Eklektik Session: Boxed

Relacja z koncertu Aloe Blacc

Data: 11 listopada 2011 Autor: Komentarzy:

Aloe Blacc

fot. P. Tarasewicz / cgm.pl

„I need a dollar, dollar, a dollar is what I need” – to słowa refrenu najbardziej znanego utworu pana Aloe, dla wielu osób jedynego znanego utworu. Rozmowa z moimi znajomymi na temat tego jak spędzę środowy wieczór w większości przypadków wyglądała identycznie: „Idę na koncert Aloe Blacca.”, „Nie znam”, „No, to ten od I Need A Dollar, „A, to już kojarzę coś”. Żeby można było pojawić się 9 listopada w klubie Palladium na jedynym w Polsce występie piosenkarza, potrzebne były w dniu koncertu, w przeliczeniu z polskiej waluty, aż 24 dolary. Cena nie należała do najniższych, ale przynajmniej zniechęciła do udziału niedzielnych słuchaczy traktujących Aloe Blacca jako typowego one hit wondera. Nie stanowiła za to problemu dla soulowych zapaleńców, spragnionych koncertu z klimatem rodem z lat siedemdziesiątych. Pod tym względem artysta zdecydowanie nas nie zawiódł.

Impreza zaczęła się bardzo punktualnie, niemal punkt dwudziesta na scenie pojawił się support w postaci Exile’a – hiphopowego producenta i dj’a, starego znajomego Aloe z czasów gdy wspólnie tworzyli jako Emanon. Jego pojawienie się na konsoli bardzo umiliło ostatnie chwile oczekiwania na głównego bohatera wieczoru, szczególnie że oprócz zagrania mocno funkowego setu (polecieli między innymi Stevie Wonder, Diana Ross, Cymande…) zaprezentował swoje umiejętności gry na MPC. Szkoda tylko, że nie pokazał co potrafi na mikrofonie, w końcu od niedawna istnieje w naszej świadomości także jako raper. Z drugiej strony dobrze jednak, że nie trzymał nas za długo w oczekiwaniu i juz po czterdziestu minutach powierzył scenę w ręce kolegi i jego zespołu.

Artysta zahipnotyzował publiczność już w momencie pojawienia się na scenie. Mimo że czerwoną muszkę zamienił na krawat, a biały smoking na kremowy garnitur, to i tak prezentował się równie dumnie, co na okładce albumu Good Things. Już podczas wykonywania pierwszego utworu rzucił nazwiskami czterech inspirujących go muzyków, naśladując przy tym ich zachowania sceniczne, zaś tym co sie działo później tylko udowadniał, że faktycznie ma coś z każdego z nich. Zarażał ze sceny swoimi emocjami jak Marvin Gaye, w wolnych numerach sprawdził się niczym Al Green, emanował radością z tworzenia i grania muzyki jak Stevie Wonder, a na scenie ruszał się jak… no, nie aż tak dobrze jak James Brown, ale widać było jak funkowo-soulowe brzmienia dosłownie rzucały nim w każdą stronę.

aloe

Przez około godzinę i dwadzieścia minut Aloe zagrał materiał promujący jego ostatni album, plus utwór, którego nie byłem w stanie zidentyfikować i nową piosenkę zagraną w towarzystwie australijskiej raperki, Mayi Jupiter. Nie usłyszeliśmy za to niczego z debiutanckiego Shine Through, ani tym bardziej z czasów Emanona. Ale nie było to specjalnym problemem, gdyż sama selekcja utworów z Good Things była udana i na dodatek prawie każdy utwór został rozbudowany o zabawy z publicznością, solówki instrumentalne i elementy improwizacji. Najlepiej pod tym względem wypadło „You Make Me Smile”, która wywoływało uśmiech na twarzach zebranych przez ponad dziesięć minut. Interesującym akcentem było tez zagranie fragmentu „I Need A Dollar” w jamajskiej konwencji.

Nie można oczywiście nie wspomnieć o ogromnej roli, jaką odegrali muzycy towarzyszący wokaliście. Stworzony z saksofonisty, trębacza, perkusisty, basisty, gitarzysty i klawiszowca zespół doskonale dopełnił efekt przeniesienia nas do lat siedemdziesiątych. Na szczególne wyróżnienie zasługuje znakomita sekcja dęta i funkowa gitara basowa. A propos podróży w czasie, to w pewnym momencie Aloe zaproponował, by klub zamienić na chwilę w studio nagraniowe legendarnego programu muzycznego „Soul Train” i zażądał by pół sali na parę minut zamieniło się w taneczny parkiet.

Na brawa zasługuje również… publiczność. Widać po niej było, że przyszła przede wszystkim posłuchać dobrej muzyki. Nie skalali i nie piszczeli przed samą sceną jak szaleni, ani też nie zasłonili sceny lasem telefonów komórkowych, po prostu wczuli się w klimat jak należy. No i, co najważniejsze, nie dali do zrozumienia muzykowi, że przyszli tutaj wyłącznie usłyszeć wiadomo jaki przebój, wszyscy przez cały czas świetnie się bawili.

W zasadzie jedyną według mnie istotną wadą koncertu był gościnny występ wspomnianej podopiecznej wokalisty, Mayi Jupiter. Raperka razem ze swym mentorem wykonała swój własny utwór, coś będące połączeniem dancehallu z soulem z akcentem na to pierwsze, no i w efekcie nie było to specjalnie interesujące, czekałem z niecierpliwością aż oboje skończą grać ten utwór. Oprócz tego nie mam absolutnie żadnych więcej uwag do koncertu Aloe. Z pewnością jest to jeden z najlepszych koncertów jakie widziałem w tym roku, mówi to osoba która zaliczyła w tym roku Openera i Coke’a. Aloe Blacc nie jest ani Princem, ani Kanye Westem, ale nie potrzebował dodatkowych efektów, ani nie rozciągał koncertu do prawie trzech godzin, a mimo to wywołał uśmiech na twarzy każdego uczestnika koncertu.

Komentarze

komentarzy

Eklektik Session: Boxed