zostawiła też trochę tajemnic. Przesympatyczna z niej dziewczyna!

Zacznijmy od tego, jak rozpoczęła się Twoja przygoda z muzyką?

Zaczęło się od gry na pianinie, miałam wtedy 6 lat. Kolejną pasją były chóry i szkoły muzyczne. Muzyka była istotnym elementem mojego dorastania.

Możesz nam opisać trochę obecną sytuację na szwedzkiej scenie muzycznej? Co wyróżnia muzykę ze Skandynawii, czy posiada ona jakiś charakterystyczny klimat?

Szwedzka muzyka jest po prostu szczera. Jeśli to rock, artyści są pewni, że grają rocka. Jeśli to cukierkowy pop, wykonawcy są o tym przekonani. Tylko wtedy możemy mówić o szacunku między artystami i słuchaczami. Skandynawska muzyka jest niezwykle złożona. Wykonawcy inspirują się przeróżnymi rzeczami. Chociażby samotnością wywołaną życiem w kraju, w którym mieszka tak mało osób na tak dużym obszarze. Albo dorastaniem, które tak naprawdę nie zależy od Ciebie, nieważne, co wybierzesz – szkołę, muzykę czy sport.

Kogo mogłabyś polecić nam i naszym czytelnikom ze swojej rodzimej sceny muzycznej?

Najczęściej słucham twórczości Little Dragon i Wildbirds & Peacedrums. Ostatnio wpadli mi w ucho The Hives.

Jak doszło do Twojej kolaboracji z Rustim i Kidkanevilem?

Obie te kolaboracje narodziły się przez internet. Wtedy na czasie był MySpace. Nigdy nie poznałam Rustiego, ale współpraca z nim otworzyła mi oczy. Jest bardzo utalentowany, uwielbiam jego nowy album. Kidkanevil? Spędziłam z nim trochę czasu w Leeds, w domu jego rodziców. To naprawdę miły i dobry człowiek, zawsze mnie inspirował.

Mr Krime to polski muzyk, producent i można by tak wymieniać jeszcze długo. Mieliście okazję współpracować ze sobą. Opowiedz o początkach.

DJ Krim grał na RBMA w tym samym roku, co ja, z tym, że podczas innego tygodnia. Studiował szwedzki w Berlinie. Zauważył na liście kontaktowej RBMA, że jestem Szwedką. Zaczęliśmy więc pisywać do siebie po szwedzku. Potem poprosił mnie o pomoc przy paru piosenkach nad którymi pracował z Jimem Dunloopem. To z nimi nagrałam jeden z pierwszych moich utworów, cover „Ya Mama” Pharcyde’a.

Przejdźmy do Twoich tekstów. Pisujesz je spontanicznie notując na skrawkach papieru, czy siadasz wieczorem i piszesz np. cały album?

Zawsze piszę teksty dopiero podczas nagrywania, przy mikrofonie. Ostateczna wersja tekstu zawsze różni się od pierwotnej. Staram się wszystko jeszcze raz przemyśleć, zobaczyć, dokąd dźwięki mnie zabierają, jakie emocje u mnie powodują. Wtedy pisanie piosenek jest dużo bardziej naturalne. Muszę wysłuchać tekstu z podkładem, by stwierdzić, czy mi odpowiada.

Znasz jakiś polskich artystów? Może ktoś zapadł Ci w pamięć konkretnie?

Moja wiedza o polskich wykonawcach jest bardzo uboga. Wiem natomiast, że Polska może się pochwalić artystami grafikami. Nigdzie indziej nie widziałam tylu fajnych plakatów, często surfuję po polskich stronach, chcąc lepiej poznać ten temat.

W sieci bardzo dużo osób, w tym MY! czyta Twojego bloga. Nie jest to dla Ciebie problemem? Pytam, bo pojawiają się tam przeróżne tematy, od polityki, poprzez tapetę na telefon z psem, kończąc na sesjach zdjęciowych z Twoim udziałem w roli głównej.

Rzadko myślę o tym, jako blogu czy dzienniku. Wstaję, robię herbatę, jem śniadanie i jeśli czuję, że coś kreatywnego we mnie narosło, wstawiam to bloga. Lubię pisać o różnych rzeczach, lubię udowadniać, że ludzi nie powinno się traktować jak płytkich i głupich, gdyż reprezentują oni sobą dużo więcej.

Czego możemy się spodziewać po nadchodzącym albumie?

Nie będzie on brzmiał podobnie do mojego pierwszego krążka, Plethory. Teraz to ja zajmuję się całą produkcją i pisaniem, więc oczekuję innego brzmienia. Jest bardziej taneczny, niektórzy twierdzą, że moja muzyka stałą się „czarniejsza” i bardziej zmysłowa. Słuchałam dużo starego acidhouse’a, Frankiego Knuckles’a i Petera Gabriela, zatem wynik końcowy pracy nad albumem będzie podobny do twórczości tych dwóch.

Plethora zaskoczyła słuchaczy wyjątkowym, elektrocybernetycznym soulem, czy kolejna płyta zaskoczy równie mocno?

Hmm… to akurat zostawię Waszej ocenie.

Twój wizerunek jest ekstrawagancki, przerysowany (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) i oryginalny? Taka tez jest Twoja muzyka. Skąd się rodzą takie pomysły w Twojej głowie?

Trzymam przy sobie stale dziennik, w którym gromadzę inspirację. Jestem bardzo dziecinna, muszę zawsze wszystkiego dotknąć i zbadać. Uwielbiam tworzyć i uwielbiam poświęcać się wielkim, niemożliwym rzeczom. To efekt mojej medytacji, jak sądzę… i stresu!

Coverowałas utwór „Creep” zespołu Radiohead. Podoba Ci się muzyka, jaką tworzą chłopcy? Chciałabyś z nimi kiedyś nagrać jakiś kawałek?

Rzeczywiście, podoba mi się brzmienie ich twórczości. Obecnie mam fazę na Kid A, dopiero teraz doceniłam ten album. Robią swoje i wszystko gra. Moja wersja „Creep” była nagrana w studiu, pomiędzy nagraniami na mój krążek… Nadal myślę, że nikt nie może tego zrobić tak jak Yorke, więc jestem bardzo zdziwiona, że się na to zdecydowałam. Drugą część pytania zostawię bez odpowiedzi, wolałabym nie wykrakać… Ale jeśli tak ma być, to niech tak będzie.

Tym tajemniczym akcentem zakończymy naszą rozmowę, dzięki wielkie za rozmowę!

Joss Stone przyłapana podczas gali Prince Trust Rock

Joss na chwilę odłożyła sprawy muzyki, aby wybrać się na galę Prince Trust Rock w swoim rodzinnym kraju. O czym jest mowa w wywiadzie, skoro wykluczyłam już twórczość Joss? O sukience, którą włożyła na ten wieczór, o tym jak ocenia działalność fundacji i co wie na temat lat 70. Zabawna dziewczyna z tej Stone, a na dodatek ma taki uroczy akcent!

„Wierzę, że muzyka powinna szerzyć radość życia” – Aloe Blacc dla soulbowl.pl, cz. II

aloe1

Dni do koncertu artysty, który odbędzie się już 9 listopada w warszawskim klubie Palladium możemy odliczać na palcach. Jakiś czas temu zaprezentowaliśmy niezwykle udaną rozmowęAloe. Na jedno z pytań odpowiedział on bardzo konkretnie. Chodzi o utwory, które miały największy wpływ na jego życie, twórczość i to, co reprezentuje sobą obecnie. Poradził sobie z tym zadaniem znakomicie uzasadniając każdy wybór bardzo precyzyjnie. Sprawdźcie to koniecznie.

Jorge Ben „Cassius Marcelo Clay”


To jedna z najlepszych piosenek-hołdów, składanych żyjącej osobie, jakie w życiu słyszałem. W czasach swojej zawrotnej kariery na ringu Muhammad Ali był bohaterem nie tylko czarnych w USA. Uosabiał piękno i siłę czarnych ludzi na całym świecie. W tej piosence Jorge Ben bardzo dokładnie uchwycił te uczucia.

Donny Hathaway “A Song for You”


Donny nagrał cover piosenki Leona Russela w sposób, który podkreśla istotę jej słów. Pasja w głosie Donny’ego, gdy wykonuje ten utwór jest naprawdę szczera i pełna emocji. Czasem oryginalna wersja piosenki nie jest jej najlepszym wykonaniem. To także prawdziwe w stosunku do moich piosenek bo często zauważam, że naprawdę nabierają życia na scenie.

NENA „99 Luftballoons”


Pamiętam, że słyszałem ten numer jako dzieciak i bardzo podobała mi się jej energia. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że ma polityczne znaczenie. Doceniam utwory, które mają drugie dno, szczególnie jeśli to dno jest społeczne lub polityczne. Ważne jest by artyści umieli zaangażować publiczność w głębszą dyskusję na temat ich życia, a nie wyłącznie na temat romansów i imprez.

Michael McDonald “What a Fool Believes”


Utwór ten integruje filozofię z muzyką w zabawny i nie protekcjonalny sposób. W podobny sposób „Superstition” Steviego Wondera podpowiada by unikać angażowania się w fałszywe koncepcje. Podobają mi się przekazy obu tych piosenek. Jeśli wierzysz w głupie rzeczy, prawdopodobnie wydarzenia w swoim życiu również będziesz interpretować w niemądry sposób.

Cat Stevens “Where Do The Children Play”


Stevens to jeden z moich ulubionych autorów piosenek. Pisał w prosty sposób, ale z ogromną głębią. Utwór „Where do the Children Play” zawiera istotne pytania dotyczące sposobu w jaki traktujemy naszą planetę. Bez tak społecznie świadomych artystów jak Cat Stevens, nie byłoby wydarzeń pokroju Woodstock czy Live Aid.

The Beatles “You Never Give Me Your Money”


Jest tyle piosenek Beatelsów, które mógłbym wymienić, ale ta szczególnie podkreśla to, co podobało mi się w późniejszych nagraniach zespołu. Ma złożoność symfonii z wyraźnie wyodrębnionymi segmentami. W tej jednej kompozycji mogę naliczyć przynajmniej cztery oddzielne piosenki, każda z nich wyróżnia się i wciąga słuchacza na swój własny sposób. Szczególnie urzeka mnie grzeczny i delikatny początek utworu i jego wieloznaczny tekst. Nigdy nie jestem do końca pewien do czego się on odnosi.

James Moody “Moody’s Mood for Love”


Muzycy i wokaliści jazzowi są jednymi z najbardziej kreatywnych członków muzycznej społeczności. Kiedy James Moody nagrał cover „I’m In The Mood For Love” i dodał do niego charakterstyczne solo na saksofonie, Eddie Jefferson podniósł poprzeczkę dopisując tekst do solówki Moody’ego. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem ten utwór byłem pod ogromnym wrażeniem tego, jak tekst pasował do solówki i w jaki sposób brzmiał na jego tle saksofon.

Marvin Gaye „What’s Going On”


Doceniam tematykę tego utworu bo wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach jest wciąż zbyt mało piosenek poruszających problematykę ekologii. Berry Gordy z Motown początkowo nie chciał wydawać tej piosenki, ale historia pokazała nam jak ważny okazał się ten utwór. Wyobraźcie sobie, że nigdy nie dane by nam było go usłyszeć! Cieszę się, że wytwórnia podjęła właściwą decyzję i uszanowała integralność artysty.

D.J. Rogers “It’s Good to Be Alive”


D.J. Rogers to jeden z moich ulubionych artystów. Jego głos ma cel, a teksty są pełne nadziei. Lubię dobrą muzykę, która sławi uroki życia. Muzyka karaibska, latynoska i brazylijska robi to doskonale, ale nie ma zbyt wielu przykładów tego rodzaju utworów w języku angielskim. Wierzę, że muzyka powinna szerzyć radość życia, edukować, informować, budować solidarność i ostatecznie dostarczać rozrywki. Rogers robi to wszystko lekko i bez wysiłku.

Joni Mitchell „Big Yellow Taxi”


W przypadku piosenek z przesłaniem, ten utwór Joni Mitchell jest wyjątkowy. Głos Joni w tej piosence jest niewinny a melodia tak wciągająca, że ciężko dostrzec ukrytą w niej krytykę kapitalizmu i miejskiego rozkładu.

„Nie jestem fanem remiksów” – Geoff Wilkinson (Us3) dla soulbowl.pl

w1

Geoff Wilkinson – charyzmatyczny producent i założyciel składu Us3, zgodził się odpowiedzieć na kilka naszych pytań. Jeśli ciekawi Was, ile płyt winylowych liczy kolekcja Geoffa, z kim najbardziej chciałby współpracować, co sądzi na temat samplingu i… Agi Zarayan – śmiało przeczytajcie poniższy wywiad! Takie rzeczy tylko w misce. Przypominamy również, że grupa Us3 wystąpi w warszawskiej Stodole już 24 października!

Jak dziś reagujesz na „Cantaloop” i co sądzisz o ludziach, kojarzących Was jedynie z tym numerem?

Zaskakuje mnie, że „Cantaloop” nadal jest taki popularny. Wydaje się nie starzeć! Jeśli ktoś słyszał tylko ten kawałek z całej dyskografii Us3, powiedziałbym mu, że wzbogaciłby swoje życie słuchając całej naszej dotychczasowej twórczości.

Czy udało Wam się kiedykolwiek spotkać z Herbiem Hanckokiem na jednej scenie?

Występowałem z nim parę razy. Pierwszy raz na Montreux Jazz Festival w Szwajcarii w 1993 (dopiero co zamieściłem zdjęcie na Facebooku).Zawsze był świetnie do mnie nastawiony. Powiedział, że uwielbia „Cantaloop”. Widziałem go nawet wykonującego „Cantaloupe Island”, który, śmiejąc się, przedstawił jako kawałek Us3!

Dzięki koncertom, zjeździłeś cały świat. Czy są jakieś miejsca, które zapadły Ci w pamięci z uwagi na atmosferę, klimat i najlepszy odbiór publiki?

Muszę przyznać, że jeden z najbardziej pamiętnych koncertów miał miejsce podczas naszej podróży do Polski w październiku 1997, kiedy to graliśmy w Sali Kongresowej podczas Jazz Jamboree Festival. Był to ostatni występ podczas naszej światowej trasy koncertowej, promującej drugi album „Broadway & 52nd”. Wszyscy z zespołu byli troszkę rozemocjonowani. Szaleliśmy, zbity tłum wariował, to był niezapomniany koncert. Mieliśmy szczęście, że mogliśmy grać dla tak wielu wspaniałych widowni na całym świecie. W 2009 zagraliśmy po raz pierwszy w Chinach, na plenerowym festiwalu w Szanghaju przed 25 tys. ludźmi. Bardzo chciałbym tam wrócić. Doświadczenie tak innej kultury było fantastyczne.

Samplowałeś kiedykolwiek polski jazz? A może kojarzysz też jakichkolwiek muzyków z naszego kraju?

Nie samplowałem żadnych polskich twórców, lecz widziałem wielu podczas moich podróży do Polski. Czy O.S.T.R. nie samplował nieco polskiego jazzu? Hirek Wrona dał mi swego czasu mnóstwo płyt z polskim jazzem z lat 70.To było bardzo miłe z jego strony!

Nadal kolekcjonujesz płyty winylowe czy przerzuciłeś się na nośniki cyfrowe? Jak prezentuje się Twoja kolekcja płyt?

Nadal posiadam około 7 tys. winylowych krążków. Trochę sprzedałem, gdyż już praktycznie nie didżejuję. Zachowałem za to wszystkie białe kruki! Szczerze mówiąc, nigdy nie przejmowałem się specjalnie formatami. Jednak poziom kompresji, który może się pojawić w mp3, potrafi zdenerwować.

Na czym, w Twoim przypadku, polegała rezygnacja z samplingu?

Dla mnie naturalnym procesem było przerośnięcie ograniczeń, jakie narzuca pracowanie wyłącznie na samplach. Praca z żywymi muzykami jest zarówno bardziej elastyczna, jak i wymagająca. Uwalnia Cię, możesz robić wszystko. Oczywiście, nadal myślę, że samplowanie może być świetną formą twórczości i nie jestem jej ani trochę przeciwny. Jednakowoż oczyszczanie sampli może być bardzo czasochłonne i kosztowne. Mam wrażenie, że główne wytwórnie i wydawcy wyeliminowały tą metodę.

Śledzisz dzisiejsze wydawnictwa Blue Note? Słyszałeś o Adze Zaryan?

Nie śledzę szczególnie żadnej wytwórni. W tym roku skupiałem się na własnej, więc nie wiem, co wydało Blue Note. Mam album Agi Zaryan Picking Up The Pieces, bardzo mi się podoba.

Co sądzisz o obecnej scenie muzycznej – nowych brzmieniach, bitach? Jak się w tym odnajdujesz?

Cały czas pojawia się coś ciekawego. Często siedzę i grzebię w internecie, szukając perełek. Ostatnio zauważyłem, że, pojawia się coraz więcej kawałków zainspirowanych klasycznym hip hopem lat 90-tych? To mi się podoba!

Praktycznie na każdej płycie współpracujesz z nowymi artystami. Czy ustawiają się do Ciebie kolejki chętnych chcących zaistnieć? Jesteś zasypywany demówkami?

Owszem, otrzymuję wysłane rzeczy. Jednak 99% ludzi, z którymi współpracuję to Ci, których sam znalazłem. Teraz dużo łatwiej znaleźć potencjalnych współpracowników przez internet.

Czemu wybrałeś Akalę do współpracy nad Twoim ostatnim albumem?

Bo jest świetny! Nastąpił duży skok w poziomie brytyjskiego rapu od premiery mojego poprzedniego albumu. Chciałem to podchwycić. Pod względem lirycznym, uważam Akalę za najlepszego w UK. Wyczekujcie jego następnego albumu!

Biorąc pod uwagę Twoje społeczno – polityczne zaangażowanie, powiedz proszę, co uważasz za największe zagrożenia dzisiejszego świata. Co niepokoi Cię najbardziej?

Skala kryzysu zadłużeń, którą będziemy obserwować za chwilę, wywoła chaos na świecie. Jest to wynik zachowań pewnych elementów systemu finansowego, jakie pozostawały (i nadal pozostają, skutkiem ciągłego braku regulacji) poza kontrolą. Nie podoba mi się też sposób, w jaki zachowują się ogólnoświatowe firmy. Unikają one płacenia podatków dzięki przenoszeniu zysków do krajów o niskich podatkach poprzez transferowe wyceny.

Jak byś zareagował na czyjąś wypowiedź, że acid jazz umarł?

Ha! Cóż, nie zostałem zaproszony na pogrzeb. Nie wybrałem się też na żadne z urodzin…

Gdybyś mógł nagrać 3 piosenki z wymarzonymi artystami, których byś wybrał?

Bardzo bym chciał wyprodukować coś dla Nasa, jest on moim ulubionym MC. Jeśli chodzi o jazz, uwielbiałbym pracę z Rolandem Kirkiem prawdziwa maverickowa, kochająca zabawę dusza z buntowniczą naturą… Nagrałbym też Lee Morgana, który jest moim ulubionym trębaczem.

Czy mógłbyś wymienić trzech producentów, których byś wybrał do zremiksowania swoich utworów?

Nie jestem fanem remiksów, idę w stronę oryginalności.

Dziękujemy za rozmowę!

„Nie martwię się o bycie oryginalnym” – Aloe Blacc dla soulbowl.pl, cz. I

aloe1

Prawie miesiąc przed koncertem artysty w Polsce (9 listopada, Warszawa, Palladium) Aloe Blacc odpowiada na nasze pytania. Nie lada gratka, nie lada zaszczyt i nie lada radość. Tym bardziej dlatego, że ten artysta to po prostu bardzo mądry i doświadczony życiowo facet. Wywiad postanowiliśmy podzielić na 2 części. Dlaczego? O tym dowiecie się czytając całość.

Jesteś znany szerszej publiczności z utworu „I Need a Dollar”, który osiągnął spory sukces na listach przebojów na całym świecie. W ciągu tego roku to był jeden z niewielu bastionów porządnej muzyki w brytyjskim top 75. Co sądzisz o obecnej muzyce pop?

Muzyka pop nie jest dziś taka jak była kiedyś. Jej wiarygodność i zasadność uległy degradacji. Przemysł muzyczny wydaje buble i zapychacze rynku tylko po to, by utrzymać się na powierzchni i by spece mogli zachować swoje posady. Trudno sobie dziś wyobrazić, co przyszłe pokolenia wywnioskują z muzyki pop obecnej dekady.

Singiel z dolarem można usłyszeć w czołówce serialu „How to Make It in America” (polski tytuł: „Jak to się robi w Ameryce”). Jak to się stało?

Osoby nadzorujące oprawę muzyczną dla serialu skontaktowały się ze Stones Throw i wybrały „I Need a Dollar”. Mój album był już nagrany i czekał na datę wydania. Myślę, że „I Need a Dollar” był idealnym utworem na motyw przewodni dla tego serialu, bo mówi bezpośrednio o codziennej walce o pieniądz w moim kraju. Społeczeństwo w Stanach jest absolutnie kapitalistyczne i ta sytuacja przenika każdy aspekt egzystencji w USA, od opieki zdrowotnej po edukację.

Twoja muzyka jest zaangażowana społecznie i politycznie. Na Good Things poruszasz tematy miłości, polityki, społecznych niesprawiedliwości. Jaka jest rola artysty w społeczeństwie?

Bob Marley śpiewał „One Love”, a Michael Jackson „We Are the World”. Te piosenki, tak jak wiele utworów innych artystów są częścią bogatego wachlarza muzyki, która domaga się społecznych przemian. Słowa w piosenkach wzmacniają idee istniejące w kulturze i polityce. Czasem muzycy i artyści są bardziej skuteczni niż politycy w szerzeniu socjo-politycznych przesłanek.

Przez długi czas byłeś częścią duetu Emanon jako raper. Teraz nagrywasz muzykę soul. W jaki sposób odnosisz się do hip hopu i do soulu? Jak możesz opisać różnicę w wyrażaniu siebie jako raper i jako piosenkarz?

Nie potrafię się personalnie odnieść do bogactwa sławionego w muzyce hip-hop w ostatnich latach, i choć nie umie tego duża część fanów, to elementy związane z przepychem, w jakiś sposób przyciągają uwagę słuchaczy. Ja wolę wyrażać się w imieniu większości ludzi śpiewając piosenki będące znakiem czasów i odzwierciedlające rzeczywistość. Kiedy zaczynałem jako MC, najważniejszą dla mnie częścią muzyki były słowa. Teraz, kiedy uczę się być lepszym piosenkarzem i autorem piosenek zaczynam rozumieć jak wyjątkową więzią połączone są ze sobą melodia i liryka. Gdy nagrywam cover piosenki, staram się nadać jej nowe życie z pomocą własnej interpretacji tekstu i muzyki. Próbuję naprawdę wyostrzyć melodię i zasygnalizować coś nowego w danym utworze. Ostatnio najbardziej lubię eksperymentować z harmonią w piosenkach i planuję to wykorzystać przy nagrywaniu następnego solowego albumu.

Jesteś częścią bardzo popularnego obecnie nurtu w muzyce soul/r&b tj. powracania do korzeni, do brzmienia lat 60-tych, 70-tych. Czy jest to według ciebie pozytywne zjawisko? Czy artyści nie powinni przede wszystkim szukać nowych dróg?

Nie martwię się o bycie oryginalnym bo czuję, że przekazuję dalej tradycję, co samo w sobie zaprzecza pojęciu oryginalności. Mimo to okazuje się, że wielu słuchaczy odebrało Good Things jako coś unikalnego, chociaż ten album szeroko czerpie z klasycznej muzyki soul. Podoba mi się, że podtrzymuję tę kulturę w sposób, który ludzie uważają za autentyczny i wartościowy. Moim celem jest, między innymi, oddanie hołdu moim nauczycielom i idolom kultywując kulturę muzyki soul.

Jakie są twoje pomysły i kierunek muzyczny na kolejną płytę – czy już o tym myślisz i kiedy możemy się jej spodziewać? Czy może pracujesz nad innymi projektami?

Kończę właśnie kolejny album Emanon wraz z Exile’em, zatytułowany Birds Eye View. Wspieram Mayę Jupiter, australijską artystkę w pracy nad jej albumem, który współtworzyłem i współprodukowałem wraz z Quetzal Flores i Marthą Gonzalez. Nieustannie jestem w studiu gdzie piszę nowe piosenki i mam już kilka, które chcę przedstawić m.in. Kelly Clarkson, Keithowi Urbanowi i Justinowi Bieberowi. Komponowanie piosenek jest jedną z moich mocnych stron i dlatego chcę pisać dla innych. Razem z moim przyjacielem In-Q chcę też rozpocząć pracę nad innym kreatywnym projektem, ale w tej chwili koncentruje się głównie na promocji Good Things.

Z jakimi artystami chciałbyś współpracować?

Gdybym mógł wybierać chciałbym móc współpracować m.in. ze Steviem Wonderem, Rubenem Bladesem, Jay’em-Z i Anitą Baker.

Co Cię inspiruje w muzyce? Jacy artyści i gatunki?

Moja miłość do muzyki wywodzi się głównie z kultury hip-hop, w której zaistniałem jako MC, b-boy i producent. Kilka piosenek na albumie Good Things napisałem przed sesjami nagraniowymi, a inspiracje przez te lata obejmują artystów takich jak Cat Stevens, Sam Cooke czy Curtis Mayfield. Moje muzyczne wpływy zahaczają też o salsę czy nawet country. Podziwiam takich ludzi jak Lionel Richie i Stevie Wonder, którzy w swoich czasach zaistnieli w każdym gatunku muzycznym. Nie bardzo inspiruje mnie współczesna muzyka, ale na pewno wpływ na mnie mieli tacy raperzy jak Fashawn, Co$$ i Blu, którzy mobilizują mnie w kwestii rymowania.

Twoje inspiracje to także muzyka latynoska, panamski soul, calypso, salsa. To niezbyt popularna muzyka w Polsce. Czy możesz polecić polskim słuchaczom artystów z tych kręgów?

Latynoskie rytmy w mojej muzyce to sprawka moich rodziców, którzy pochodzą z Panamy i gdy dorastałem słuchali w domu salsy, meringue, soci i calypso. Te karaibskie wpływy słuchać głównie w piosenkach na płycie Shine Through. Mam na myśli utwory „Patria Mia” i salsowy cover „Ordinary People” – to tylko przykłady moich bezpośrednich odniesień do latynoskich rytmów. Poszukującym słuchaczom poleciłbym takich artystów jak Ruben Blades i Ismael Rivera i artystów z kręgu muzyki calypso – Lord Kitchener i Might Sparrow.

Uważasz się za artystę kompletnego? Czujesz się spełniony? Do czego dążysz?

Pieniądze pomagają artyście zarobić na życie, ale jednocześnie umożliwiają biznesmenom zbijanie pieniędzy na produkcie tegoż artysty. Obecnie przemysł muzyczny zdaje się bardziej zajmować samym przemysłem niż muzyką. Niektórych z tych speców od biznesu kompletnie nie obchodzi jakość sztuki, ich głównie interesuje zarabianie pieniędzy. Mój cel, jako muzyka i biznesmana jednocześnie to robić sztukę wysokiej klasy i prezentować ją w taki sposób by była warta zakupu. Chcę opowiadać ciekawe historie, które coś wnoszą do życia i w jakiś sposób je ulepszają.

Jaki utwory można znaleźć na swoim iPodzie i co nigdy tam się nie znajdzie?

W moim odtwarzaczu nie znajdziecie żadnego death metalu ani J-popu, ale znajdziecie album D.J. Rogersa It’s Good To Be Alive. Poza tym jest tam Sly Stone Fresh, album który wciąż należy do moich ulubionych. Puszczam też sobie Cata Stevensa, Joni Mitchell i Nat King Cole’a.

Czy możesz przybliżyć nam numery, które zmieniły Twoje życie?

Na to pytanie Aloe Blacc odpowiedział bardzo szczegółowo. Zapraszamy zatem do przeczytania drugiej części wywiadu, która przedstawia nam 10 utworów. Ukaże się ona niebawem.

Co chciałbyś robić w życiu gdybyś nie był muzykiem?

Dużą radość sprawia mi opowiadanie historii. Ostatecznie chciałbym robić właśnie to – opowiadać historie w różny sposób; poprzez muzykę, powieści, aktorstwo i reżyserię. Być może niedługo zacznę grać w filmach? Jedno jest pewne, zawsze będę tworzył muzykę i pisał dla innych artystów, bo to sprawia mi przyjemność.

Czy chcesz coś przekazać polskim fanom przed nadchodzącym koncertem?

Jestem zawsze niezmiernie szczęśliwy mogąc dzielić się swoją twórczością z nowymi fanami. Mam nadzieję, że wszyscy będą mieli możliwość zdobycia kopii mojego albumu i będą mogli nauczyć się piosenek i śpiewać ze mną podczas koncertu!

Dziękujemy za rozmowę!

„Podłożem zespołu zawsze był funk” – Brenda Walsh dla soulbowl.pl

282085_199887506736495_5917982_n

Długo czekałam na pełnoprawny album grupy Brenda Walsh, nie zawiodłam się. W dzień premiery mamy dla Was niespodziankę. Z czym podaje się album Many Faces of Brenda Walsh, co chłopaki planują na najbliższą przyszłość, skąd się wzięła ekscentryczna nazwa zespołu, co łączy Radka i wzornictwo? Takie i inne smaczki tylko w rozmowie dla miski. Przed Wami, po skoku reprezentacja – Tomasz Kutera, basista i założyciel składu oraz wokalista – Radek Rejsel.

Gadamy w przed dzień premiery Waszego pierwszego krążka, jak się czujecie z pierworodnym dzieckiem w ręku?

RaRe: Jestem bardzo szczęśliwy i dumny z tego, że nasze muzykowanie zmaterializowało się w postać płyty CD. Bardzo lubię badać wszystkimi zmysłami to, co kreuję (może dlatego poszedłem na wzornictwo). Ogromną radość sprawia mi trzymanie w ręku „naszych piosenek”’, wąchanie atramentu świeżo odfoliowanej okładki, wyciąganie i wkładanie dysku ponownie do opakowania, słuchanie płyty z odtwarzacza CD. Muszę przyznać jednak, że bardziej wariowałbym gdyby Many Faces Of Brenda Walsh została wydana na kasecie lub winylu! Mam wrażenie, że nasza muzyka dzięki temu nobilitowała, odczuwam ulgę i mam ochotę na więcej. Trochę też się boję…

Tomek Kutera: Bardzo dumny się czuję. To oczywiście debiutancka płyta Brendy, a jednocześnie moja pierwsza. Niesamowicie jest trzymać w rękach coś, nad czym pracowało się tak bardzo długo. Jestem też ciekaw opinii słuchaczy. Dla mnie, a słucham dużo,ten album jest strasznie dziwny (celowo nie rozwinę, o co dokładnie mi chodzi) i nie do końca wiem, jak na niego zareagują odbiorcy. Mam nadzieję, że dobrze. Chociaż trochę się obawiam… Czas pokaże.

Zacznijmy od… nazwy zespołu. Skąd ten pomysł? Dla mnie jest fenomenalna.

RR: Nie dziwię się, że nazwa do Ciebie trafia. Zapewne zasiadałaś kilkanaście lat temu przed telewizorem oglądać Beverly, które jest symbolem lat 90.. Jasne, chcieliśmy nawiązać do tej dekady, większość członków zespołu była wtedy dzieciakami zajaranymi tym serialem. Dużo ważnych rzeczy wpłynęło w tym okresie na to kim jesteśmy teraz i czym jest nasz zespół. Należy jednak mieć na uwadze, że ‘Brenda Walsh’ użyta została ironicznie. Poza tym, zależało nam na ciekawej nazwie, która spoiłaby ten mnogi gang w jedno. Na szczęście nie wszyscy pamiętają Brendę Walsh i traktują to, jako nowość. Ja np. nie oglądałem BH9210 i nie wiedziałem, kim jest Brenda. Widziałem natomiast tu duży potencjał i plastyczność.

TK: Mówiąc mniej romantycznie, po prostu potrzebowaliśmy nazwy, więc któregoś dnia spotkaliśmy się wszyscy w jednym miejscu, każdy z propozycjami i urządziliśmy mini wybory. Brenda Walsh była jednym z moich i Puocia – naszego rapera – pomysłów, a wpadliśmy na nią… przeglądając Wikipedię. Oczywiście, konotacje nazwy, jak mówi Radek, były baaardzo ważne, więc to nie jest tak, że się wzięło zupełnie od czapy. Swoją drogą – zespół mógł się też nazywać Knight Industries albo Brunet Will Call… Brenda to jednak był dobry wybór. Może to mało romantyczne, ale cóż… Tak to po prostu wygląda.

Opowiedzcie trochę o historii grupy. Długo formował się ostateczny skład? Skąd pomysł na tyle osób i instrumentów?

TK: O Jezus, bardzo długo. Zacznijmy od tego, że zespół kiedyś, dawno temu nazywał się Funk Me Hard. W zalążkach powstał w 2007 roku, kiedy na próbie przypadkowo spotkałem się ja i Kuba Sudół, nasz perkusista. Potem doszedł Wiktor, gitarzysta i kolejne osoby. Ludzie odchodzili i przychodzili. Graliśmy naprawdę różne rzeczy, najpierw bardzo amatorskie, potem coraz bardziej profesjonalne. Ostatecznie doszliśmy do punktu, w którym mogliśmy wydać płytę. Zmieniliśmy nazwę z kilku powodów. Głównie dlatego, żeby zaznaczyć świeży start formacji, która przeszła baaardzo wiele. Zastosowaliśmy metodę grubej kreski.
A czemu tyle osób? Tak wyszło ;) Już na początku z Kubą chcieliśmy mieć dużo osób w bandzie, ale szczerze mówiąc nie sądziliśmy, że to aż tak się rozrośnie. Wyszło świetnie, wielkość Brendy to przecież jeden z jej znaków rozpoznawczych. Pierwszy koncert zagrało 7 osób. Teraz jest 12. Co będzie za rok?

Orkiestra dęta! Łączycie w swojej muzyce wiele gatunków muzycznych, który z nich jest Wam najbliższy?

RR: Myślę, że dla większości będzie to funk. Ja cudownie czuję się w tym naszym muzycznym misz maszu, choć wcześniej wspomniany funk jest tu najbardziej wyzwolony, pierwotny. Lubię, kiedy łączymy instrumenty dęte z syntetycznymi brzmieniami. Nie wiem czy to do siebie pasuje, jednak wtedy najbliżej nam do brzmieniowej autonomii. Myślę, że wbrew pozorom jeszcze za mało eksperymentowaliśmy.

TK: Przyjdzie i na to czas. Odpowiadając na pytanie: podłożem zespołu zawsze był funk (patrz: pierwsza nazwa), ale w którymś momencie bardzo od niego odeszliśmy (patrz: zmiana nazwy). Co teraz nam jest najbliższe? Każdemu co innego. Patrz: nazwa płyty.

Planujecie jakąś trasę koncertową?

RR: Tak, myślę, że uda nam się zwiedzić niebawem parę miejsc w Polsce.

Czy mi się tylko wydaje, że nie było pierwszego oficjalnego singla jeszcze?

RR: Ustaliliśmy, że nasza muzyczną wizytówką w radiach będzie ‘Porn Site’. Nie był to łatwy wybór. Udało nam się zrobić kilka skrajnie różnych kawałków, ale jednak to piosenka o stronach porno wybiła się pod względem przebojowości i kreatywności brzmieniowo-lirycznej.

TK: A ja bym chciał, żeby ludzie słuchali całych płyt, a nie pojedynczych kawałków… Tak w ogóle, nie tylko w naszym przypadku.

To prawda, jednak wiesz jak to jest zazwyczaj, po nitce do kłębka. Od singla do albumu. Jedziemy dalej. Kiedy możemy spodziewać się jakiegoś szalonego jak cała Brenda klipu?

RR: W planach na przestrzeni 2 miesięcy jest realizacja dwóch muzycznych obrazków m.in. do „Porn Site”.

Skąd Wy macie aż tylu fanów, że ciężko było mi gdziekolwiek stanąć na Waszym koncercie? Zawsze tak jest? Z ręką na sercu przyznaję, że zapoznałam się z Waszą twórczością stosunkowo niedawno.

RR: Jest tak, że dzieje się jakaś magia na naszych koncertach, to prawda. Zagraliśmy stosunkowo niewiele, ale na większości z nich brakowało miejsca dla publiki. Znając relacje z drugiej strony, okazuje się, że ludzie czują, że to, co robimy jest autentyczne. Celem naszego grania jest przyjemność, jaką z tego czerpiemy, a to zaraża. Zespół funkcjonuje na zasadzie paczki przyjaciół, która nie ma na celu czerpania jakichś materialnych zysków czy też innych bliżej sprecyzowanych osiągnięć. Po prostu jest nam ze sobą dobrze i cieszymy się z każdej spędzonej na graniu razem chwili. Nie ma w tym spiny, ani frustracji. Musze przyznać też, że internet, jako medium ułatwił sprawę. Dużo osób zainteresowało się nami po tym, jak na YouTube umieściliśmy nagranie z próby, na której wykonujemy „Porn Site”.

TK: Brenda działa tak: jeśli przyjdziesz na jeden koncert, będziesz przychodzić na kolejne. Nie wierzysz? To przyjdź i się przekonaj ;)

Wystartowaliście z bardzo dobrym i mocnym materiałem na początku, jest wiele składów/wokalistów w podziemiach, którzy nie dostali (jeszcze) szansy wydania pełnoprawnego albumu. Jak myślicie, czym to jest spowodowane? Aż tak ciężko jest wypromować w Polsce brzmienia spod znaku naszej miski? Szczerze.

TK: Rozdzielmy dwie sprawy. Wydanie płyty to kwestia mnóstwa uporu, mnóstwa zaparcia, mnóstwa ciężkiej pracy i trochę szczęścia, nie ukrywajmy. Owszem, dostaliśmy szansę, ale też bardzo ciężko na nią zapracowaliśmy. Druga rzecz to promocja: to ciągle przed nami, Brenda jeszcze nie jest ogólnoświatową gwiazdą. Ale to kwestia czasu… Mówiąc poważnie: Internet bardzo ułatwia sprawę, trzeba tylko wiedzieć jak. Niestety z tego, co obserwuję, mało kto wie o co tak naprawdę chodzi.

Wróćmy do płyty. Dlaczego angielskie teksty przeważają? Ciężko jest Wam jeszcze pisać teksty w języku polskim?

RR: Ja jestem odpowiedzialny za to, że większość tekstów jest po angielsku. Nigdy nie słuchałem polskiej muzyki, a ta, która jest naszą inspiracją pierwotnie była pisana po angielsku. Dla mnie śpiewanie takiej muzyki w innym języku jest nienaturalne. Gdyby Brenda grała inną muzykę możliwe, że podziałałaby ona na środki językowej ekspresji. Taka ciekawostka – jeden z kawałków nie trafił na płytę, gdyż był zaśpiewany po polsku. Próbowałem się zmierzyć z tą materią, poniosłem klęskę. Brzmiałem kwadratowo i nienaturalnie.

Pytanie do wokalisty. Radku, odpowiedz mi i naszym czytelnikom gdzie Ty się wcześniej z takim głosem chowałeś? Śpiewałeś gdzieś wcześniej? Uczyłeś się śpiewu?

RR: Jako dzieciak śpiewałem w Pałacu Młodzieży w Szczecinie, na czas okresu buntu próbowałem się odnaleźć w kapelach ciężkich, gitarowych – bezskutecznie. Kilka lat śpiewałem w Gospel Szczecin Choir. To doświadczenie otworzyło mnie na śpiewanie. Można powiedzieć, że pozbyłem się wstydu. Od dziecko ciężko mi było się czegoś nauczyć. Lekcje śpiewu zawsze kończyły się porażką, nie umiałem opanować mojej spontaniczności, dostosować się do ciasnych ram szlifowania warsztatu. Czułem, że jestem mocniejszy w tworzeniu niż w odtwarzaniu. Chyba nigdy nie nauczę się tak do końca śpiewać, ale nie na tym zależy mi najbardziej.

Czym zajmujecie się poza muzyką?

RR: Mam za sobą liceum plastyczne, obecnie studiuję wzornictwo na ASP. Marzę o tym by zająć się tylko muzyka. Wracam na studia po rocznej przerwie dziekańskiej poświęconej rozwijaniem muzycznej pasji. Dobrze mi to zrobiło bo nagrywam już solową płytę.

TK: Grami wideo. Ale poważnie, zajrzyj na Polygamia.pl

Tradycyjne pytanie od nas, jako samozwańczych dźwięko-maniaków. Co sądzicie na temat promocji i sprzedaży muzycznej w Internecie? Ostatnio pojawia się coraz więcej blogów muzycznych. Czy to dobrze, że każdy może usiąść sobie na miejscu krytyka? Jaki wpływ na muzykę w ogóle ma według Was Internet?

TK: Znów: rozdzielmy rzeczy. Promocja (i sprzedaż) muzyki w Internecie pozwoliła wielu niszowym projektom na znalezienie odbiorców, ułatwiła niezwykle wiele także słuchaczom. Ogromna dostępność muzyki pootwierała głowy co bardziej zatwardziałym. To cudowne, że nie mamy już twardych podziałów na zamknięte subkultury, że chcemy to wszystko mieszać, słuchać wszystkiego naraz. To raz.
Dwa: Blogi muzyczne. Jak w ogóle blogi, każdego rodzaju – fajne jest to, że każdy może coś takiego założyć. Na tym polega Internet. Inna rzecz, że dziś w sieci liczy się w dużej mierze jakość, konkurencja nie śpi. Jeszcze kilka lat temu internauci byli mniej wymagający, obecnie nawet amatorskie strony czy blogi muszą być profesjonalnie prowadzone, inaczej upadną. Więc to nie jest tak, że każdy może robić to, co chce. Jeśli będzie to robił słabo, to do nikogo nie trafi. Przetrwają najsilniejsi i najlepsi.
Trzy: Jaki w ogóle wpływ na muzykę ma Internet? To temat na pracę magisterską, co najmniej ;) Z najprostszych przykładów, które od razu przychodzą mi do głowy: chillwave. Ten gatunek nie powstałby bez sieci.

Jedno z moich ulubionych pytań, co macie na swoich odtwarzaczach muzycznych i co się tam nigdy nie zajdzie?

RR: Zawsze: Jamie Lidell, Prince, Czeslaw Niemen, Queen, D’Angelo. Jedno, czego nie jestem w stanie pojąć swoim uchem to Lady Gaga.

TK: Mam mały odtwarzacz, więc muszę cały czas rotować płytami, które tam się znajdują ;). Absolutnie zawsze mam tylko kilka. Łona – „Koniec żartów”, bo zawsze jest w stanie poprawić mi humor, Gas – „Pop”, bo jest w stanie mnie uspokoić i Neutral Milk Hotel – „In the Aeroplane Over the Sea”, bo to po prostu moja ulubiona płyta i nigdy nie wiem, kiedy będę miał ochotę jej posłuchać. Nie znajdzie się tam nigdy Lady Gaga.

Na zakończenie powiedźcie, jakie są Wasze plany na niedaleką przyszłość.

RR: Koncerty z Brendą i dotyczące mojej osoby – premiera projektu RaRe&Kush, i koncerty z Silkiem.

TK: Grać, grać, grać.

Dzięki wielkie za rozmowę chłopcy!

„Album będzie eklektyczny, to pewne” – Muzykoterapia dla soulbowl.pl

z12981113Q,Iza-Kowalewska-z-Muzykoterapii

Muzykoterapii można by mówić wiele. Ale jedno jest pewne, od wydania ich pierwszej płyty, żaden zespół nie połasił się na tak ambitne i oryginalne brzmienie. Tylko dla nas, po 5 latach od wydania pierwszej płyty, reprezentantka i wokalistka zespołu – Iza Kowalewska, opowiada co się działo, jakie są plany na przyszłość i…

5 lat minęło od wydania Waszego debiutanckiego krążka, co się z Wami od tego czasu działo?!

5 lat to dużo i mało. Zagraliśmy trasę koncertową z Muzykoterapią, nagraliśmy kilkanaście płyt, zagraliśmy kilkanaście tras koncertowych z gwiazdami polskiego przemysłu muzycznego – np. Dominik Trębski uczestniczył w tworzeniu płyty Osiecka/Nosowska, Marika, Ania Dąbrowska itp., Wojtek Traczyk grał trasy koncertowe z Maria Peszek, jazzmanami polskimi jak i zagranicznymi, Iza Kowalewska (ja) uczestniczyła w nagraniach Braci Waglewskich, Noviki, Kim Novak, Caffe Fogg podróżowała po świecie w szukaniu muzycznych inspiracji. Krystalizowaliśmy nasz skład koncertowy, obecnie tworzy go aż 7 osób i w tymże składzie nagraliśmy nasze nowe płyty polską i angielską, urodziły się również dzieci, przy których wiadomo pracy nie brakuje. Tworzyliśmy piosenki, szukaliśmy innej formy przekazu muzycznego, założyliśmy własne studio nagrań… i 5 lat minęło. Oczywiście z tych 5 lat, 2 można odjąć na nagranie nowych płyt, obecnie praca jest już ukończona – czekamy niecierpliwie na wydanie.

Szczerze mówiąc, od 2006 roku, kiedy to miała miejsce premiera Muzykoterapii nie pojawił się żaden projekt nawiązujący, choć w połowie do Waszych brzmień. To dobrze, czy źle?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie-mam wiele pokory do słów pochwały, raczej wolę krytykę.

Nowy utwór „Komedia”, który niedawno pojawił się w sieci różni się od wcześniejszego brzmienia zespołu, taki będzie cały album, czy to tylko jednorazowa prowokacja?

„Komedia” jest bardzo transowa, hipnotyzująca rytmicznie, inna oczywiście od wcześniejszych dokonań Muzykoterapii – nie jest to prowokacja jest po prostu muzyką, którą chcieliśmy nagrać, tak w momencie nagrywania czuliśmy, takie mieliśmy emocje, taki pomysł na tą piosenkę….. Album będzie eklektyczny to pewne, wiec można powiedzieć, że nie zawiedzie fanów, choć oczywiście będzie inny, bardziej piosenkowy, jazzu również nie zabraknie. Mogę uspokoić tych, którym „Komedia” kojarzy się z elektroniką i nie za bardzo przypadła do gustu.

Kiedy możemy się spodziewać teledysku?

Teledysk do „Komedii” nakręciliśmy na początku lipca 2011, premiera pod koniec sierpnia w dobrym klubie muzycznym. Reżyserem video jest Krzysztof Skonieczny. Chylimy czoła przed pomysłem i przed samych Krzysztofem, który zaangażował do niego cudownych aktorów – można powiedzieć legendy Polskiego kina i teatru.

Nowy album również wydacie w Asfalt Records?

Nie, album Muzykoterapia i Iza Kowalewska ukaże się pod szyldem innej wytwórni.

Zdradź kilka tajemnic dotyczących drugiej płyty, gdzieś wyczytałam, że mają to być aż dwa krążki, prawda to?

Tak myśleliśmy na początku, gdy powstawały utwory, stwierdziliśmy jednak ze wolimy dozować przyjemności. Mamy taki pomysł, żeby wydać płytę po polsku, a za pół roku angielska…. Zobaczymy.

Na pierwszym albumie doskonale nawiązywaliście do takich artystów jak The Cinematic Orchestra, Roy Hargrove czy Matthew Herbert. Kto jest waszą inspiracją teraz?

Dużo się dzieje w muzycznym świecie, również nasze inspiracje się zmieniają, aczkolwiek stare zostały po trochu. Najlepiej ocenią to słuchacze.

Widziałam, że bierzesz udział w projekcie „Koncert na Ścianie”. Dla naszych czytelników wyjaśnię, że jest to przedsięwzięcie z gatunku wydarzeń niewiarygodnych. Muzycy pod kierunkiem Ryszarda Bazarnika grają wbrew prawu grawitacji, stojąc na pionowej scenie. Zabezpieczeni alpinistycznymi linami wykonują arcyniebezpieczny pełnowymiarowy półtoragodzinny koncert. Nie boisz się?

Nie, mamy doświadczonych alpinistów, a poza tym niesie mnie muzyka. Z „Koncertem na Ścianie” zjeździłam Europę, Azję, Afrykę, ale również koncertowaliśmy w Polsce – płynność kadr (10 muzyków plus 4 alpinistów) -zerowa.

Czujesz się artystką niszową?

A co to znaczy niszowa? Taka, której nie ma w kolorowych magazynach i tv? Jeśli o to chodzi to oczywiście tak – jeśli chodzi o muzykę – nie. Może lepsze byłoby pytanie – mało znana ;)

Ładnie to wyjaśniłaś sama, więc przejdę do następnego pytania. Teksty na albumie Muzykoterapia często są poetyckie i mocno abstrakcyjne, skąd tak dziwne pomysły w Twojej głowie?

Teksty na 1 płytę Muzykoterapii pisane były przez Natalię Korczakowską – to ona jest odpowiedzialna za polskie teksty, więc to pytanie do niej-angielskie pisał Wojtek Traczyk. Zapytam jak go spotkam w studio. Na nowej płycie teksty pisałam ja oraz po jednym dostałam od Janusza Onufrowicza (erotyk ;)), a drugi od Bartka Waglewskiego, czyli Fisza. Tekst Bartka jest mocno poetycki, piękny z metaforami, moje jak choćby „Komedia” są po prostu historiami na różne tematy.

Jesteś dyplomowaną muzykoterapeutką. Na debiucie słyszymy plumkania, dźwięki natury, odgłosy przyrody- album relaksuje. Pracujesz w zawodzie? Chodzi mi konkretnie o uczelnie. Przyznam się, że na swoich studiach miałam taki przedmiot i musiałam uczyć się na cymbałkach grać numer Beatlesów „O-bladi, o-blada” lub wykonywać piosenkę Laskowskiego. Średnio miło to wspominam. Chociaż myślę, że to głównie wina prowadzącego.

Pracuję w zawodzie – nie na uczelni – może kiedyś. Teraz jest czas na muzykoterapię dla chorych dzieci, mocno poszkodowanych przez los (wolontariat CZDziecka w Warszawie) i dziękuje tutaj Pani Eli Nowożyckiej za umożliwienie mi przeżycia cudownych chwil z dziećmi, które były kiedyś zdrowe, a teraz czasami nawet nie mówią, nie chodzą… Dawanie im tej przyjemności poprowadzenia warsztatów, mówienia i śpiewania dla nich jest nagrodą za cale zło na świecie!
Prowadzę również szkolenia, warsztaty na zaproszenie firm w Polsce i poza granicami. Generalnie jako muzykoterapeutka zajmuję się tworzeniem warsztatów np: Rytualnej Przygody Integracyjnej wraz z Ryśkiem Bazarnikiem opartej na tradycji Zachodniej Afryki gdzie taniec, melodia, rytm łącza się w całość- synkretyzm tych trzech sztuk.

Czuć pasję, odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu. Ostatnie pytanie nawiązuje do ostatnich wydarzeń. Zmarła Amy Winehouse, ceniłaś jej muzykę, jej wokal, jej twórczość?

Nieodżałowana strata dla muzyk i – Amy miała charyzmę 1 000 000 wokalistek dobrze śpiewających, czyli była muzycznym, frazowym geniuszem! Jej hipnotyzujący głos zatrzymywał mnie zawsze wtedy, kiedy słyszałam jej muzykę w radio, tv, klubie… Teksty tak bardzo osobiste, intymne… Bardzo przeżyłam tę śmierć, dla mnie to był szok – równał się on z odejściem Raya Charlesa….

Dzięki wielkie za rozmowę, którą przeprowadziła Lejdi K.

P.S. Zdjęcie jest autorstwa Kingi Kowalewskej.

„Wytwórnie nie mają patentów na to, jak zrobić z kogoś gwiazdę” – Ailo In Head dla soulbowl.pl

Ailo_Head_wydaje_plyte_5242750

Ailo in Head to nowy polski projekt dwóch muzyków – Michała Kusha i Ilony Rudnik. Ciężko ich wsadzić do jednej gatunkowej szuflady, wszystko czego dokonali zawdzięczają tylko sobie, a kolorowo nie było. O tym, czy było łatwo, jakie mają plany na przyszłość i dlaczego poszli w stronę abstrakcyjności brzmieniowej możecie poczytać po skoku. Subiektywnie stwierdzam, że to jeden z najbardziej szczerych wywiadów na naszej stronie. Polecam lekturę pomimo jej długości.

Minął ponad miesiąc od wydania Waszego debiutanckiego albumu. Jak się czujecie? Zmieniło się coś?

Kush: Chyba nic się nie zmieniło, czuję się dobrze, ale jeszcze MNÓSTWO pracy nas czeka.
Ailo: Zmieniło się na pewno to, że z każdym dniem motywacja do pracy i działania zwiększa się coraz bardziej. Album ku naszemu zaskoczeniu spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem. Szczerze mówiąc nie spodziewaliśmy się takiego odzewu. Twierdziliśmy, że taka muzyka jaką tworzymy nie przyjmie się w Polsce – jest po angielsku, poza tym to coś nietypowego, ale na szczęście znaleźliśmy się w czasie kiedy ludzie zaczęli poszukiwać nowych smaków muzycznych i to bardzo cieszy, ponieważ nie zamierzamy zamykać się w jakiś określonych ramach i zajmujemy się ciągłym poszukiwaniem brzmienia i stylu. Dlatego właśnie czuję wolność będąc w Ailo in Head – nie mamy deadlinów na kolejną płytę, nie musimy się spieszyć, możemy mieszać różne style muzyczne i ciągle się rozwijać.

Kiedy i w jaki sposób powstał projekt Ailo? Michale, wcześniej udzielałeś się w Appletree, później o zespole ucichło. Ilona, z ręką na sercu przyznam się, że o Tobie nie słyszałam.

Kush: Apple Tree to był pierwszy projekt, jaki zrobiłem i wtedy też zacząłem się uczyć produkcji muzycznej. Zespół się rozpadł z jakiś dziwnych przyczyn, najwyraźniej nikt z tamtego zespołu nie miał wystarczającej determinacji, żeby ciągnąć coś, co nie od razu przynosi efekt. Ailo in Head jest kolejnym projektem, który chciałem już zrobić profejsonalniejw sensie brzmienia, otoczki itp. Udało się chyba. Kolejne moje projekty mam nadzieję będą dużo lepsze.
Ailo: Poznaliśmy się z Michałem jakieś 3 lata temu w konkursie Coke’a , którego Michał wygrał z zespołem Apple Tree. Po rozpadzie Apple Tree rozmowa wyglądała mniej więcej tak: -To co robimy projekt? – Robimy! I tak się potoczyło. Można powiedzieć, że nad projektem Ailo in Head pracujemy razem od roku, gdyż wtedy pierwszy raz weszliśmy do studia, a samo założenie współpracy powstało w naszych głowach dużo wcześniej. Początkowo myśleliśmy, że zrobimy coś stricte neo-soulowego, a ostatecznie wyszło electro-soulowo-dubowo-popowo-rapowo :) co wynika z inspiracji i chęci poszukiwania. Nie było skąd o mnie słyszeć. Troszkę „działałam”, ale w cieniu i bardziej undergroundowym środowisku. Śpiewałam w klubach na imprezach beatboxowych, dubstepowych – czasami spontanicznie na koncertach znajomych. To jednak nie to samo, co działanie w Ailo in Head. Ten projekt wymaga dużo pokładów pracy i dobrego przygotowania.

Gracie muzykę, która jest mało popularna w naszym polskim światku. Ne boicie się, że za pół roku nikt nie będzie o Was słyszał? Oczywiście poza mną.

Kush: Oczywiście, że może się tak stać, że każdy oleje ten projekt i nie mamy na to wpływu. To tylko pokaże czy faktycznie jesteśmy zdeterminowani czy nie, dużo zależy od samych muzyków jak toczą się ich losy. W sumie jak tak się zastanawiam dużo i nie dużo. Nasz ryneczek muzyczny jest tak dziwny i słaby, sporo dobrych projektów umiera śmiercią naturalną bez przyczyny. Nawet nie można tu mówić o rynku muzycznym, tylko o bazarku muzycznym. Generalnie tak jak w każdej dziedzinie naszej gospodarki jest kilka osób, które rządzą i chodzi tylko o to, żeby się nachapać. Egzystowanie na tym rynku jest jak wygrana w totka. Albo masz szczęście i trafisz w odpowiedni moment, albo zapomnij o tym, że możesz z tego normalnie żyć.
Ailo: Hmmm… nigdy nie można przewidzieć, co się wydarzy nawet dnia następnego. Mamy nadzieję, że album nie zostanie zapomniany i będziemy pracować nad tym żeby się tak nie stało. Muzyka mało popularna? Hmmm JDavey początkowo też grało muzykę mało popularną zdaniem wielu osób- znalazło to jednak odbiorców. Chodzi o to, że ta muzyka nie nudzi. Album nie jest cały soulowy, rapowy czy chilloutowy. Myślę, że ta różnorodność też sprawiła, że spotkało się to z pozytywnym odbiorem. Przewidujemy trasę koncertową, planujemy nagrać kolejną płytę, która mam nadzieję zaskoczy jeszcze bardziej zwłaszcza, że będzie dużo więcej tekstów w języku polskim i postaramy się utrzymać mimo elektronicznych brzmień soulowy klimat utworów.

Wydaliście płytę we własnej wytwórni (All Saints Music – dziecko Michała), dlaczego? Nie chcieli Was gdzie indziej?

Ailo: Chcieli, ale jeśli istniała opcja wydania się na własną rękę była bardziej atrakcyjna niż oferty pochodzące z zewnątrz. Myślę, że więcej na ten temat może powiedzieć Michał.
Kush: Chcieli nas w innych wytwórniach, jednak warunki niektórych są tak kiepskie, że wolałem to zrobić na własną rękę. Często artyści myślą, że jak podpiszą kontrakt to złapali Boga z nogi i zaraz będą gwiazdami. Otóż u nas nie ma gwiazd to po pierwsze, po drugie często właśnie wtedy zaczynają się problemy zespołów. Wytwórnie nie mają patentów na to jak zrobić z kogoś gwiazdę, to nie od nich zależy czy dany projekt załapie czy nie załapie. Uwierzcie mi, że im chodzi tylko o pieniądze, to nie są instytucję charytatywne, które chcą Wam pomóc. Są oczywiście osoby, które mogą więcej i parają się ohydnymi sztuczkami, ale to temat na osobny wywiad rzeka.

I z biegiem czasu uważacie, że opłacało się?

Kush: Finansowo na pewno się nie opłacało (czyli nie ma na tym mega zarobku) jednak ja wolę zrobić coś sam od podstaw, czuć tę satysfakcję, wiedzieć jak co się robi od kuchni. Jeśli coś jest robione z głową to pieniądze się pojawią.
Ailo: Czy się opłacało to dopiero się okaże. Na razie jest dobrze :)

Wasz wizerunek jest hmmm… kosmiczny, skąd pomysł na taką kreację, odwołujecie się do dźwięków?

Kush: hmm nie wiem. Mi zależało na gustownym, innym wizerunku. Żeby całość była jakaś.
Ailo: Wizerunek jest odniesieniem do muzyki. Akurat okładka charakteryzuje się kosmicznym „wystrojem”. Na koncertach będziemy pokazywać nasze różne odbicia.

Na waszej albumie pojawiają się goście: Tomasz Organek z zespołu Sofa i raper Silk. Nie obronilibyście się sami?

Kush: Też nie jestem za wsadzaniem na debiutanckie płyty 10 gości, bo dla mnie to bezsens. Jednak dwójka, którą cenimy to chyba nie przesada? Poza tym na płycie jest 11 numerów, w których chyba i bez gości nie ma kwasu?
Ailo: Chyba nie mieliśmy się przed czym nawet się bronić :) Chcieliśmy nawiązać ciekawą współpracę: myśleliśmy o męskim wokalu i anglojęzycznym rapie. Zdecydowaliśmy, że Tomasz Organek i Silk to najlepszy traf i chcieliśmy z nimi współpracować. Uznaliśmy, że ciekawie wkomponują się w nasz różnorodny klimat – i myślimy, że się udało.

Zaraz występujecie na Openerze, czujecie się wyróżnieni? Zawsze myślałam, że gdybym była artystką – byłoby to dla mnie ogromne osiągnięcie, ale nie jestem – więc pytam?

Kush: Tak, czuję się wyróżniony. Pokazuje to, że ten projekt ma jakiś sens. To ile było przy nim przeciwności i problemów to jeden Pan Bóg tylko wie. Dlatego cieszę się podwójnie.
Ailo: Nigdy jeszcze nie byłam na Openerze i to będzie mój pierwszy raz. Bardzo chciałam tam pojechać, ale zawsze coś stawało mi na drodze. W końcu się udało. Czuję, że Ailo in Head zostało ogromnie wyróżnione. To bardzo motywujące. Cieszę się, że ktoś nas docenił i dał szansę żebyśmy mogli zaprezentować swoją muzykę na tak ogromnym festiwalu. Nie ukrywam podekscytowania i radości.

Macie w planach większa trasę koncertową trasę koncertową?

Kush: Jak się uda to większa na jesień.
Ailo: Tak, planujemy trasę jesienną w największych miastach Polski i możliwe, że w wakacje zagramy w kilku warszawskich klubach.

Wróćmy do muzyki. Znowu zwracam się do Michała, rozmawiamy od dłuższego czasu, pamiętam nawet jak wpisywałam Ci się do magisterki, zawsze ciągnęło Cię w bardziej soulową, bardziej czarniejszą stronę, a tu taka niespodzianka – syntezatory, komputerowo generowane dźwięki itp., dlaczego tak? Ilona- te abstrakcyjne dźwięki przemawiały do Ciebie od początku, czy musiałaś się ‚przegenerować’ trochę?

Kush: Wpisywałaś mi się do licencjata, magisterka w tym roku dopiero:) Dalej mnie najbardziej ciągnie w tę stronę. Poszedłem jednak w elektronikę, bo nie lubię udawać żywych instrumentów, a przy tej płycie miałem ograniczone możliwości. Żeby płyta brzmiała czarno i tak jak lubię to musiałbym nagrywać żywe instrumenty z jakimiś świetnymi muzykami na co nie było funduszy. Nie kradnę i nie używam sampli, dlatego ciężko osiągnąć dobre brzmienie instrumentów, które są dodatkowo generowane elektroniczne. Najbardziej mnie bawią Ci wszyscy samplujący producenci, którzy wytną kawał numeru tego, kawał tego i kawał tego, podłożą bit i są z siebie mega zadowoleni, że uzyskali brzmienie jak czarnuchy w NY. Otóż dla mnie to zwykła kradzież, kto sam produkuje muzykę wie ile trzeba czasu, umiejętności, wiedzy i pieniędzy, żeby samemu wyprodukować dobrze brzmiącą muzykę. Brzmienie samplowanych bitów to nie jest brzmienie tych „producentów”, którzy to tną tylko tych czarnuchów, którzy całe dnie siedzieli i ćwiczyli od małego na instrumentach, realizatorów i producentów, którzy ileś lat dochodzili do swojego brzmienia i sposobu produkcji, miejsc, gdzie to było wszystko nagrywane i dodatkowo tej magii, którą udało się w trakcie danej sesji nagraniowej uzyskać. Także jak mnie będzie stać to będę robił tak brzmiące płyty jak chcę.
Ailo: Te abstrakcyjne dźwięki wynikają z inspiracji. Nie wiem czy się przegenerowałam. Od małego słuchałam muzyki neo soulowej. W moim sercu zdecydowanie grają soul i blues. Lubię poszukiwania i nowości. Muzyka elektroniczna zafascynowała mnie szczególnie tym, że tak finezyjnie potrafi się łączyć z innymi stylami, które uwielbiam. Poza tym nie zajmuje się klasyfikacją muzyki. Każdy styl wnosi coś ciekawego i każdy może w jakiś sposób zainteresować.

Promujecie się głównie przez internet, myślicie, że to dobra droga?

Kush: Najtańsza.
Ailo: Myslę, że obecnie jedna z najlepszych i najprostsza. Nie oszukujemy się, większość z nas pracuje, gra, komunikuje się tą drogą. To aktualnie jeden z największych medialnych
mocarzy. Oczywiście wykraczamy poza ramy internetu, ponieważ promują nas różne radia regionalne oraz radio PIN, także nie ograniczamy się wyłącznie do tego rodzaju promocji. Niedługo na ulicach Warszawy będzie można zobaczyć nasze Openerowe plakaty. Uważamy też, że koncerty będą rodzajem promocji.

Macie już kolejne projekty w głowie lub na komputerach? Znowu razem, czy Ilona idziesz w stronę Ailo, a Ty Michale w stronę Head?

Kush: miesiąc po Ailo wyszła płyta Silka – Love Against The Machine, którą zrobiliśmy w 1,5 miesiąca, czyli niestety ekspresem. Teraz robię projekt z mega utalentowanym wokalistą Ra Re, który również udziela się na płycie Silka. Czuję, że to będzie to. Trzymajcie kciuki.
Ailo: Aktualnie jestem najbardziej skupiona na Ailo in Head i nie angażowałam się w nic nowego głównie z braku czasu. Na razie skupiam swoją uwagę głównie na Ailo in Head, ale są pewne oferty współpracy, przymierzam się do nowych wyzwań, które myślę pójdą w stronę soulowo-rapowo-elektroniczną. Zobaczymy, co z tego wyniknie z czasem.

Ostatnie pytanie, a w zasadzie prośba o orędzie dla ludzi, którzy chcą się pokazać/wydać, a nie mają jak? Co im poradzicie?

Kush: Jeśli chcą się sami wydać to niestety, bez jakiegoś kapitału nie da się tego zrobić. Moim zdaniem jeśli ktoś czegoś bardzo chce to to zrobi mimo, że jest bardzo ciężko. Podkreślam słowo BARDZO. Nie ma złotego środka na zrobienie czegoś dobrze, tutaj może nim być tylko determinacja, poświęcenie i wstawanie, mimo kopniaków w tyłek. Wiem, że brzmi to pompatycznie i słyszy się to aż do znudzenia, ale niestety tak jest. Są projekty, które są tak dobre i mają tyle szczęścia, że od razu stają się rozpoznawalne i trafiają tam gdzie powinny. Jednak to jest rzadkość i przypadek jeden na 1000. Zajmowanie się w naszym kraju muzyką i próbowanie z tego wyżyć to walka tak ciężka, że wielu nie daje rady. Jednak chwile dla których warto to robić dają tyle energii, że warto walczyć.

Dzięki wielkie za rozmowę, którą przeprowadziła Lejdi K!

„Najwspanialsza rzecz, jakiej można w życiu doświadczyć…” – Envee dla soulbowl.pl

d7cb8cb7d9778fab847533c7e4c2ea57,35,1

W związku ze zbliżającą się premierą singla Kali Ep przeprowadziliśmy dla Was wywiad z Enveem. Doświadczony producent, zacny dj, lecz przede wszystkim niepowtarzalny i inspirujący człowiek. Jeśli ciekawi Was m.in. czego możemy się spodziewać po nadchodzącej produkcji, jakie są plany muzyczne Pana Macieja, co działo się w studiu podczas wizyty CoultrainaBlack Spade’a, z kim Envee współpracował w Turynie oraz co myśli o dzisiejszym kinie w Polsce – zapraszam do lektury, naprawdę warto!

U Know Me Records to w moim skromnym poczuciu najlepsza, pod względem muzyczno-artystycznym, niezależna wytwórnia w Polsce. Jak dogadujesz się z Grohem i resztą ekipy? Które z dotychczasowych wydawnictw z katalogu U Know Me poruszyło Cię najbardziej?

Wspieram Groha jak tylko mogę od początku. Od jakiegoś czasu w zasadzie każde wydawnictwo jest na tyle ciekawe, że trudno wymienić jedno najbardziej się wybijające. Od kiedy działam w naszym kraju w branży producencko/djsko/muzycznej, jeszcze nigdy nie ugruntowała sie tak wyrazista scena, do tego z taką konsekwencją i pasją idąca tropem najświeższych światowych trendów w muzyce elektronicznej. Myślę, że za wiele lat – zasługę za to przypisywać będziemy Grohowi. Chociaż przyznam, ze przy okazji jest to też zbiór wyjątkowych indywidualności- Daniel Drumz, Teielte, Kixnare, En2ak – to fantastyczni młodzi ludzie, pasjonaci. Z mojej subiektywnej perspektywy, jestem bardzo szczęśliwy, że udało mi się wbić w ten nurt, mimo swojego wieku (a jestem dużo starszy od większości artystów wydających do tej pory na UKM). Już za chwilę na UKM ukaże się też mój singiel „Kali ep”

Właśnie! Rozumiem, że Kali EP, dostępne wyłącznie w wersji winylowej, jest jedynie zapowiedzią czegoś większego?

Swój album producencki szykuje z dużymi przerwami od ok. 5 lat. W międzyczasie przetoczyło się parę projektów, w których współpracowałem albo pracowałem dla kogoś. Doszło też parę przeszkód natury osobistej. Tych parę lat zaowocowało poważnym rozstrzałem stylistycznym i dlatego największym wyzwaniem jest teraz zamknięcie tego w jednej spójnej całości. To już końcówka prac. Mam nadzieję, że album ukaże się jeszcze w tym roku.

Domyślam się, że jesteś niesamowicie zapracowanym człowiekiem. Wciąż mam wrażenie, że za mało szumu robi się wokół Twoich dokonań. Jakiś czas temu dałeś się m.in. poznać, jako łącznik między światem nowych brzmień a artystami, których można by się czepiać o muzyczny konserwatyzm. Czego możemy się spodziewać na najnowszej EPce?

To pozory tylko z tym zapracowaniem. Znam bardziej zapracowanych, po prostu słabo sobie organizuje czas. Tytułowym numerem epki jest cover polskiego reggae z lat 80-tych. Winylowy album zespołu Dada o tym samym tytule wpadł mi w ręce krótko po wydaniu przez subskrypcje w księgarni. Utwór Kali został mi w głowie od pierwszego wysłuchania. W mojej wersji piosenkę śpiewa SQbass, a na trąbie gra Dominik Trębski. Do kompletu jeszcze jest utwór skomponowany wspólnie z Emade i Natu, który powstał przy okazji tworzenia materiału na koncert z okazji 750-lecia Krakowa, a graliśmy z Tomaszem Stańko, Marcinem Maseckim i obiema siostrami Przybysz. i instrumentalny beat na bazie próbnych bębnów nagranych kiedyś przez Emade w naszym niegdyś wspólnym studio. Generalnie mrocznie, dubowo.

Podniosłeś mi ciśnienie, nie mogę się doczekać! Prosiłbym Cię przy okazji o rozwiązanie wszelkich niejasności: współpraca z Black Spade’m i Coultrain’em. Prawda czy mit?

Nagraliśmy wspólnie tylko jedną piosenkę. Podczas, muszę przyznać, jakiejś magicznej sesji, na którą załapał się również mój przyjaciel Michał Lewandowski (diggin.pl) ze swoją dziewczyną. Następnego dnia manager Coultraina opowiadał, że widział w jej oczach łzy. Fakt, w powietrzu unosiło się coś magicznego, jakieś wibracje emocjonalne. Mam wrażenie, że to śpiewanie Coultraina jest za to odpowiedzialne. Genialną zwrotkę wyrapował Black Spade. Numer nosi tytuł „Sweet Slang”, opowiada o dziewczynie Black Spade’a. Czekamy na decyzje chłopaków oraz Plug Research, dotyczącej tego, co z nim dalej się wydarzy.

Wróćmy na chwilę do czasów przeszłych. Jak doszło do współpracy/przyjaźni z Maceo? Kto i w jakich okolicznościach wpadł na pomysł nazwy duetu? Który bohater bądź jaki fragment „Niewinnych Czarodziejów” Wajdy zapadł Ci w pamięć najbardziej? (Osobiście, nie mogę przeżyć, że ten lekarz przechodził obojętnie wobec Miry – tej, którą Cybulski pocieszał pod oknem. Ależ była śliczna! Pamiętasz?)

Ha! Ależ to świetne pytanie. Dużo bym mógł opowiadać. Spotkanie z Maceo było przypadkowe. Po krótkiej rozmowie o muzyce wszystko było jasne. Potem jeszcze zagrałem gościnnie na imprezie Fusion, które w tych czasach organizowali Maceo z ówczesną ekipą (np. Pook, Martinez, Wojtek WWW i in). No i stało się jeszcze jaśniej. Maceo miał w domu na ścianie plakat swojej imprezy z Forum Fabricum w Łodzi, którą nazwał Niewinni Czarodzieje. Spodobała mi sie ta nazwa i tak już zostało. Co do filmu – miałem zaszczyt poznać i trochę zaprzyjaźnić się z Panią Wandą Koczeską – odtwórczynią roli Mirki. Miało to miejsce w Turynie, przy okazji przygotowań do spektaklu Innocenti Czarodzieje, do którego robiłem muzykę, a którego reżyserem był Michał Znaniecki, syn Pani Wandy. Nigdy nie przestała być piękną kobietą. Bardzo żałuję, że nie udało mi się utrzymać z nią kontaktu i dowiedziałem się o jej śmierci długo po fakcie. Zostanie dla mnie na zawsze symbolem świeżości, piękna i kobiecości.

Co sądzisz o kondycji polskiej kinematografii w ostatnich latach? Pomimo zalewu tandety, muszę przyznać, że świetne filmy wychodzą. Szczególnie te, które w jakiś sposób rozliczają bądź przedstawiają historię PRL-u: „Różyczka”, „Wszystko, co kocham”, „Dom Zły”, „Mała Matura”… – widziałeś któryś z nich?

Nie wszystkie. Jest rzeczywiście taki odłam polskiego filmu, którego oglądanie daje mi dużo frajdy i bardzo mnie cieszy. Głównie ze względu na lekkość, poetyckość i prawdziwość, jak „Sztuczki” czy „Wszystko co kocham”. Ciężarki typu „Dom zły” zawsze się sprawdzały w tych szerokościach geograficznych. Ale tak, mam wrażenie jakiejś fali dobrego kina w ostatnich latach w Polsce.

Ok, teraz chwila na marzenia. Powiedz, jeśli byłbyś w posiadaniu mocy, która pozwoliłaby Ci zebrać piątkę dowolnych muzyków na jednej scenie, kto by to był? Dowolny Dream Team, bez ograniczeń.

Wiesz, pomyślałem o tym chwilę. Z mojego doświadczenia wynika, że energia w zespole to jest coś absolutnie niezależnego od samych umiejętności instrumentalnych. historia muzyki zna praktycznie same przykłady zespołów (choćby The Beatles), które mimo nie najlepszych umiejętności niektórych lub nawet wszystkich członków tworzyli taki krąg indywidualności, w którym rodziła się jakaś niesamowita energia kreatywna- coś, co porywało ludzi, a nawet zmieniało świat. Bardzo niepewny jestem, czy dream team wspaniałych muzyków byłby zgranym zespołem… do tego jeszcze dochodzi czynnik, którego nie można pominąć -mianowicie nawet najwięksi geniusze mają swoje 5 minut. Jest jakiś zakres wieku, w którym mają iskrę. Wszystkim w którymś momencie jądra jednak opadają nieco… Jeśli jednak miałbym wykonać taki eksperyment i abstrahować od drobiazgów, złożyłbym zespół z samych kosmitów, typu np. Dizzie Gillespie, Les Claypool, Buddy Rich, Stevie Wonder, Wolfgang Amadeusz Mozart. To tak na dziś wieczór. Jutro pewnie pomyślałbym o kimś innym.

Masz rację, grupa takich indywidualności to kocioł, który eksplodowałby przy pierwszych taktach. Poza tym niektórzy mistrzowie mają tak wybujałe ego, że nie mogliby dopuścić do sytuacji, w której utraciliby miano frontmana. Daleko nie szukając – M. Davis.

Dziękuję Ci za Twój czas. Cieszę się, że mogliśmy porozmawiać. Pewien niezły raper pytał kiedyś o sens przeprowadzania wywiadów, skoro „wszystkie odpowiedzi zawarte są w tekstach”. Producenci/Dje w tym przypadku mają pod górkę. Czy jest na koniec coś, co chciałbyś przekazać/obwieścić światu?

Nic, czego byś już nie wiedział, ale…dziecko – to jest najwspanialsza rzecz, jakiej można w życiu doświadczyć.

Dziękujemy za rozmowę, którą przeprowadził Krzysztof Zięba.

„Codzienność to wystarczająca dawka natchnienia” – J*Davey dla soulbowl.pl

SONY DSC

Niespodzianka dla Was od nas. Raz w miesiącu będziecie mogli poczytać odpowiedzi którejś z zagranicznych gwiazd z soulbowlowej miski na kilka naszych pytań. Często będą to artyści niszowi, ale mamy już w zanadrzu gwiazdy wielkiego formatu. Na pierwszy ogień poszedł duet J*Davey. Nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam dosłownie wszystko co wychodzi spod ich rąk. Co mają do powiedzenia Jack DaveyBrook D’Leau?

Co stanowi dla was największą inspirację?

B: Życie było dla mnie zawsze największą inspiracją. Cokolwiek z tego, co się dzieje wokół mnie, czy gdziekolwiek na świecie, aż po rozmowy z przypadkowymi ludźmi na ulicy, wszystko to jest dla mnie kopalnią kreatywnych pomysłów.

J: Zgadzam się. Codzienność to wystarczająca dawka natchnienia.

Czy wasze obecne brzmienie było zaplanowane od początku, czy był to efekt ewolucji od np bardziej soulowego, standardowego?

B: Jesteśmy bez wątpienia beznadziejni jeśli chodzi o planowanie naszego brzmienia, więc staramy się zacząć od zera za każdym razem, kiedy coś tworzymy.
J: Trudno jest zaplanować taki naturalny, wypływający prosto z twojego wnętrza proces. Tworzenie muzyki to przedłużenie naszego jestestwa, więc po prostu robimy to.

Stworzyliście unikatowy styl muzyczny, który dziś jest postrzegany jako synth bądź future soul. Czy faktyczne czujecie sie częścią tej fali?

J: To świetnie, że ludzie starają się być na bieżąco i dokonać definicji brzmienia, które możnaby określić jako progresywne, ale my nie odnajdujemy w tym żadnej niszy, w której czulibyśmy się szczególnie komfortowo. Nie jesteśmy ograniczeni. Nasze brzmienie i styl cały czas ewoluują i przechodzą rozwój, więc nie chcemy siebie sami szufladkować w żaden sposób.

Co sądzicie na temat postępującej technologizacji w muzyce, między innymi o aplikacji efektu Auto-Tune, spopularyzowanego przez T-Paina, jako procesora wokali, a nie jako narzędzia do wyrównywania dźwięków wypadających poza tonacją, jak miało to miejsce w przypadku początkowych zastosowań AT?

B: Technologia może być zarówno błogosławieństwem jak i przekleństwem [twórczości i kariery], więc należy być ostrożnym w jej używaniu. Myślę jednak, że zawsze jest gdzieś jakieś miejsce dla każdego gatunku, stylu czy brzmienia.

Na waszych epkach The Great Mistapes słuchać pewne odejście od brzmienia z The Land of Distortion/the Land of the Lost. Czego można sie spodziewać na waszych następnych wydawnictwach?

B: Nieustannie ewoluujemy jako twórcy, toteż trzymanie się kurczowo jakiegoś, ściśle określonego stylu czy brzmienia nigdy nie jest naszym celem.

Jak wygląda Wasza praca nad albumem? Wchodzicie do studia i improwizujecie czy jest to efekt zbierania i kumulowania pomysłów przez dłuższy czas?

J: Nie mamy żadnego określonego procederu. Po prostu – wbijamy do studia i nawijamy.

Kiedy można spodziewać się waszego nowego albumu?

J: Tego lata.

Kolaboracja z jakim artystą lub zespołem przyniosłaby Wam największą radość i przyjemność?

B: Brian Eno.
J: Rick Rubin.

Mieliście wystąpić w Polsce, niestety nie udało się. Czy planujecie odwiedzić nasz kraj w niedalekiej przyszłości?

B: ZDECYDOWANIE!

Dziękujemy za rozmowę.

‚Nie zrywam z neosoulem’ – Pinnawela dla soulbowl.pl

181644_1779748286679_1028578754_2625455_8197227_n

Dni do premiery drugiej, solowej płyty Pinnaweli możemy już prawie odliczać na palcach. To doskonały moment dla mnie, żeby popytać, a dla niej, żeby poodpowiadać. Jest nowy album, jest muzyka, jest córka, jest Sistars. Po więcej zapraszam do skoku!

(więcej…)

Okładka płyty: Pinnawela „Renesoul” + Zapowiedź

pinnawela_renesoul_front

Tak oto prezentuje się okładka najnowszej płyty Pinnaweli „Renesoul”. Album będzie miał swoją premierę już 8 marca. Czyżby przypadkiem ta wyzwolona kobieta z obrazka nie zaganiała nas do zakupu owej pozycji? Przemyślcie to Wy, bo mnie zaganiać nie trzeba. Wiadomość inna jest taka, że już niedługo na naszej stronie, będziecie mogli przeczytać wywiad z samą Pinnawelą. Dowiecie się przede wszystkim trochę więcej o nowym krążku, ale nie tylko. Także zaglądajcie do nas.

„Jestem otwarty na różne rozwiązania” – Kixnare dla soulbowl.pl

aloe1

Tego Pana chyba przedstawiać nie trzeba. Więc bez zbędnych wstępów i opisów, zapraszam do lektury.

Na początku parę pytań o Twój ostatni projekt – Kollage. Jak doszło do jego powstania i skąd taki pomysł?

Zaczęło się tak, że Koun chciał zrobić jakieś kawałki do moich bitów z Glorią Lamą, którą poznał w Chinach. Na początku dałem mu ich kilka, a po usłyszeniu efektów zaproponowałem zrobienie całego materiału. Jestem zadowolony z całości, wydaje mi się że ta płyta to dla mnie duży krok do przodu.

Na Kollage słychać, że z jednej strony dalej kontynuujesz brzmienie, z którego jesteś już znany, z drugiej strony eksperymentujesz. W jaką stronę teraz zamierzasz pójść? Myślisz, że odejdziesz kiedyś od samplingu w ogóle?

Póki co nie zamierzam całkowicie odejść od samplingu, dopóki będę trafiał na ciekawe dźwięki na starych płytach. To co chciałbym robić teraz to walczyć z wszechobecnymi schematami w muzyce. Dlatego staram się iść w trochę inne muzyczne klimaty i częściej korzystać np. z syntezatora.

Masz za sobą głównie projekty z raperami. Kollage jest pierwszym, w którym na stałe udziela się wokalistka. Myślisz, że w pewnym momencie postawisz już tylko na śpiew i odejdziesz od rapu całkowicie?

Nie wiem, nie ma co się ograniczać tylko do rapu albo do śpiewu. Jestem otwarty na różne rozwiązania.

Cały Kollage ma bardzo relaksujący i refleksyjny charakter. Czy taki efekt był zamierzony, czy taka była koncepcja na brzmienie od początku?

Mieliśmy wówczas chęć na nagranie takiego właśnie materiału. Poza tym mnie zdecydowanie bliżej do klimatów soulujących niż ciężkich, materiał z takim brzmieniem planowałem zrobić już od dawna.

Czy i jeżeli tak, to kiedy można się spodziewać Kollage vol.2?

Póki co nic takiego nie ma w planach. Umówiliśmy się że nazwa nie będzie obejmować konkretnych osób, w związku z czym ewentualne Volume 2 mogłoby być bez mojego wkładu.

Niedawno ukazała się także płyta Dużego Pe, którą także w całości wyprodukowałeś. Mam trochę wrażenie, że produkcję na Zapiski z Życia na Terytorium Wroga powstały przed tymi na Kollage. Mam racje?

To bardzo dobrze słychać. Zresztą on sam wyselekcjonował bity które chciał wykorzystać na tej płycie. W ogóle warto podkreślić, że moje własne projekty a produkcje dla innych artystów to dwie różne bajki. Duże Pe po prostu chciał uzyskać brzmienie, od którego ja zacząłem ostatnio odchodzić. Mam natomiast jeszcze sporo dobrych niewykorzystanych bitów w takim klimacie i nie zamierzam ich wyrzucać do kosza.

Z jednej strony Twoje pojedyncze produkcje pojawiają się na różnych albumach, z drugiej strony brałeś udział w projektach, w których współpracowałeś tylko z jednym raperem (Smarki, Koun, Duże Pe). Wolisz pracować z jednym MC czy z wieloma?

Wszystko jedno. Najbardziej lubię pracować samemu. Mogę realizować w stu procentach swoją wizję twórczą. A ostatnio zaczyna ona wkraczać na trochę inne ścieżki.

Od dawna słyszy się, że Kixnare robi producencką. Ile w tym prawdy, czy i kiedy w ogóle można się jej spodziewać?

Właściwie to nigdy nic takiego nie zapowiadałem. Ostatnio nawet zastanawiałem się nad znaczeniem terminu „płyta producencka” i nie wiem czy to co planuje zrobić mieści się w jego ramach. Chcę robić swoją muzykę, wydostać się z szufladki i współpracować z różnymi ludźmi. Jeśli ktoś oczekuje płyty czysto hiphopowej – zawiedzie się.

Jesteś też DJ’em. Jak do tego doszło?

Z prostej przyczyny – od najmłodszych lat jestem miłośnikiem muzyki, poszukiwaczem dobrych brzmień i lubię się tym dzielić. Dlatego też na pierwszym miejscu stawiam dobrą selekcję, a technika jest dla mnie na dalszym planie.

Już jakiś czas temu zrobiłeś Trzy po Trzy u Calaka, w którym znalazła się jedna pozycja hip-hopowa. Twój ostatni podcast dla JuNouCast także nie obfitował w rap. Czego tak naprawdę słuchasz?

Rap zajmuje sporo miejsca w mojej płytotece, ale ostatnio słucham trochę innych rzeczy. Generalnie muszę przyznać że nudzą mnie dzisiejsze hiphopowe płyty i wole wracać do tych starych sprawdzonych. W dzisiejszej muzyce śledzę to co wydają moje ulubione labele takie jak Ubiquity, Stones Throw, Strut, Tru Thoughts, Kindred Spirits. Gatunkowo jest to duża różnorodność wiec nie ma sensu wymieniać. Duże zamieszanie zrobili ostatnio ludzie tacy jak Mayer Hawthorne czy Dam Funk. Raczkuje scena nowo beatowa, którą staram się troszeczkę śledzić. Tak wiec myślę że ostatnio bardzo dużo się dzieje w muzyce, a ubiegły rok był bardzo mocny.

Jakbyś musiał wybrać 5 beatów, z których jesteś maksymalnie dumnym, to podało by na…

Na te które właśnie dopracowuje i powędrują na moje kolejne projekty. A z tych które już się ukazały najbardziej zadowolony jestem z bitów które tworzą płytę Kollage.

Współpracowałeś z Funky Mamas and Papas przy Kollage. Myślisz, że jeszcze się uda wspólnie FMandP coś wydać czy to był jednorazowy strzał?

Myślę że uda się. FMAP to inicjatywa moich znajomych z Junoumi Crew, którzy robią dużo dobrego dla polskiej sceny muzycznej i winylowej. Niedługo startuje ich kolejny projekt o nazwie Koh-I-Nor.

Na czym teraz pracujesz?

Na razie nie ma o czym mówić. Jakieś tam pomysły wydawnicze powstają w mojej głowie, ale póki co jest zbyt wcześnie aby o tym rozmawiać…

Dziękujemy za rozmowę.

„Muzyka to nie zawód, tylko powołanie” – Sofa dla soulbowl.pl

1241692.3

Dla wszystkich tych, którzy zawiedli się brakiem Sofy w rankingu najlepszych płyt 2009 wg nas, dla wszystkich fanów oraz ciekawskich. Tylko tu, tylko teraz. Wywiad z zespołem Sofa. No dobra, z 1/2 zespołu. Kasia Kurzawska, Tomasz OrganekIwo Naumowicz (STUB) – oni odpowiedzieli na moje pytania. Jest zabawnie, ostro, momentami groźnie. Muzyka jest hasłem przewodnim, bo ją można odkrywać nieustannie, ale… no właśnie. Skaczcie!

Niedawno zakończyła się Wasza trasa koncertowa. Jak oceniacie frekwencje? Przyznam się, że byłam w Hard Rock Cafe na niejednym występnie innych wykonawców, ale u Was nie było nawet gdzie się ruszyć! Jak pozostałe miasta?

Tomasz: W Hard Rocku było niesamowicie, ale nie mogę nie wspomnieć o Krakowie, Tarnowie czy Rzeszowie, gdzie ludzie spod sceny ściągali nam spodnie! Trasa zaskoczyła nas dużą frekwencją i świetnym odbiorem. Mieliśmy wrażenie, że na te koncerty przychodzili ludzie w pewnym sensie „przygotowani” na to, co chcą dostać. Mamy nadzieję, że to dostali.
Iwo: W HRC był OGIEŃ! Dziękujemy serdecznie Warszawskiej publiczności! Zgadzam się z Tomkiem co do Krakowa, Tarnowa i Rzeszowa. Do tej trójki dorzucam właśnie Warszawski Hard Rock. Koncerty w pozostałych miastach były również niesamowicie udane. Nie było słabego, ani nawet „średniego” koncertu na całej trasie. Mamy wielkie szczęście do publiczności… w każdym miejscu należała do ludzi bardzo kumatych i w pełni oddanych muzyce. Cudownie się bawili…w ogóle są PRZECUDOWNI! Bardzo potrzebowaliśmy tej trasy.
Kasia: Ściągali spodnie? Coś przegapiłam :) Ja podobnie jak Tomek byłam bardzo zaskoczona frekwencją. Jeszcze bardziej mnie zaskoczyła i ucieszyła znajomość naszych tekstów. To świetne uczucie gdy publika śpiewa z Tobą i dodatkowy stres bo gdy się pomylisz…

Promocja waszego ostatniego krążka DoremifaSofa przebiegała, nie oszukujmy się, dość opornie. 2 klipy do tego samego utworu, jedno niskobudżetowe video do „Ona Movie”, trasa opóźniona. Czy wytwórnia nie chce Was wspierać, jak to jest?

Tomasz: Wytwórnia wspiera nas jak może, ale to rynek jest oporny. Media są w tej chwili zainteresowane tylko i wyłącznie sprzedażą reklam, która odbywa się poprzez przyciąganie masowego, dość słabo wyrobionego słuchacza. Ma być głośno, kolorowo i z przytupem. Rzeczy o mniejszym potencjale komercyjnym nie przyciągają reklamodawców, więc i z promocją jest słabiej. Mimo że jestem liberałem, widzę jak dziewiętnastowieczny kapitalizm zżera XXI wieczną kulturę. To zjawisko o wiele szersze niż nasza mała wersalka.

Iwo: Dokładnie. Dodam tylko, że klipy do „Affairz” świetnie sobie radzą na YouTube, ale telewizyjne stacje muzyczne stwierdziły, że „nie nadają się do częstszej emisji”. „Częstszej” – Nie widziałem go ANI RAZU. Pomimo tego, że Internet teraz rządzi… to uważam, że telewizja wciąż jest potrzebna. Nie mamy układów, więc klipu w TV nie było. O największych stacjach radiowych, to nie muszę chyba nic pisać. „Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o JAKOŚĆ” Tomka do „Tańca Z Gwiazdami”, a Kasię do Playboy’a… wtedy będzie dobrze!! Trasa opóźniona była głównie z powodu niektórych niekompetentnych organizatorów/właścicieli klubów. Co do „Ona Movie”: Nie było sponsora, więc jest niskobudżetowe video. Bardzo mi szkoda „zmarnowania” tego numeru, ale co zrobić?
Kasia: To temat do szerszej dyskusji. Mówiąc krotko – mamy kryzys. Spotykamy się z tym na każdym kroku. Wiesz jak wyglądała garderoba pewnej gwiazdy na jednym z dużych festiwali? Butelka najtańszej wody i kilka plastikowych kubków. Nie narzekam, nie oczekujemy luksusów, ale kiedyś w tej garderobie była chociaż kawa czy herbata.

Wasz ostatni album otrzymuje pozytywne recenzje, osobiście bardzo go lubię i często słucham. Jednak ze sprzedażą już nie jest tak kolorowo, jak myślicie dlaczego?

Tomasz: Jakość nie zawsze idzie z ilością. Żeby sprzedać towar nieco szlachetniejszy, trzeba dotrzeć do swojej, dość wąskiej, grupy docelowej. Bez sporych nakładów na promocję to trudne. Druga sprawa to piractwo. Ludzie na koncertach krzyczą „Afajaz!”, co jest dowodem na to że ściągnęli naszą płytę z jakiegoś torrenta, bo tylko tam, przez jakiegoś analfabetę upowszechniła się ta idiotyczna nazwa. Młodzi ludzie nie mają świadomości, że okradają swoich ulubionych aktorów, zespoły, twórców z pieniędzy, na które ci pracują latami.
Iwo: Płyty się NIGDZIE na świecie nie sprzedają (tak jak kiedyś), nie tylko w Polandzie. Takie są czasy i trzeba się z tym pogodzić. Mam inne zdanie na temat szeroko pojętego „piractwa”. Jeśli ktoś ściągnie album i na tyle mu się spodoba, to pójdzie sobie kupić płytę… tak myślę. Tym bardziej kiedy się dowie, że jest ładnie wydana etc. Jeśli nie kupi płyty, ale za to kupi bilet na koncert, to nie widzę żadnych nieprawidłowości. Możliwe, że po koncercie jeszcze bardziej się zajara i wtedy kupi płytę. Często jest tak, że ludzie od razu po koncercie kupują naszą płytę. Czy jest sens walczyć z czymś tak powszechnym jak ściąganie muzy z Internetu? Moim zdanie, absolutnie NIE. Dzięki temu, artysta musi powalczyć o słuchacza… zainteresować go czymś, np ładnie wydaną płytą, zajebistym koncertem. Wszystko potem samo się nakręca i prędzej, czy później ma się swoich stałych słuchaczy, którzy zawsze sięgną po twoją płytę. No i wiem, że nawet jeśli ktoś ma płytę oryginalną, to i tak sobie ściągnie, bo MP3 to wygodny format. A sytuacje typu ‘Afajaz’ po prostu mnie bardzo śmieszą.

Płyta DoremifaSofa posiada kilka kawałków po polsku, jednak to wciąż mniejszość. Co jest nie tak z tymi naszym, polskim, że ciężko pisać w nim utwory i większość artystów decyduje się z niego rezygnować?

Tomasz: Z polskim wszystko jest „tak”. To piękny i wymagający język. Nie pisze się po polsku z lenistwa, z braku pomysłów lub umiejętności. Tekst po angielsku można napisać w kilkanaście minut, po polsku w kilka dni lub nawet tygodni. Angielski jest bezkarny, polski jest bezwzględny. Te same myśli wyrażone w obu językach inaczej ważą. To kwestia narodowości. Nieważne jak dobrze znasz angielski, nigdy nie odbierzesz go tak osobiście i emocjonalnie jak swój język narodowy. U nas polski pojawił się już na dobre i będzie zawsze. Nie wyobrażam już sobie SOFY bez języka polskiego. Stub pewnie to samo czuje wobec angielskiego.
Iwo: A coś jest „nie tak” z naszym angielskim, że się pytasz?

Wszystko ok, ale lubię też słuchać dobrych numerów w naszym języku.

Kasia: Bardzo byśmy chcieli by na naszej kolejnej płycie było jak najwięcej polskich tekstów,widzimy jaką ma siłę. Na koncertach ludzie śpiewają z Tomkiem „Ona movie” i to jest super. Niestety cały ciężar spoczywa na Tomku bo on jedyny podejmuje się pisania po polsku. Dlatego nie mamy ich za wiele. Ja się przyznaję, że mi nie wychodzi.

Opowiedzcie nam trochę o interakcjach w zespole. Wszyscy się zawsze kochacie i wspieracie? Czy spięcia występują równie często? Co każdy z Was wnosi do składu, muzycznie i nie tylko?

Tomasz: Wieczna miłość musi być strasznie nudna. My nie jesteśmy nudni. Tam gdzie drwa robią, drzazgi lecą, czy jakoś tak. Sześć osób nie może się nie spierać, bo inaczej nie są warci siebie, nie mają własnego zdania, są do dupy. Każdy z nas wnosi inną energię, bo każdy jest inny. Bez tego nic kreatywnego by się nie zdarzyło, konflikty uczą pokory, pozwalają dojrzewać, uczyć się mieć rację i jej nie mieć. Na tym polega współpraca.
Iwo: Dokładnie. Musi być ‘Ying i Yang’.
Kasia: Wiesz ile mam maili zespołowych? Czasami je czytam z wypiekami na twarzy, innym razem mam ochotę czymś rzucić. Porozumiewamy się głównie za pomocą maili. Ja mieszkam poza Toruniem i tak jest łatwiej. Już nie raz się na siebie obrażaliśmy. Na szczęście umiemy się przepraszać i dlatego się jeszcze nie pozabijaliśmy.

Co robi zespół Sofa, kiedy schodzi ze sceny? Czy muzyka zajmuje całe wasze życie? Czy też ‘po godzinach’ zamieniacie się w nauczycieli, lekarzy, kierowców i księgowych?

Tomasz: Mimo, że ze sceny czasem musimy zejść prosto w jakieś błoto, na ziemię, to muzyka i sztuka w ogóle, pozostaje sferą w której żyjemy permanentnie. Muzyka to nie zawód, tylko powołanie, wybór. Nie da się po 15tej iść do domu z muzyki. Nie wyobrażam sobie życia bez sztuki, to byłby jakiś horror. Sztuka daje szansę na wyrażenie tego, co nieuchwytne, a do życia niezbędne, czyli emocji, uczuć i pragnień, a na tym świat stoi.
Iwo: Każdy z nas ma swoje dodatkowe zajęcia, ale są one tylko i wyłącznie po to by móc przetrwać trudniejsze okresy (np. susze koncertowe). Nie jest łatwo żyć z muzyki. Nawet najlepsi (rozchwytywani) muzycy sesyjni w Polsce mają ciężkie chwile. Czy muzyka zajmuje nasze całe życie? Raczej tak. Nawet gdy nie koncertujemy… to wiadomo, że jej słuchamy, dyskutujemy o niej, ciągle myślimy o kolejnych kompozycjach. Bez dwóch zdań, jest nieodłącznym elementem naszego życia. Bez N.I.E.J. nie ma dla mnie życia.
Kasia: Ja jestem mamą półrocznej Zosi, więc możesz się domyślić że raczej się nie nudzę. Tym bardziej potrzebuję muzyki. Jest dla mnie cudowną odskocznią. Z wielką radością oczekuję koncertów.

Nasze tradycyjne pytanie. Co sądzicie na temat promocji i sprzedaży muzycznej w Internecie? Ostatnio pojawia się coraz więcej blogów muzycznych. Czy to dobrze że każdy może usiąść sobie na miejscu krytyka? Jaki wpływ na muzykę w ogóle ma według Was Internet?

Tomasz: Każdy może napisać co chce – to atrybut internetu ale czy ta pisanina zawsze ma sens? Klawiatura daje poczucie władzy ale gdy już na etapie gramatyki pojawiają się trudności nie do przejścia, to z reguły logika i sens wypowiedzi grzęzną ze zgrzytem na mieliźnie. Internet na pewno ułatwia dostęp do muzyki ale żeby znaleźć coś wartościowego, trzeba wiedzieć gdzie i czego szukać. Pustym surfowaniem edukacji się nie załatwi. Tak samo jest z promocją – trzeba wiedzieć co, gdzie i komu należy pokazać, żeby ten ktoś był zainteresowany, a to wcale nie takie łatwe.
Iwo: Internet teraz króluje, wiadomo. Gdyby nie YouTube, to nikt by nie zobaczył klipów do „Afajaz” np. Co do krytyki na blogach: Tomek dobrze to ujął. Takich „pseudo krytyków” mam gdzieś. Problem się pojawia wtedy, kiedy się widzi rzekomo dobrych i szanowanych dziennikarzy, którzy piszą tak jakby wszystkie muzyczne rozumy pozjadały. Zakompleksionych, niespełnionych megalomanów…takimi krytykami jestem zażenowany. W Polsce jest tak mało dobrych krytyków muzycznych, że aż chciałoby się zostać „krytykiem krytycznym”.

Kto Ci tak podpadł Iwo? Masz kogoś konkretnego na myśli?

Iwo: Jest garść takich, ale nie będę przecież rzucał nazwiskami. Każdy kto w miarę śledzi to, co się dzieję wokół naszego zespołu… wie o co mi chodzi. Tylko żeby nie było, że nie wolno nas krytykować… absolutnie!!! Każda konstruktywna krytyka jest bardzo potrzebna! Niech autor po prostu napiszę dokładnie co mu nie pasuje, a nie tylko, że ktoś/coś jest słaby i koniec. Przecież wiemy, że nie odkryliśmy Ameryki…jeszcze. W tym akurat środowisku dziennikarskim [muzyki HH, Soul etc.] są postacie, które się doskonale znają na wzajem. Bardzo często mam odczucie, że jeden czeka najpierw na recenzję drugiego, zanim coś napiszę. Sięgając po recenzje któregoś z nich, śmieję się sam do siebie, bo bardzo rzadko mnie zaskakują. Kończąc temat: Obecnie, bardzo mało czytam recenzji polskich dziennikarzy, bo nie interesuję mnie “czyjaś ekspertyza” na temat wydawnictw muzycznych. Sam sobie słucham i sam oceniam. Przecież każdy inaczej słucha muzyki. Dla mnie może być ważniejszy klimat numeru, a dla kogoś innego… jego czysto techniczne kwestie muzyczne. Szkoda, że niektórzy krytycy są tak wpływowi/opiniotwórczy, że odbierają części słuchaczy chęć sięgania po płyty. Na szczęście, jest to coraz rzadsze w obecnych czasach. Mam również swoich ulubionych dziennikarzy, których szanuję i których myśli czytam z przyjemnością… ale tu też nie będę wymieniał, bo po co?

Tajemnica, ok. Macie jakieś ulubione miejsca w sieci związane z muzyką? – strony, portale, fora?

Tomasz: Pewnie te co wszyscy ale jest takie jedno do odwiedzin którego namawiam – garageband.com – to miejsce gdzie można znaleźć wszystko w całej rozpiętości stylistycznej i jakościowej. Jestem przekonany, że niektóre z tych zespołów mają szansę na wielkie kariery, bo są genialne.
Iwo: Najróżniejsze, ale dla mnie głownie: allmusic.com, okayplayer.com i stonesthrow.com… tam zawsze znajdę wszystko, czego mi trzeba. No dobra…czasem również obczajam Waszą miskę.

To delikatna kwestia, ale poruszę ją. W ‘środowisku’ mówi się o dość specyficznym podejściu Waszych niektórych fanów. Nie chcę uogólniać, bo sama jestem fanką Waszej muzyki. Mówię o tych ‘ortodoksyjnych’. Strach czasem się do czegoś przyczepić czy skrytykować. Jak to zrobisz, dostajesz ‘po głowie’ z wejścia. Odnosicie się jakoś do tego? Bo wydaje mi się, że Wasza muzyka na tym traci.

Tomasz: Z żadną kwestią nie mamy problemów, więc luz. Z zasady nie popieram ortodoksji ale dopóki nie znam tych ludzi osobiście, to się na ich temat nie wypowiem, bo to będzie znaczyło, że lubię wróżyć z fusów po herbacie, a tego nie robię. My się do komentarzy słuchaczy w żaden sposób nie odnosimy, bo wszystko co mamy do powiedzenia na temat tego co robimy jest do posłuchania na płycie. Reszta to już tylko kwestia gustu. Nic nam do tego. Nie zgodzę się jednak, że nasza muzyka na tym traci. My jako muzycy stracilibyśmy wiarygodność pośród słuchaczy gdybyśmy wdawali się w jakieś utarczki, więc ani nam to w głowie. Krytyka jest sprawą niezależną.
Iwo: Myślę, ze to naturalne kiedy fani nas bronią. Tak jest na całym świecie. Dziennikarze często przesadzają/nie do końca mają rację. Ludzie mają prawo się z nimi nie zgadzać. Totalnym absurdem byłaby sytuacja, gdzie np. wszyscy fani podzielają zdania „wszechwiedzących dziennikarzy”. Każdy ma prawo do własnej opinii. Po to są fora muzyczne, by swoje zdanie wyrazić, czy nie? W sumie, to będę bronił naszych fanów. Nie słyszałem jeszcze o żadnym przypadku pobicia dziennikarza przez fanów Sofy.
Kasia: Nawet nie wiedziałam że mamy takich ortodoksyjnych fanów!

Zmiana tematu. Czy czujecie się jak gwiazdy? Macie nawet swoją osobistą! Opowiedzcie coś o tym. Za co, dlaczego?

Tomasz: Mamy osobistą gwiazdę w konstelacji Wężownika oddaloną o 107 lat świetlnych od Ziemi. Dostaliśmy ją od toruńskiego Radia GRA, jest ona zarejestrowana w Polskim Urzędzie Planetarnym nazywa się SOFA i będzie tam do końca świata – to niesamowite uczucie. Personalnie jesteśmy normalnymi prolami.
Iwo: „You’re a shining star, no matter who you are”.

Z kim marzy Wam się wystąpić na jednej scenie, lub kogo chcielibyście zaprosić do współpracy na jakiś kawałek z nadchodzącego krążka?

Tomasz: Nie wiem czy mam takie marzenia. Jedyne czego pragnę, to żebyśmy tworzyli świeżą, odważną i bezkompromisową muzykę. Jeżeli ktoś będzie nam „po drodze”, to mu współpracę zaproponujemy, jednak z góry nie da się tego założyć.
Iwo: Na jednej scenie? Zależy w jakim sensie. Kiedyś się jaraliśmy tym, że zagramy przed jakąś gwiazdą . Teraz wiemy jak traktuje się Polskie supporty, więc nie mamy żadnego ciśnienia. Wiadomo, że przemiło jest móc „poznać” artystów, których się bardzo szanuję…od zawsze! Jeśli chodzi o współpracę z kimś na kolejnej płycie, to wszystko zależy od materiału, który powstanie. Jeśli ktoś by miał się udzielić gościnnie, stanie się to naturalnie. Reasumując: jeszcze nie wiemy kogo chcielibyśmy zaprosić na kolejny album, jeśli kogokolwiek.

Najlepszy Wasz koncert zeszłego roku – własny i ten, na którym byliście jako publika?

Tomasz: SOFA Kraków lub Tarnów poziom wrzenia, White Lies na Open’erze.
Iwo: Koncert Sofy w Tarnowie był dla mnie chyba najlepszym w historii istnienia zespołu (może na równi z koncertem z okazji 5-tych Urodzin w Toruniu). To, co się tam działo jest dla mnie nie do opisania. TOTALNA MIAZGA! A z „nienaszych”, to muszę chyba wymienić występ Q-Tip’a, również na Open’erze. Ten sQrczybyk [!!!] spowodował, że musiałem skakać od początku koncertu, do samego końca! Nie wiem czy kiedykolwiek się tak dobrze bawiłem, na jakimkolwiek koncercie! Stałem bardzo blisko, więc mogło to delikatnie wpłynąć na moje przeżycia.
Kasia: SOFA Kraków i Warszawa.

Kiedy zatem następny album? I czy będzie dużo odskocznią od ostatniego? Czego możemy się spodziewać?

Tomasz: Chcemy go nagrać bardzo szybko, w tym roku. Na pewno będzie odskocznią od wszystkiego, co słyszeliście do tej pory w naszym wykonaniu.
Iwo: „You don’t know what you’re dealin’ wit’ right here…”

Dziękujemy za wywiad!

„Mam dużo dystansu do siebie” – Zeus dla soulbowl.pl

z-9368

Reprezentant łódzkiej sceny Zeus w listopadzie 2009 roku wydał swój drugi solowy krążek Album Zeusa. Z racji tego, że znalazł chwilkę czasu na wywiad postanowiłem go zapytać o parę ważnych spraw związanych z jego nową płytą. O jego inspiracje muzyczne, o deklarowaną miłość do Jill Scott i o to jaki muzycznie był 2009 rok. Kamil jak zwykle udzielił wyczerpujących odpowiedzi, a więc tym bardziej zachęcam do lektury.

Na nowym albumie mówisz, że się zakochałeś. Na początku chciałbym Cię zatem spytać o Twoją miłość do Jill Scott. Czy to miłość od pierwszego usłyszenia i co Jill Scott ma czego nie mają inne artystki/kobiety?

Jill Scott jest tylko metaforą. Mówiąc, że się w niej zakochałem, mam na myśli miłość do muzyki. Mógłbym zastąpić ją każdą inną artystką. Jill Scott wykorzystałem w utworze, bo bardzo mi się podoba to co ona robi. Śledzę jej karierę od 4-5 lat; podoba mi się jej podejście do życia, śledzę wywiady z nią, które ukazują się na stronie Hidden Beach. Obserwuję jak się ustosunkowuje do hejterów i do tego typu nieprzychylnych rzeczy. Ma pozytywny stosunek do ludzi. Śmieszy mnie trochę jej sposób zachowania bo jest taka pozytywna, a kiedy mówi o swoim facecie to jest władcza… taka czarno-władcza. To też między innymi wzbudza moją sympatię. Poza tym nie ukrywajmy, że ona ma parę dodatkowych kilogramów a jednak widać, że sama czuje się z tym dobrze. I to też mi się podoba. Jest pewna siebie mimo wszystko. Mógłbyś mi teraz wskazać kogoś, kto jest w tym momencie synonimem kanonu piękna, ale ona i tak będzie mi się bardziej podobać mimo, że nie jest idealna. Odbiega od ogólno przyjętego kanonu, i w zasadzie właśnie dlatego wybrałem ją.

(więcej…)

„Uda nam się przełamać stereotypy” – BLOW dla soulbowl.pl

blow2_fot._asia_szutkowska_logo_002

Blow to bardzo nietypowy duet na polskiej scenie muzycznej. Tworzy go wokalistka kryjąca się pod pseudonimem Flow oraz producent Święty Mikołaj. Choć osobno działają muzycznie już od paru lat to dopiero dzięki temu projektowi może się zrobić o nich naprawdę głośno. Flow współpracowała m.in. z Ten Typ Mesem oraz duetem Stereotyp. Na co dzień pracuje jako reporterka w jednej z polskich stacji telewizyjnych. Święty zaś to prawdziwy weteran polskiego podziemia, którego produkcje coraz częściej trafiają na legalne wydawnictwa najlepszych graczy. Charakterystyczna barwa Flow i oryginalne beaty Świętego razem tworzą specyficzny klimat. Z jednej strony cięte sample na „grubych” bębnach, z drugiej delikatny i melodyjny głos. Duet jest w trakcie nagrywania materiału, który ukaże się przez wytwórnie Alkopoligamia.com na początku przyszłego roku. W czasie sesji nagraniowych znaleźli chwile na krótką rozmowę. Zapraszam do lektury.

Na początku spytam skąd pomysł na taki projekt: wokalistka-producent i skąd pomysł na taką nazwę?

Flow: Nie pamiętam… zapomniałam wziąć dziś rano lecytynę (śmiech) Ale coś mi świta, ze wszystko zaczęło się od „Lekkości Bytu”. Nagraliśmy ten kawałek, a jego przeznaczeniem miała być producencka płyta Mikołaja, ale… tak nam się dobrze współpracowało, że na jednej z imprez u mojego Brata (której nie jestem w stanie przypomnieć sobie nawet po pięciu łyżkach lecytyny (śmiech), podczas kilku godzinnej rozmowy o muzyce, powstał pomysł zrobienia wspólnego projektu i nagrania płyty. A może wymyśliliśmy to na rybach… sama juz nie wiem… (śmiech).
Święty: No cóż… Chyba tak to jest gdy spotka się dwoje ludzi lubiących podobną muzykę, chcących robić muzykę w tym samym klimacie i z bardzo podobnie nakreśloną wizją swojej twórczości. Ot tak. A nazwa… Zrobimy mały wybuch jakby nie było!! Gdy wyjdzie płyta, ma się rozumieć (śmiech)
Flow: Nie myślcie sobie jednak, że nie wiemy z czym kojarzy Wam się nasza nazwa, wiemy, wiemy, i wcale się tego nie wstydzimy!!! (śmiech)

Śpiewanie na pętlach (loopach) wymaga innego myślenia, zarazem w pisaniu tekstów jak i wymyślaniu melodii. Flow, jak wygląda u Ciebie praca z podkładami, które przygotowuje dla Ciebie Święty?

Flow: Zazwyczaj jest tak, ze gdy tylko dostaje nowy bit, od razu do niego pisze, a pisząc śpiewam albo na odwrót – śpiewając piszę. Nie jest to mozolny proces, bo jeśli bit mi się podoba (a w przypadku bitów Świętego jest tak właściwie zawsze), to kawałek powstaje w godzinę. Potem – jak przystało na raptusa – od razu idę nagrywać go do studia, następnie – gdy emocje nieco opadną – utykam na wymyślaniu milionów chórków i Mikołaj czeka i czeka i czeka….
Śpiewanie na pętlach ma to do siebie, ze trzeba włożyć w nie dużo wyobraźni – sama muszę wstępnie, wokalami zaaranżować kawałek. Wymyślić gdzie i jaki bridge, ile i jakie refreny, wyśpiewać do powtarzających się dźwięków różnorodne melodie. Jest to dużo bardziej wymagające niż zaśpiewanie do zaaranżowanego numeru, ale daje mi swobodę i wolność tworzenia i taki „system” powstawania kawałków najbardziej mi odpowiada.

Która z wokalistek/wokalistów jest dla Ciebie największą inspiracją?

Flow: Nie inspiruje się wokalistkami/wokalistami. Słucham baaardzo dużo rożnej muzyki, gdyż miłością mojego życia jest, ale nigdy nie staram się „być jak…” Mogę powiedzieć kogo podziwiam. Z pewnością kimś takim jest Betty Davis (była żona Milesa Davisa, którego zdradzała z Jimim Hendriksem – jak jej nie kochać!!! (śmiech). To drapieżna, dzika kobieta, która świetnie radziła sobie w rock&rollowo-funkowym świecie. Pisała zadziorne teksty, układała muzykę, śpiewała często krzycząc i pokazując środkowy palec wszelkim zasadom głoszonym przez nauczycieli śpiewu. Cenie artystów, którzy maja osobowość, maja do powiedzenia cos więcej, niż: kochałam cię, a ty mnie rzuciłeś, teraz potnę się tępa żyletka. Najpiękniejszy, wielooktawowy, wyszkolony głos nie obroni się, jeśli nie jest poparty charyzma.

O czym będziesz śpiewała na waszej płycie?

Flow: O tym, że… zakochałam się na wiosnę, a latem już mi przeszło…! (śmiech) Teksty są, bo wszystkie już powstały, o tym… że nie przywiązuję się do przedmiotów; o tym jak ważna jest dla mnie muzyka; co widzę idąc ulica; że zmarł mój Tata i bardzo mi go brak; że mam trudny charakter; że ochlapał mnie przejeżdżający autobus i wcale nie jest to takie fajne; o tym że moje oczy są zielone, a pieści zaciśnięte… Pisze o życiu – swoim i o tym, które obserwuję – jest w nim tyle kolorów, abstrakcji, emocji, że można pisać i pisać i pisać…

Święty, do tej pory głównie na Twoich produkcjach można było usłyszeć raperów. Czy robiąc beaty do tego projektu starałeś się myśleć w inny sposób?

Święty: Tak. W ogóle do każdej płyty, nad która pracuję, podchodzę w inny sposób. Wszystko zależy od człowieka, z którym robię dany album. Lubię się trochę dopasować, zaspokoić potrzeby wspólnika – to dla mnie duże wyzwanie, żeby połączyć to czego sam od siebie wymagam i ta druga osoba.

Jakich producentów cenisz najbardziej, którzy z nich mieli największy wpływ na brzmienie Twoich beatów?

Święty: Łojezu!.. Zacząłbym od D’Angelo i jego kompozycji, do których sporo się też przyłożył Questlove np. Strasznie katowałem swojego czasu jego płyty i do dziś robią na mnie ogromne wrażenie, przyjemność słuchania jest niezmienna. Dodam do tego projekt Lucy Pearl, czyli Ali Shaheed Muhammad, Raphael Saadiq, którzy byli odpowiedzialni za muzykę. Równie mocny wpływ miał na mnie ten albumy. Poza tym Pete Rock ze swoim Soul Survivor. No strasznie świetna płyta. Rewelska – jak to się mówi. Bardzo lubię też produkcje Q-Tip’a, ekipę The Roots, starsze produkcje Hi-Tek’a, Dj’a Jezzy Jeff’a, J-Dilla, ale też Dr.Dre i bardzo ważna dla mnie postać – Dj Quik! Świetne produkcje wyszły spod jego ręki, jest tez znakomitym raperem – ma wręcz idealnie pasujące mi flow. No i pewnie jeszcze sporo, sporo innych…

Na waszym myspaceie można odsłuchać dwa utwory, „Co robić, co…” i „Lekkość bytu”. Głównie słychać w nich sample. Czy na płycie pojawią się także jakieś żywe instrumenty?

Święty: Bo płyta głownie będzie opierać się na samplach, natomiast prawie każdy beat ma żywy bas. W każdym numerze oprócz basu jest jakiż klawisz, gitarka, syntetyczne dźwięki – wszystko po to, by jak najbardziej urozmaicić materiał, by muzyka płynęła i nie była tak ograniczona przez sample. Lubię jak podkłady bujają i dzieje się w nich coś więcej niż tylko zapętlony motyw. Jest tylko jeden numer, w którym zdecydowałem. ze nie będzie żadnych instrumentów. No ale on tego wymagał – posłuchacie będziecie wiedzieć dlaczego (śmiech).
W większości kawałków będą też skrecze, cuty. Za adapterami Dj Tort, który oprócz doświadczenia w turntablismie ma też na karku szkole muzyczną i w bardzo ciekawy sposób łączy te dwie rzeczy. Powtarzam: jak posłuchacie, będziecie wiedzieć o co chodzi (śmiech).

Płyta ukaże się w Alkopoligamia.com. Jak doszło do tej współpracy i kiedy można się spodziewać albumu?

Flow: Znamy się z Alko – chłopakami od baaardzo dawna. Zawsze wspieraliśmy się we wszelkich działaniach, wiec gdy powstało wydawnictwo, dość naturalne było to, że będziemy jego częścią. Nie zamieniłabym Alkopoligamii na żadną inną wytwornię. Mam nadzieję, że wspólnie uda nam się przełamać stereotypy, że trzeba iść na twórczy kompromis i nagrywać plastikowe piosenki, żeby zainteresować swoja muzyką publiczność. Album pojawi się na początku przyszłego roku – przełom lutego i marca.

Czy można spodziewać się gościnnych udziałów na płycie, jeżeli tak to jakich?

Święty: Oczywiście, że będą goście, niedużo, bo co to za album – taki zapchany i o niczym? Poza tym Flow ma na prawdę sporo do powiedzenia, wiec juz nie chciałem się z nią kłócić i zostawiłem trochę miejsca pośród gości.
Flow: Akurat!!! Mikołaj zaprosił WSZYSTKICH, ale… nikt nie chciał współpracować z żałosnym producentem i niemiłosiernie wyjąca wokalistka (śmiech) dlatego gości nie będzie (śmiech).

Równolegle nad płytą pracujecie też z żywym zespołem. Czy znaczy to, że planujecie koncerty? Czy materiał koncertowy będzie się różnił do tego zawartego na krążku? Jakieś koncerty w najbliższym czasie?

Święty: Owszem, pracujemy tez z zespołem. W składzie: my, Michał „Najt” Nocny (grał z Dustplastic) – na klawiszach, Michał „Stela” Stawarz (m.in.: Jazzus) – perkusja, Antek Opolski (Irena) – gitara, oraz nasz drogi basista Maciek „Cygan” , który to grywał ogólnie rzecz ujmując. Czujny chłopak z niego! A materiał będzie się znacznie różnić od tego na płycie, może poza tekstami i liniami melodycznymi Flow. Przede wszystkim wszystko będzie grane na żywo, instrumentaliści maja oddać klimat kawałków – nie odgrywać dokładnie rzeczy, które zrobiłem na komputerze. Nawet nie było takiej dyskusji miedzy mną a Flow, czy zespół jest w ogóle potrzebny. Było to dla nas oczywiste jak dwa plus dwa. Natomiast w niedalekiej przyszłości stanę w rzędzie, na scenie za bitmaszyną i będę wypuszczał drobne samplowane smaczki – tak dla urozmaicenia.
A w najbliższej przyszłości koncert odbędzie się już w te sobotę, czyli 5 grudnia, w klubie Balsam. Gramy około północy więc na pewno zdarzycie (śmiech) Zapraszam, zapraszam!

Dzięki za rozmowę, chcecie coś dodać na koniec?

Święty: Pozdrawiam wszystkich tych, którzy lubią dobre dźwięki. I jeszcze raz zapraszam na koncert!
Blow: zdecydowanie nie można odmówić pozytywnej energii i humoru. Widać, że robienie muzyki daje im dużo przyjemności. Czekam na debiutancki krążek. Wy też powinniście.

„Najważniejsze, by dotrzeć do odpowiednich słuchaczy” – Maceo Wyro dla soulbowl.pl

293153_10150263688478251_5214151_n

Maceo Wyro – jeden z dwóch trzonów kolektywu Niewinni Czarodzieje, karierę rozpoczynał od rezydentury w legendarnych warszawskich Filtrach w 1992. Przez te wszystkie lata grał obok takich postaci światowej sceny muzyki elektronicznej jak; Rainer Truby, King Britt, Ursula Rucker, Dego (4 Hero), Afronaught, Seiji, Richard Dorfmeister, Alex Barck (Jazzanova) i wielu innych. Ostatnio główny organizator cyklicznych imprez Warsoul Sessions. Na kilka dni przed koncertem Sa-Ra Crative Partners, przez niektórych nazywanym już najważniejszym i najciekawiej zapowiadającym się występem w Warszawie od czasu występu Jill Scott, tylko nam zdradza tajniki organizacji, przyszłość rodzimego kolektywu i kogo będziemy mogli zobaczyć na dalszych imprezach. Zapraszam do lektury, bo krótko mówiąc – WARTO.

(więcej…)

Whitney u Oprah

Promocja najnowszego albumu Whitney Houston trwa w najlepsze. Sporym jej elementem jest pojawienie się artystki w programie Oprah Winfrey – królowej amerykańskich talk-shows. Tuż po nakręceniu odcinka, na temat wywiadu wypowiedziała się Oprah. Wzbudziła ciekawość wszystkich, określając go jako najbardziej szczere wyznanie z jakim się spotkała. Whitney miała zdradzić swoje najskrytsze tajemnice z okresu upadku.
Jak wyszło naprawdę? O tym trochę później. Zacznijmy od czegoś przyjemniejszego. Program Winfrey, to nie tylko rozmowy, ale i występy. Również Whitney postanowiła zaśpiewać. Wykonała utwór „I didn’t know my own strength”

Może nie jest to szczyt formy Whitney, ale nie jest źle. Wielu artystów może jej zazdrościć takiego powrotu. Czuć, że nie jest to powrót pod przymusem, ale z chęci dalszego tworzenia muzyki.Widać, że po tylu latach Houston wciąż budzi silne emocje (spójrzcie na reakcję publiczności na początku, czy na łzy Oprah). (więcej…)

Janet przemawia, Jermaine kombinuje

janet

Różnego rodzaju ,,hołdy ku czci MJ” zaczynają rosnąć jak grzyby po deszczu. Całkiem niedawno w naszej Soul Misce wspominaliśmy o inicjatywie brata Michaela, Jermaine’a Jacksona. Zaprosił on do Wiednia artystów, których połączyła nie tylko osoba Michaela Jacksona, będąca dla niech bez wątpienia niekończącym się źródłem inspiracji, ale także całkiem podobne doświadczenia o zabarwieniu kryminalnym. Zdecydowanie Chris Brown, R. KellyAkon mają do usunięcia sporo plam z ich nadszarpniętych i ubrudzonych wizerunków, a koncert ku czci uwielbianego (i równie znienawidzonego) Króla Popu idealnie nadawałby się do wywabienia takich wizerunkowych plam. Poza tymi trzema panami, którym nieobcy jest zapach sali sądowej, Jermaine poprosił o pojawienie się w stolicy Austrii m.in. Maroon 5 (?), Sister Sledge (te od „We Are Family”) i Us 5 (?!). Jednak sporządzanie ostatecznego line-upu (te przeklęte anglicyzmy!) idzie czwartemu w kolejności synowi JosephaKathrine Jackson jak po grudzie. Wbrew wcześniejszym doniesieniom nie wystąpi na nim Mary J Blige. Po ujawnieniu tejże niezbyt zgrabnej wypowiedzi Jacksona, Chris Brown także zaprzeczył swojemu udziałowi. Co więcej, żaden z pozostałych członków klanu Jacksonów nie ma się pojawić się na zapowiadanej imprezie. Podczas gdy Jermaine pichci coś, co ewidentnie niezbyt dobrze pachnie, ale może niektórym się opłaci, jego młodsza siostra udzieliła pierwszego wywiadu od czasu śmierci ich brata. (więcej…)