Wracamy z cyklem PressPlay. Sprawdźcie jaka muzyka sprawiała nam najwiekszą frajdę w minionym tygodniu.
Eye Ma

The Notorious B.I.G. – Ready to Die, Bad Boy, 1994
Matury to raczej nie jest najlepszy okres żeby zawracać sobie głowę nowościami muzycznymi, dlatego w maju postawiłam na wielokrotnie sprawdzoną już pozycję. Debiutu Biggiego Ready to Die nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Choć już w 1994 roku Smalls rapował You never thought that hip hop would take it this far, patrząc na dzisiejszy rynek, moglibyśmy skomentować sytuację rapu tym samym zdaniem. Wiele razy zastanawiam się co mogłoby się jeszcze dziać na tej scenie, gdyby i on i Tupac nie zginęli. Tego nie dowiemy się nigdy. Nigdy też nie będzie kogoś takiego kto opowie swoją historię w taki sposób jak Biggie. Ale to nie jest zarzut, lament czy krytyka współczesnej muzyki. To tylko taka mała refleksja spowodowana cofnięciem się do lat 90. W każdym razie fajnie czasem wrócić do klasyków. I pamiętajcie o jednej prostej życiowej zasadzie o której na tym albumie wspomina także raper: zamieńcie negatywne rzeczy w pozytywne. I będzie dobrze! Musi być.
Brownsugar

Kilo Kish – HomeSchool EP, 2012
Znana ze współpracy z purpurowym duetem The Internet, członkini kolektywu Kool Kats Klub – Kilo Kish wydaje solową EP-kę. 22-letnia modelka oraz studentka projektowania debiutuje wydawnictwem Homeschool. Zainspirowana Kilo Ali (bez skrępowania przyznaje, że ukradła część jego ksywki i raper z Atlanty jest dla niej wszystkim), ludźmi w pociągach, przyjaciółmi, Nowojorczykami, Kish Robinson daje nam ciąg dalszy tego, czego zasmakowaliśmy chociażby na Purple Naked Ladies. Większość utworów wyprodukowanych przez Syd oraz Matt Martiana to mix hip hopu, elektroniki oraz trip hopu. Delikatny głos artystki relaksuje z każdym kolejnym utworem. Jak sama twierdzi, muzyka to dla niej przyjemność i zabawa, a napisaniu piosenki nie poświęca więcej niż pół godziny. Wszystko (powinno) i przychodzi naturalnie. Taka jest też ta EP-ka . Jej niewymuszony i bezpretensjonalny klimat w połączeniu z unikalnym stylem Kilo to najlepsza alternatywa na coraz cieplejsze dni. Tak brzmi ukochane lato.
Kurtek Lewski

Death Grips, The Money Store, Epic Records, 2012
Ja sceptyk. Po skandalicznie nieskładnym i przerysowanym Exmilitary, ja sceptyk myślałem „z tego już zupełnie nic nie będzie; jeśli już to gorzej.” Tymczasem przyszedł czas na pełnoprawny debiut i wobec powszechnych peanów docierających zewsząd, nie wytrzymałem i postanowiłem, ja sceptyk, zmarnować swoją cenną godzinę na odsłuch. Ja sceptyk nie dopuszczałem w ogóle możliwości, że może mi się spodobać i że na jednym odsłuchu może się nie skończyć. I tak naprawdę, ja sceptyk, uzmysłowiłem sobie dopiero przy kończącym krążek „Hakerze”, że jednak to w czym uczestniczyłem było całkiem ciekawe – zupełnie nie jak te zapamiętane z Exmilitary szczątki starań i wysiłków.
Ta płyta to znak naszych czasów – jest przerysowana, nazbyt intensywna, skandalizująca, obrazoburcza, przesycona negatywnymi emocjami i podszyta ukrytym lękiem. Nie ma w niej niczego, co zgodnie ze zdrowym rozsądkiem zasługiwałoby na pochwałę. A jednak budzi w słuchaczu pokłady zakopanego gdzieś głęboko chorego szaleństwa i przez proste przeciwieństwo staje się racjonalnie całkiem dobrą pozycją.
Chojny

Honors English – State of The Heart, 2012
Debiut pochodzącego z New Jersey Honorsa Englisha posiada niemal wszystko czego wymagałbym od idealnego hiphopowego albumu. Piękne, soulfulowe, dopracowane bity autorstwa Needlza, przekładane na flow rapera kilogramy emocji, karkołomne punchline’y, zachwycająca konceptami treść utworów i to wszystko za darmo (http://honorsenglishmusic.com/). Poza momentami przesadnym podobieństwem stylu Honorsa do Kanye Westa nie jestem w stanie absolutnie nic zarzucić temu nagraniu. Co więcej, sam Yeezy mógłby się stąd sporo nauczyć o pisaniu tekstów. Póki co największe zaskoczenie roku 2012.
Dźwięku Maniak

Sobura, Organic Lo-Fi, U Know Me Records, 2012
U Know Me Records to już uznana i rozpoznawalna marka, która do tej pory skupiała się głównie na promowaniu rodzimych artystów reprezentujących brzmienie, które można by opatrzyć etykietą ‚nubeats’. Do tej pory katalog UKM zawierał producentów, którzy tworzyli fuzje hip hopu i funku (Daniel Drumz), hip hopu i soulu (Envee) oraz hip hopu i elektroniki (Teielte, En2ak, Kixnare, Galus), a od niedawna do tego zacnego grona dołączył również Sobura, który poszerzył rozpiętość stylistyczną oficyny o jazz. ‚Organic Lo-Fi ‚ to zbudowane na samplach i brzmieniu żywej perkusji spokojne jazzowe kompozycje, które Wojtek Sobura okrasza w oszczędny sposób ambientowo-onirycznymi i hiphopowymi elementami. Materiał zawarty na debiutanckim wydawnictwie pochodzącego z Warszawy producenta, nie jest łatwy i wymaga od słuchacza skupienia oraz otwartości na, często nie do końca łatwe, muzyczne eksperymenty. Zresztą z tego słynie całe U Know Me, tu nikt nikomu nie idzie na rękę, tu słuchacz musi dostosować się do producenta.
K.Zięba

Dj Spinna – Strange Games and Things, BBE 2001
Jeden z najważniejszych mixtape’ów w moim życiu. Odpalając Strange Games and Things żal mi wszystkich, którzy podcasty złożone z empetrójek w SoundForge’u uważają za coś niezwykłego. Techniczny majstersztyk. Mistrzowski przekrój funkowo-soulowy – natkniecie się m.in. na Minnie Riperton, Donalda Byrda, Roya Ayersa czy Dona Blackmana. Kopalnia sampli – z pewnością skojarzycie niektóre z melodii zawartych w miksie. Wśród polskich dj’ów podobną selekcją i konwencją popisał się Mr Krime – jeśli więc nie obce są Wam obydwie części Krime Story, gwarantuję – zakochacie się w Strange Games and Things na długie lata.



Komentarze