7. Urodziny Miski słowami redakcji

Data: 8 marca 2013 Autor: Komentarzy:

7uro

Kurtek

27 czerwca 2006 na blogu, wówczas prowadzonym jedynie przez Siostrę, pojawił się poważny komunikat. „UWAGA WAŻNE” – krzyczał do czytelników wielkimi literami nagłówek. Wpis w istocie obejmował dwie ważne sprawy – zmianę adresu bloga oraz informację o rozpoczęciu współpracy z niejakim „Aaktt’em”, który „na razie prowadził http://www.thesoulfish.blogspot.com/ czyli swojego bloga o mniej więcej tej samej tematyce”. Jak możecie się domyślać wspomniany „Aaktt” później wyewoluował we mnie, a The Soulfish zniknął z sieci równie prędko jak się tam pojawił. Siostra zresztą jako wykształcony filolog języka angielskiego, zaintrygowana nazwą (będącą naturalnie wytworem mojej chorej wyobraźni językowej), zapytała mnie czy „soulfish” ma jakiś głębszy sens, bo nigdy nie spotkała się z tym określeniem. „Ja też nie” – odparłem wtedy lekko zażenowany swoim mizernym słowotwórstwem, by siedem lat później dowiedzieć się, że Urban Dictionary posiada klucz do tej z gruntu pozbawionej sensu zagadki.

Ale wtedy Internet był inny. Ja przynajmniej nie słyszałem jeszcze o Urban Dictionary. Nie wiem na ile to ja jako niezbyt doświadczony użytkownik wyznaczałem mu granice swoim horyzontem myślowym, a na ile faktycznie przez ten czas wszystko diametralnie się zmieniło, ale wystarczy spojrzeć na pierwsze posty na Soulbowlu — mnóstwo miniaturowych galerii zdjęć z wydarzeń muzycznych, skanów magazynów, kwestii modowo-lajfstajlowych. W taki sposób wówczas robiło się blogi o czarnej muzyce — od Concrete Loop po Rap-Up przez dziesiątki innych, które istniały tylko przez chwilę, ale jednak dokładały swoje cegiełki do rozwijającej się społeczności. Soulbowl zresztą także w pewnym momencie kompletnie zamarł na kilka miesięcy i jedynie cud mógł przywrócić stronę do życia. I istotnie przywrócił — w postaci Filipa, naszego pierwszego wiernego czytelnika, a później przez pewien okres także redaktora. Ekipa zmieniała się zresztą mocno dynamicznie. Ale sam z własnego doświadczenia wiem, że z zapałem do pisania bywa bardzo różnie, szczególnie w natłoku innych zajęć.

Wiele zmieniło się wraz ze zmianą platformy w 2008 roku. Blog przybrał obecnie znaną formę, tak, że teraz ciężko już nazwać Soulbowl blogiem. Tak samo jak my z blogerów zmieniliśmy się w redakcję. A to bez wątpienia nie zmiana stricte tytularna, bo choć idea przyświecająca nam jest wciąż dokładnie ta sama, przez siedem lat zupełnie zmieniły się standardy jakimi operujemy. Dorośliśmy my, a wraz z nami nasze gusta, nasz styl i tematyka podejmowana przez nas na stronie.

Lejdi K

Mam tyle wspomnień związanych z miską, że chyba nie wiem od czego zacząć i na czym się skupić. Roku 2008 (wtedy dołączyłam) szczerze mówiąc, nie pamiętam. Wiem tylko, że Siostra zgarnęła mnie do miski, bo za mało było polskiej muzyki, a od zawsze to był mój konik, więc zgodziłam się bez wahania. Ważne jest też to, że przed poznaniem strony, poznałam własnie Siostrę, która szukała noclegu przed pierwszym koncertem Angie Stone w Warszawie. 1 wspólny mandat stał się początkiem przyjaźni, która trwa do dzisiaj. Drugą ważną wspominką jest upadek miski, mała motywacja i coraz mniejsza ilość postów na stronie przez jakiś czas była mocno zauważalna i odczuwalna. Obserwowanie energii i zaangażowania znajomego (który, już się za niego nie uważa) przy tworzeniu swojego portalu (jazzsoul.pl) rozpaliło we mnie iskrę reaktywacji. Wtedy Agnieszka mi zaufała i oddała portal w moje ręce. Zgarnęłam nowych, muzycznych zapaleńców, później kolejnych i tak sobie trwamy do dzisiaj. Ciężko jest tych niżej ogarnąć, czasem jestem wredna, nieprzyjemna, roszcząca i wybuchowa, ale skubańce chyba się mnie nauczyli. W każdym razie, gdyby nie oni, nie byłoby soulbowl.pl. Dziękuję ekipo!

Chojny

Bardzo miło wspominam moment, w którym zostałem przyjęty do miskowej redakcji. W zasadzie to nie do końca go pamiętam, bo w dniu, w którym otrzymałem maila od Lejdi K bawiłem się w Gdyni na jedynym w Polsce koncercie Księcia. Zaproszenie do współpracy odczytałem dopiero po powrocie do domu i jeśli cokolwiek miało mnie wprawić w jeszcze lepszy humor w trakcie tych lipcowych dni, to to był strzał w dziesiątkę.
W mniejszym czy w większym stopniu soulbowl.pl przyczynia się do tego, że muzyka zawsze jest gdzieś obok mnie. Pozwala mi się rozwijać w roli dziennikarza-amatora i przede wszystkim poznawać ludzi z podobnym do mojego czarnomuzycznym zboczeniem – ludzi gotowych odmówić sobie jednej, drugiej, czy trzeciej przyjemności, żeby mieć za co pójść na koncert i postawić na półce kolejny winyl. Dziękuję za to wszystko i gratuluję naszej misce siedmiu (#wspaniałych) lat.

K.Zieba

Moje pierwsze odwiedziny na soulbowlu datuję jakoś pod koniec 2009 roku, kiedy to dorwałem leksykon „Dusza Rytm Ciało”. Przyznam, że był to okres, kiedy korzystałem z sieci nie kilka razy dziennie, a raz na kilka dni. Serwis Agnieszki był pewniakiem – oceanem wielu treści z interesujących mnie gatunków, z zalewu których zawsze potrafiłem wydobyć kilka pereł. Obojętnie, czy był to pop, r&b, hip hop czy nowosoulowe eksperymenty. Te ostatnie interesowały mnie jednak najsilniej, dlatego z radością odnajdywałem wpisy Rouxa bądź Emesa i szedłem tropem ich rekomendacji. Do dziś myślę, że siłą portalu jest różnorodność jego treści oraz odmienne charaktery/gusta wszystkich redaktorów. Chryste, gdybyście byli świadkami naszych niektórych dyskusji… Nie uznajemy półśrodków, a każdy z nas potrafi zaciekle bronić swoich racji. Mam nadzieję, że niejednokrotnie przekonacie się o naszej pasji do muzyki. Miałkość, nuda i odtwórstwo-tego szukajcie u konkurencji. To My Mamy Moc, Sto Lat Misko!

Emes

Pamiętam, że rozpocząłem pisanie na stronie w walentynki, a mój pierwszy wpis to był klip Jaheima – tak naprawdę niezupełnie adekwatny do moich ówczesnych zainteresowań muzycznych, ale jakoś trzeba było rozpocząć. Siostra, a później Lejdi K udzielały mi pierwszych wskazówek jak robić wpisy, a ja udawałem że coś rozumiem z tego superinformatycznego (tak mi się wydawało) slangu, potem zaś zmuszony byłem podpytywać kolegów jak ogarnąć tego wordpressa. To była era jeszcze przedfejsbukowa i regularnie pisało wtedy na stronie niewiele osób, a częstotliwość naszych wpisów czasami pozostawiała wiele do życzenia.
To było i ciągle jest spełnienie jakichś tam moich marzeń. Zajmowanie się muzyką i prezentowanie ją innym ludziom, nawet jeśli nikt specjalnie tych moich wypocin nie czyta bo woli po-komentować wpis o nowej okładce płyty Eminema czy innych pasjonujących rzeczach ;) Pisanie na soulbowl pozwoliło i niejako zmusiło mnie do jeszcze głębszego wejścia w światek muzyczny celem poszukiwania informacji, nowej muzyki, świeżych brzmień. Gdyby nie miska nigdy nie poznałbym tylu ciekawych artystów, na których natknąłem się w poszukiwania materiałów na kolejne wpisy. Przede wszystkim jednak gdyby nie miska nie poznałbym tylu ciekawych i wspaniałych ludzi, którzy byli lub ciągle są redaktorami tego serwisu. To chyba największa wartość jaką podarował mi soulbowl. Z mojego punktu widzenia ważna była aktywizacja życia redakcyjno-imprezowo-towarzyskiego dzięki czemu przestaliśmy być tylko bytem czysto wirtualnym, a staliśmy się żywymi ludźmi ze swoimi pasjami, emocjami i często odmiennymi poglądami nie tylko na kwestie czysto muzyczne.

Eye Ma

Wzrost mojego zainteresowania „czarną muzyką” przypada mniej więcej na lata 2004-2006. Informacje o artystach czerpało się z popularnych wtedy for internetowych takich jak xclusiv.fora.pl, rnb.fora.pl czy ourstars.mojeforum.net. Środowiska te były naprawdę zbliżone, wielu użytkowników kojarzy się nawzajem do dziś. Znam Soulbowl jeszcze z czasów, kiedy Siostra prowadziła bloga (pamiętny post Who keeps it real? – absolutny klasyk), ale tak naprawdę regularnie zaczęłam odwiedzać Miskę, kiedy przeniosła się na własny serwer i dostała własną domenę. Strasznie podobała mi się ta inicjatywa, pierwszy polski portal o „czarnej muzyce”, newsy przeplatające się z interesującymi komentarzami. Wszystko to w ciekawej odsłonie, z jajem, i jak na amatorów, robione bardzo profesjonalnie. Była to dla mnie, a przypominam, że byłam wtedy jeszcze zbuntowanym dzieckiem w gimnazjum, niezwykła skarbnica wiedzy, odskocznia i alternatywa od nudnych serwisów takich jak Onet czy Wirtualna Polska. Pamiętam jak Miska nominowana była kiedyś w kategorii „Blog roku” i jak wysyłałam na nią kilka esemesów dziennie. Pamiętam emm!, która robiła niezły rozp… w postach, jej szalone porównania i ironiczne komentarze. Pamiętam kilka ważnych postów, traktujących o śmierci Michaela Jacksona czy incydencie Kanye Westa na rozdaniu nagród MTV. Pamiętam wywiad z Nneką, byłam strasznie zaskoczona tym, że Miska miała szansę go przeprowadzić. Możecie się śmiać, ale po przeczytaniu tekstu i obejrzeniu zdjęć, czułam się dumna (ja, niemająca nic wspólnego z redaktorami!), że to właśnie ten polski portal, przeprowadził tak świetny wywiad. Od tego momentu kibicowałam Misce jeszcze bardziej. Pamiętam wywiady z Pinnawelą i Hirkiem Wroną. Pamiętam jak przeglądałam w Empiku leksykon „Dusza Rytm i Ciało” i cieszyłam się z sukcesu tego wydawnictwa jak dziecko. Pamiętam świąteczne życzenia-video od Siostry z całym zapleczem płyt za plecami. Pamiętam ranking, dzięki któremu sprawdziłam m.in. płytę Ledisi (Turn Me Loose), która jest do dziś jedną z moich ulubionych. W ogóle liczba artystów, których poznałam dzięki Misce się nie kończy. Do dziś możecie znaleźć moje komentarze pod postami, z których obecnie się śmieję i trochę nawet wstydzę. Wierzcie mi, że „Jay wygrywa” (co wygrywa, nie wiem do tej pory!) czy „buziaczki” pod jakąś notką o nowym klipie Hovy to najdelikatniejsza wersja moich nastoletnich wypocin. Pamiętam przerwę na Misce, małą liczbę postów i swoje zmartwienia czy portal będzie jeszcze istniał. Bardzo chciałam być częścią tej ‚czarnej’ społeczności. Przyznam się Wam szczerze, że aplikowałam do Miski dwa razy, ale nawet jeśli nie udało się za pierwszym, nie przestawałam jej czytać. Czerwiec 2011 roku był dla mnie trudnym okresem z różnych powodów, a otrzymany mail zwrotny od Lejdi K „czy chciałabym jeszcze pisać dla Soulbowla?” był najlepszą rzeczą jaka mogła mi się przytrafić tamtego lata. Czy chciałabym dla nich jeszcze pisać? Co to za pytanie! To zaszczyt! To spełnienie marzeń! Bardzo dziękuję za tę szansę. Zwłaszcza, że byłam wtedy jedną z najmłodszych redaktorek i mieszkałam daleko, daleko od Warszawy. Dziękuję za zaufanie. Za przyzwolenie na realizacje pomysłów. Za przymykanie oczu na błędy merytoryczne, bo wciąż się uczę. Za to, że wszyscy Redaktorzy wytrzymują moje lamenty o kursywy, pogrubienia i szerokość obrazków. Za koncerty, na których mogłam się pojawić. Za huczne dyskusje, bo każdy z nas ma swoje zdanie. I za masę rzeczy, która zdarzyła się po drodze, ale z przyczyn prywatnych nie mogę o nich mówić głośno. Pisanie dla Miski to czysta przyjemność, ale także taka moja mała misja. Wszystko o czym chciałabym jeszcze tu napisać, zostało powiedziane ostatnio przez Siostrę, dlatego odsyłam do jej urodzinowego wpisu. STO LAT, MISKO!

Dźwiękumaniak

Nie będę kokietował, że Miskę znałem od zawsze, że śledziłem każdy wpis i uczestniczyłem – jako fan i słuchacz – we współtworzeniu pierwszego soulowego serwisu w naszym kraju. Na pewno nie od samego początku. Z samą stroną pierwszą styczność miałem około 4 lat temu, kiedy w moje ręce trafił leksykon „Dusza Rytm Ciało”. Wtedy też postanowiłem baczniej przyjrzeć się soulowej scenie, która znałem jedynie pobieżnie. Nie było oczywiście facebooka (tzn. był ale nie bardzo było wiadomo do czego to i po co, więc nie działo się tam wtedy za wiele), nie było też większości obecnych serwisów muzycznych. Był to czas moich pierwszych poszukiwań muzycznych, takich solidnych poszukiwań, kiedy coraz śmielej otwierałem umysł na coraz to nowsze i bliżej niezdefiniowane brzmienia. SoulBowl obok bloga Pan Z Nieba, stał się jednym z tych miejsc, do których zacząłem zaglądać regularnie przy okazji przekopując obszerne – nagromadzone na przestrzeni lat – archiwa strony. I tu należałoby zrobić pauzę, a w zasadzie wyjąć taśmę i przewrócić na drugą stronę. Ze słuchacza i wiernego fana stałem się bowiem twórcą treści Soulowej Miski, dokładając po dziś dzień małe cegiełki do całego przedsięwzięcia. Dano mi szansę i mam nadzieję, że jakiś ślad po mnie pozostanie. Te niespełna dwa lata poświęcone dla SoulBowl zapamiętam na zawsze, serio – bez mydła i zbędnego lukrowania. Miska bowiem była, jest i będzie pierwszym, najlepszym, najbardziej rzetelnym i opiniotwórczym serwisem poświęconym brzmieniom soul, funk, r&b w polskim internecie. Nasza działalność wykraczać zaczęła zresztą poza sferę wirtualną, która dodatkowo umożliwiła mi poznanie ludzi na co dzień rozsianych po całej Polsce, którzy podobnie tak jak ja zarażeni są muzyczną pasją i uwielbieniem do dźwięków. Każdy z nas dorzuca szczyptę specyficznie skomponowanych przypraw do wspólnej audiowizualnej Miski, która mam nadzieję, jeszcze nie raz, niejedno złaknione ucho nakarmi do syta.
Stówa i wszystkiego co najlepsze dla Siostry i całej soulowej Ekipy!

Estrella Q

Moje relacje z soulbowl.pl to typowa historia oklepanej miłości od pierwszego wejrzenia, która z wiekiem zaczęła dojrzewać i ewoluować. Fascynacja zmieniła się w stały związek, partnerski niemal. Od kiedy pamiętam Miska mnie inspirowała, jak na „drugą połowę” przystało, dzięki niej odkrywałam muzyczne zakątki, o których nie miałam pojęcia. Nadal zresztą tak jest, nie popadłyśmy w rutynę. Fakt, że żyjemy w czymś na kształt hipisowskiej komuny, trochę sekciarskiej w sumie, w której miłość dzielona jest między „naście” osób, dodaje wszystkiemu pikanterii. W centrum jest Miska, są redaktorzy aka kochankowie i Ci, bez których nie było by niczego, czyli wyznawcy w postaci ludzi, którzy na co dzień czytają to, co Soulbowl ma do powiedzenia. Mam to szczęście, że należę i do kochanków – grono maksymalnie zajaranych ludzi, z niesamowitą wiedzą i pasją, którzy potrafią swoimi trafnymi (często cudownie ciętymi) uwagami wywołać uśmiech na facjacie, z których każdy ma swoje własne zajawki i poletka, które są im najbliższe, to ekipa, która motywuje, zaraża pozytywem i napędza; i do wyznawców – nadal jestem gorliwym czytelnikiem. Nie należę do najbardziej wylewnych osób, ale muszę przyznać, że Miska wypełniła we mnie pewną pustkę. Od malucha muzyka była nieodłącznym elementem mojego życia, w olbrzymiej części jednak „w praktyce”, grało się, śpiewało… Przyszedł moment, kiedy trzeba było dorosnąć i nie było już czasu i możliwości, by to hobby pielęgnować. Pojawiła się taka mała wyrwa, zalewanie jej falami dźwięków nie pomagało, nie wystarczało. Wtedy ujrzałam trzy słowa „WE WANT YOU”! I ta Miska tak we mnie kierowała ten swój palec wskazujący, że w końcu stwierdziłam (chyba trochę dla samej radochy zrobienia czegoś spontanicznego) – a co mi tam! Warunki rekrutacji spełniono i… zapomniano. Nie na długo! Był mail, trochę technicznych zawirowań i z muzycznej sierotki stałam się dzieckiem Miski. Soulbowl jest moją równoległą rzeczywistością, w której zło nie istnieje, a każdy wątek ma najlepszy soundtrack ze wszystkich możliwych.

Souljunkie

Wydaje mi się, że trafiłem na soulbowl.pl we właściwym czasie. Moje muzyczne preferencje nie były jeszcze do końca ukształtowane, coś tam czarnych rytmów się słuchało, ale wciąż było mi mało. Niby uwielbiałem Alicię Keys i jej warkoczyki w „Fallin”, hiciorów Destiny’s Child czy Outkast nie dało się nie kochać, a dzięki Amy Winehouse pogrzebałem w klimatach retro. Na stronę natrafiłem w wakacje 2007 roku, pamiętam dokładnie – jeszcze jako blog, wpis o M.I.A. i od razu wielki plus. Nie było wtedy fejsa i lajków, nie zrobiłem zwykłej zakładki i gdzieś mi Miska uciekła. Powrót nastąpił właściwie rok później. Wielki zjazd po Badu, że się spóźniła na Openera, ale i pochwały dla Jay’a-Z. Byłem zaintrygowany to za mało powiedziane. Przeszukując kolejne wpisy miałem uczucie „Jej, nie wszyscy w tym kraju słuchają rocka!”. Ze świecą było szukać wtedy innych polskich stron dotyczących soulu. Tym bardziej strzałem w dziesiątkę była lista najlepszych płyt całego roku, która na pewno nie tylko mi pozwoliła poznać masę dobrej muzyki i kompletnie wpaść w sidła czarnych brzmień. W ogóle te rankingi to coś, na co zawsze czekałem. Dziwny sentyment mam do tego z 2009 roku i nie chodzi mi o to, że obejmował aż 40 pozycji. Siostra we własnej osobie pojawiła się krótkim wideo dorzuconym do wpisu! Niby taka mała rzecz, a do dzisiaj pamiętam ile sprawiło mi to śmiechu!

Teofil Niedziałka

„Gdy szukam wspomnień, które trwały ślad pozostawiły we mnie…
Tak. Kiedy mam wspominać soulbowl przychodzą mi na myśl dwa wyrazy: Miska i Siostra. Miska. Niby prosta kalka językowa, ale na tyle charakterystyczna i rozpoznawalna, że wyrosła z niej solidna marka. Dziś treść, którą miska jest wypełniona, chwalą od Tatr po Bałtyk, od Bugu po Odrę. Enigmatyczna postać Siostry, której się chciało zanim innym chcieć się chciało. Tak pewnie powstało soulbowl, któremu dość leniwie zacząłem się przyglądać. Długo się przyglądałem, aż chęć wyrazu wzięła górę i płonne marzenia przekułem w czyn. No to jestem… czwarta rano piętnaście, siedzę piszę i nie zasnę…”

Dżesi

Napisałam jak zaczęła się moja przygoda z Miską – że tuż po jej założeniu, że chyba przez forum muzyczne, na którym udzielała się Siostra, aaktt i Fylyp, że każde zajęcia z informatki w szkole poświęcałam na przeglądanie SoulBowl, a później szpanowałam przed kolegami i koleżankami czego to ja nie wiem o muzyce… I tak dalej, i tak dalej. Skasowałam wszystko to, co napisałam, wspomnień innych i tak przeczytaliście już sporo, a ja oprócz swoich związanych z bananem na gębie, który miałam za każdym razem, gdy odwiedzałam tego bloga->stronę przez te wszystkie lata, bardzo dużo się nauczyłam. Poznałam artystów, o których istnieniu pewnie bym nie usłyszała, przeczytałam masę świetnych recenzji, newsów, relacji – kształcąc dzięki temu siebie samą i doceniając czas oraz wysiłek, jaki każdy z redaktorów poświęcał na posklejanie tych tysięcy znaków. Niejednokrotnie z zapartym tchem czytałam gorące dyskusje toczące się pod wpisami (zwłaszcza tymi ekscentrycznymi, które uwielbiałam najbardziej), niejednokrotnie cytowałam na forach właśnie SoulBowl i niejednokrotnie byłam wzruszona, kiedy pojawiały się chociażby wpisy upamiętniające moją muzyczną miłość, dzięki której rozpoczęłam przygodę z DOBRĄ muzyką – Aaliyah. Po dziś dzień jestem też pod wrażeniem zajawki, jaką wszyscy mieli i mają nadal. Kurde, ile razy gapiłam się w ekran myśląc o tym, jak dużo trzeba mieć chęci i zacięcia, by mimo wszystko robić swoje! I to z takim zaangażowaniem. Wszystko po to, by nagle znaleźć się w czołówce polskich portali muzycznych – i to chyba całkiem niespodziewanie.
Dzięki Misce poznałam też świetnych ludzi – zarówno teraz, mogąc do niej trochę dorzucać, jak i wcześniej, kiedy byłam jeszcze tylko czytelnikiem. Zabrzmi to z pewnością banalnie, ale SoulBowl wniósł do mojego życia wiele, zdecydowanie więcej, niż samą muzykę. Dlatego chciałam podziękować Siostrze, aakttowi, emm i Fylypowi, którzy powołali tę stronę do życia. Jestem przekonana, że oprócz mnie jest cała masa ludzi, która ma podobne odczucia.
Klaudia, Tobie również dziękuję.
Cieszę się, że mogłam dojrzewać z tym portalem i czuję się zaszczycona, że dziś i ja mogę w tej misce trochę pomieszać. Obyśmy przez kolejnych 7 lat mogli cały czas świętować!

Wiz

Gdy pomyślę o Misce to przychodzą mi na myśl dwie rzeczy: niezależność i pasja. Jak wiadomo muzyka to temat tak szeroki jak szerokie jest grono słuchaczy. Nawet wewnątrz konkretnych gatunków i nurtów muzycznych znajdą się osoby o całkowicie różnych preferencjach i stylach muzycznych. Jednak to co nas łączy to idea przybliżania Wam najlepszych brzmień i dźwięków wygrzebanych z zakurzonych pudeł z płytami oraz serwerów internetowych z całego świata. Nikt nad nami nie stoi i nie wskazuje nam tego co jest dobre lub złe – jedyne co sprawuje nad nami władzę to nasze własne gusta i intuicje, którymi chcemy się z naszymi czytelnikami dzielić. Nie mianujemy się wyrocznią tego co wartościowe i najlepsze ale z przyjemnością bierzemy odpowiedzialność za to co do nas przemawia i dlatego każdego dnia z przyjemnością przekazujemy Wam porcje dobrych wibracji!

To takie tam drobne przemyślenia, które mi wpadły do głowy. Taka jakby misja naszego serwisu.

A co do osobistych wspomnień – pamiętam jak kilka dni zbierałem opinie różnych ludzi mojej rekrutacyjnej recenzji Westa dla SB. Starając się wczuć w rolę redaktora zupełnie nie wiedziałem co napisać, siedząc nad pustą kartką notatnika przez kilka godzin. Zmęczony mętlikiem w głowie postanowiłem więc przestać kalkulować co będzie odpowiednie i jakie słowa pomogą mi się dostać do grona redakcyjnego i przelałem na papier to co personalnie sądzę o albumie, co okazało się skutecznym wyborem.

Kurtek (déjà vu)

Tym w zasadzie mieliśmy zakończyć, ale skoro wszyscy dziękują i składają życzenia, co najmniej jak gdyby odbierali jakieś nagrody, to również nawiążę symbolicznie do tego ogólnie przyjętego tonu — sto lat!
„OK, let’s cut the crap!” Mamy nadzieję, że przez miniony tydzień nie obrzydziliśmy się Wam na dobre i wciąż będziecie do nas zaglądać — starczy na jakiś czas tych egocentrycznych bredni, pora znów brać się do roboty ;)

Komentarze

komentarzy