Recenzja: Justin Timberlake The 20/20 Experience

Data: 19 marca 2013 Autor: Komentarzy:

Justin Timberlake

The 20/20 Experience (2013)

RCA

The 20/20 Experience — oficjalny powrót Justina Timberlake’a do świata żywych. Jak podczas ostatnich 6 lat i 6 miesięcy nie można go było usłyszeć nigdzie, tak teraz muzyk pojawia się wszędzie. Justina nie było z nami dokładnie aż 2373 dni. Ile zmieniło się przez ten czas w naszym muzycznym półświatku? Dla uzmysłowienia upływu czasu warto wspomnieć, że gdy w 2006 roku Timberlake celebrował pierwsze miejsce z singlem „Sexyback”, Rihanna miała zaledwie osiemnaście lat i była świeżo po wydaniu swojego pierwszego albumu. Wówczas zaledwie dwudziestopięcioletni piosenkarz wciąż starał się udowodnić swoją niezależność artystyczną i zerwać z boysbandową przeszłością, zupełnie zmieniając postrzeganie swojego wizerunku jako muzyka.

Czy nowa propozycja spełnia oczekiwania, które spadły na barki Timberlake’a i Timbalanda? Obaj panowie mieli bowiem coś do udowodnienia. JT miał wskrzesić swoją zdolność do ponownego zawładnięcia sceną, a Timbaland pokazać, że pospieszono się z medialną nagonką skierowaną w jego stronę. Ze względu na tak długą przerwę Timberlake’a od muzyki, po płycie można było spodziewać się wszystkiego, włącznie z kopią FutureSex/LoveSounds. JT jednak dojrzał i zmienił się przez ten czas, nabierając jeszcze większej pewności siebie na artystycznym polu. 20/20 jest naturalną kontynuacją swojego poprzednika i jednocześnie czymś zupełnie innym, choć niekoniecznie nowym czy innowacyjnym patrząc przez pryzmat historii muzyki. Mamy bowiem do czynienia raczej z płytą, która łączy w sobie elementy klasycznych (czy neoklasycznych) soulowych brzmień z kręgu D’Angelo, Marvina Gaye’a czy Michaela Jacksona (taneczne „Let the Groove Get In”), aniżeli z jakąkolwiek próbą wpasowania się w mody panujące obecnie w R&B. Justin jako urodzony showman naturalnie robi swoje — bawi, czaruje, porywa jak może, ale nie osiągnąłby wiele, gdyby Timbaland nie powrócił tu produkcyjnie do swoich korzeni, kładąc jednocześnie większy nacisk na detale i subtelności.

Utwory buduje bogata, żywa instrumentalizacja — smyczki, dęciaki, klawisze wpisane w charakterystyczną, funkującą produkcję Timbalanda (wspomaganego przez J-Roca i Jamesa Fauntleroya) tworzą wrażenie muzyki barwnej i w pewien niekonwencjonalny sposób – filmowej. Są jednak odstępstwa od tej reguły — kończące album „Blue Ocean Floor” stworzone na bazie imponujących lirycznych metafor to swoista odskocznia od brzmienia 20/20 i poprzez kontrast idealne zakończenie płyty. Przykład triumfu aranżacyjnej oszczędności i jeden z najmocniejszych punktów krążka.

The 20/20 Experience koncepcyjnie wraca do czasów, gdy za muzyką popularną stały głębsze i bardziej wysmakowane idee niż trzyminutowe chwytliwe przeboje dla radia. Tym samym Justin i Timbo, inspirując się tuzami muzyki XX. wieku, stworzyli tu 10 utworów, trwających średnio po 7 minut, połamanych strukturalnie, balansujących na granicy różnych melodii, nastrojów i rytmów. Bo jeśli najlepiej sprzedającą się płytą wszech czasów jest Thriller Michaela Jacksona, a Pink Floydzi odnieśli sukces 10-minutowymi opusami, zupełnie nie dbając o rotację w radiu, dlaczego tym razem miałoby się nie udać, jeśli tylko materiał będzie pierwszorzędny?

Oczywistą inspiracją dla powstania płyty była świeżo poślubiona małżonka Timberlake’a, która przewija się przez całą długość krążka w diametralnie różnym charakterze — bywa seksualnym narkotykiem („Pusher Love Girl”), słodką truskawkową gumą do żucia, która nigdy nie traci swojego smaku („Strawberry Bubblegum”), aż wreszcie sensem istnienia („Blue Ocean Floor”). A ponoć małżeństwo w muzyce się nie sprzedaje…

Przy odkrywaniu nowych brzmień duetu JT & T pojawia się jednak kilka kluczowych wątpliwości. Czy płyta mogłaby być jeszcze lepsza, gdyby Justin zdecydował się powierzyć część produkcji komuś innemu? Czy całość nie jest aby nadto monotematyczna, a temat miłości nie został tu do cna wyeksploatowany? Czy artystyczne aspiracje Timberlake’a nie są chybione, a długość części utworów jest tutaj raczej celem niż środkiem i należałoby je skrócić? Ile par uszu, tyle opinii. Ale gdy muzyka porusza i wznieca emocje, czego więcej od niej chcieć?

Komentarze

komentarzy